sobota, 17 listopada 2018

PODRÓŻ KTÓRA MOGŁA SIĘ NIE ODBYĆ



                         Jak to mamy w zwyczaju nosi nas po świecie, tym razem wywiało nas do Egiptu na wakacje. I to wakacje nie byle jakie bo głównym punktem podróży było nic nierobienie. Co szczególnie dla mnie jest trudne bo aż mnie nosi by zawsze coś robić. Ale od początku bo kto jak nie my prawie by nie zdążył na własny samolot i oglądał jak odlatuje z lotniskowego parkingu.



                        W ten jakże piękny mglisty, chłodny poniedziałek wstaliśmy 3,5 godziny przed odlotem, czyli idealnie by być na dwie godziny przed odlotem na lotnisku. Niejadek podobno nawet uwzględnił umiarkowane korki tuż przed lotniskiem. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie dzięki naszej cudownej pogodzie od samego domu zastały nas korki i tak jak normalnie trasa ta zabiera nam około 30 minut, tego poranka zajęła nam ponad godzinę. Do tego na lotniskowym parkingu czekaliśmy 30 minut na autobus który miał nas zabrać pod nasz terminal. I przyznam się Wam pierwszy raz bałam się, że na prawdę nie zdążę na samolot no przecież godzinę przed odlotem to powinno się stać ładnie po odprawie i popijać kawę. My natomiast staliśmy drepcząc z nogi na nogę czekając na busa. Po kilkudziesięciu minutach w końcu byliśmy w autobusie. Szczęśliwi że na terminal 2 dojedziemy zaraz po odwiedzeniu pierwszego bo to przecież logiczne tak? Ale jednak nie  - w Anglii jedzie się na terminal trzeci potem pierwszy a na końcu na drugi. Czas ucieka zegar nawet ten elektroniczny tyka nieubłaganie. Minęliśmy pierwszy terminal jedziemy na trzeci. Kierowca przymilnie prosi wsiadających pasażerów by układali swoje walizki na specjalne półki (wiecie względy bezpieczeństwa i inne takie bzdury) i nagle wsiada Grażyna lub jak ktoś woli Karyna nad Karynami i to w wersji 100% English... I głośno lamentuje tak by cały autobus ją słyszał że tu nie ma miejsca dla jej walizki. Stojąc tak pół metra ode mnie Karyna doprowadziła mnie w moim odliczaniu do odlatującego bez nas samolotu do szału. I tak jak zazwyczaj spokojna niczym sosenka pomijam milczeniem takie mądrulki tym razem nie wytrzymałam. Mówię do niej że ma się ogarnąć, że o tu (ukazuje jej ogrom miejsca rozciągającego się na mikro półce) jest sporo miejsca, że ludzie czekają, że blokuje wejście a część ludzi się spieszy. Ona że się nie zmieści no to jej pokazałam że się zmieści dodając jakiś gówniany tekst w stylu - chętnie Ci pomogę koleżanko - cisnęłam jej torbą na wolne miejsce życząc jej udanej podróży. W odpowiedzi usłyszałam ckliwie że mogłam spokojniej itp. Ale jak do cholery jak, gdy zastanawiam się jak to stworzenie przetrwało do wieku które osiągnęło... 
Na całe nasze szczęście udało nam się dojechać na nasz terminal bez dalszych przygód, szybko odnaleźliśmy przedstawicielki TUI i błagalnym tonem prosiliśmy by puściły nas dalej - udało się - nie wiem jak je namówiliśmy ale dały nam wskazówkę by po odprawieniu głównego bagażu biec drogą dla osób z pierwszeństwem (mimo że takiego nie wykupiliśmy). I tak o to w rekordowym tempie dla naszej dwuosobowej rodziny w 20 minut nadaliśmy dwa głównie bagaże, przeszliśmy odprawę osobistą kupiliśmy dwie butelki wody na podróż i stanęliśmy w kolejce do wejścia na pokład. 



                         Potem to już tylko 5 godzinny lot i tydzień błogiego lenistwa, przekładanego zjeżdżalniami, pysznym jedzeniem i winem oraz snurkelingiem, którym zaraził mnie Niejadek tak że na koniec jak małe dziecko nie chciałam wyjść z wody tupiąc nóżkami, że o tam daleko jeszcze mnie nie było i ja chce chociaż na 10 minut.  Tak o to minął nam tydzień wakacji. Poniżej możecie zobaczyć małą fotorelację z naszej przygody.