sobota, 30 lipca 2016

DUNHAM MASSEY HALL

     Dawno mnie tutaj nie było ale tak się składa, że czasami dni zlewają się w pośpiechu w bezkształtną masę. Mimo małych rzeczy które wyciągam z każdego z nich nie ma czasami o czym pisać. Na całe szczęście dostałam w grafiku dwa dni wolnego pod rząd dzięki czemu mogę się z Wami podzielić dzisiejszą wycieczką, którą Niejadek zaplanował dla mnie w ramach odstresowania i spotkań z naturą. Na początek polecę Wam (jeżeli mieszkacie w Wielkiej Brytanii) członkostwo w National Trust, dzięki czemu przy płatności 9 funtów za dwie osoby miesięcznie macie do swojej dyspozycji prawie 500 miejsc do zwiedzania za darmo. 



     Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla nas wcześnie bo przed 12:00 :P Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanko i mój Niejadek oświadczył zabieram Cię na wycieczkę. Podekscytowana spakowałam się i wyszykowałam w 20 minut. No dobra w 40 w końcu musiałam się wymalować. Dunham Massey Hall znajduje się od Warrington ok 10 mil w związku z czym trasę tę pokonuje się bardzo szybko. Na miejscu czeka na Was ogromny parking więc nawet w weekend spokojnie znajdziecie miejsce. Bilety wstępu bez członkostwa to około 30 funtów na 2 osoby. Do dyspozycji na miejscu po wykupieniu biletów macie przepiękny pałac. W samym pałacu w każdej z sal znajdziecie chętnego do opowieści członka National Trust (chociaż słowo członek jakoś dziwnie nie pasuje:) ). 



        Sam Pałac jest świetnie zachowany unosi się w nim zapach starego drewna, w pomieszczeniach znajdziecie mnóstwo eksponatów w bardzo dobrym stanie. Z góry zaznaczę, że na zwiedzenie samego pałacu potrzebujecie dobrą godzinę więc jest czym się zachwycać. Ja w nim znalazłam jedno miejsce w którym mogliby mnie zamknąć i nie wypuszczać. No może na chwile do łazienki i żeby coś zjeść. Mowa o rodzinnej biblioteczce co tam bibliotece z prawdziwego zdarzenia! Pięknie zdobione stare książki, którymi pachniało w całym pomieszczeniu, o tak różnorodnej tematyce, że każdy znalazłby coś dla siebie. Od geografii po Króla Artura. Jedyny maleński minus za brak możliwości obejrzenia samych książek w środku ale zdaję sobie sprawę, że gdyby tak tysiące osób rocznie oglądało te książki to pewnie dla mnie na dziś nie zostało by nic do oglądania :). 



       W samym pałacu zobaczycie przepiękne sypialnie, pokoje rozrywek, łazienki, kuchnie, spiżarnie, czytelnię, pałacową pralnię. Po zwiedzeniu pałacu możecie się udać do świetnie zachowanego młyna, w którym miły Pan przedstawi Wam historię i opowie jak tutaj wszystko działało. Kolejnym punktem wycieczki jest ogród, który w Polskich realiach można by nazwać parkiem bo był tak ogromy. Sam ogród podzielony jest na kilka części, zimową, różaną, oraz te inne których nazw już nie pamiętam. Zrobił on na nas przepiękne wrażenie, zapach roznoszący się w części różanej był nie do opisania. Kolejnym miejscem do którego warto się udać do park, który jest przeogromny. Warto ponieważ żyje w nim na wolności 150 jeleni, które spacerują swobodnie między zwiedzającymi. I chociaż liczba tych zwierząt powala to przy tak dużym terenie myślę, że mieliśmy ogromne szczęście spotkać dziś dwa z nich.



         Na sam koniec mogę Wam polecić sklepik w którym nabyliśmy magnes na lodówkę - takie moje hobby by zbierać magnesy z miejsc w których byłam. A do tego mnóstwo przetworów od nalewek, piwa, po marmolady, musztardy, herbaty, czekolady i tonę innych pamiątek. 
      Cały obiekt wyposażony jest w bardzo czyste toalety, rozmieszczone dość często dzięki czemu nie ma problem u gdy podróżujecie z dziećmi, nie jestem pewna czy każda z nich, ale ta w głównym budynku ma dodatkowo pokoje dla mam i maluszków. Cały obiekt jest przyjazny naszym pupilom, bardzo często spotkacie porozstawiane miski ze świeżą wodą. Znajdziecie tu również restaurację - nie dam jednak jej opinii bo po prostu do niej nie zaszliśmy. 



       Z rzeczy ciekawych mając członkostwo w dziedzictwie narodowym możecie się nastawić na darmową wycieczkę ale uszykujcie jednak drobniaki, na jednej z dróg dojazdowych zaskoczył nas płatny odcinek drogi w wysokości 12 pensów :D. Tym radosnym akcentem kończę dzisiejszy wpis, zapraszam Was do obejrzenia zdjęć poniżej, życzę Wam również udanego wieczoru :) 









poniedziałek, 11 lipca 2016

MAŁE RZECZY

          Macie może takie filmy lub książki, które oglądacie regularnie nie tylko dlatego, że je bardzo lubicie ale też dlatego, że przypominają Wam o czymś ważnym? Osobiście mam taki jeden "Ps. I love you", oglądam go zazwyczaj raz na pół roku albo czytam kolejny raz książkę. Przypomina mi on o docenianiu tego co ma się teraz, tych codziennych małych rzeczy o których w pośpiechu zaczynamy zapominać. Zazwyczaj nasze życie składa się z oczekiwania na coś. Bo za rok pojedziemy "tam" na wakacje, za ok dwa lata weźmiemy ślub, bo za pół roku to wynajmiemy już cały dom i będzie nam wygodniej a za kolejne dwa kupimy swój wymarzony domek a przecież jeszcze za kilka miesięcy będą święta więc będzie tak rodzinnie i romantycznie... Robimy tak codziennie. I właśnie dzięki " Ps. I love you" przypominam sobie by doceniać to co jest teraz, te wszystkie małe rzeczy dzięki którym życie jest radośniejsze. Część z Was pewnie prowadzi ostatnio modne słoiczki szczęścia ale to niestety nie dla mnie bo systematyczność nie jest moją mocną stroną :) . I tak na przykład dzisiaj, zmuszona byłam wracać z pracy pieszo bo Niejadek miał inną zmianę niż ja i trasa którą samochodem pokonuje w 15 minut po pracy zajęła mi 1,5 godziny. Ale po drodze miałam okazję przystanąć i podziwiać dziko żyjące króliki, całe stado liczące ok 15 zwierzaków które radośnie kicały po trawniku przy ścieżce, ciesząc się, że akurat teraz wyszło słońce i chwilowo nie pada. Innego dnia miło zaskoczyły mnie nasionka bazylii, które posialiśmy kilka dni temu z Niejadkiem, wieczorem nie było nic widać a rano znienacka wszystkie wykiełkowały. Kolejnym razem po powrocie do domu miałam przemiłą niespodziankę - Niejadek kupił mi muffinkę z okazji pierwszego dnia w nowej pracy, mały gest a ucieszył mnie jak dziecko. Warto doceniać takie drobne rzeczy które przynosi nam życie lub partner, bardziej miło jest dostawać regularnie buziaka w nos na dobranoc niż oczekiwać od partnera dużych prezentów o których i tak zapomnimy a te małe rzeczy wracają w pamięci często, to na przerwie w pracy gdy ze zmęczenia już nie rozumiesz kolegów bo ich angielski jest tak różny od tego uczonego w szkole, lub w trakcie długich wieczorów gdy ukochany pracuje a Ty właśnie wróciłaś z pracy i masz kilka godzin tylko dla siebie. Jestem ciekawa jak u Was idzie docenianie codzienności w porównaniu z planowaniem. Bo jak wiemy życie jest kapryśne i lubi zmieniać nasze plany w sekundę. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przemyślenia i docenienia małych rzeczy. Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! :)


piątek, 8 lipca 2016

POCZĄTKUJĄCY OGRODNICY



          Jakiś czas temu rozpoczęłam pracę w dużej sieci sklepów wyposażenia domu (ale o tym wpis innym razem) po kolejnym dniu pracy zrobiliśmy z Niejadkiem małe zakupy, w tym zestaw początkującego ogrodnika w którym do zasadzenia znajdowała się bazylia i pomidory. Produkt ten kupiliśmy na przecenie gdyż termin zalecanego wysiewu już minął ale nie zniechęca nas to i liczymy, że chociaż bazylia urośnie :)



         W zakupionym zestawie jak widać na zdjęciu znajdowała się worek - doniczka na wyrośnięte już roślinki oraz małe pudełeczka mające posłużyć za mini szklarnie, za zadanie sadzenia naszego pierwszego ogródka zabraliśmy się na poważnie. Rozpoczynając proces od czytania instrukcji, w której znaleźliśmy o dziwo tylko w j. polskim drobny błąd sugerujący, iż zakupiliśmy chili i tymianek :P Po przeczytaniu instrukcji wspólnie zasiedliśmy na podłodze i rozpoczęliśmy proces sadzenia. Efekty widać na zdjęciach.



Teraz pozostaje nam tylko utrzymywać ziemię mokrą i wyczekiwać pierwszych malutkich roślinek. Czekamy z niecierpliwością i jak małe dzieci zaglądamy co dziennie do mini szklarni oceniając postępy. Obiecuje dać Wam znać jak nam idzie ogrodnictwo a tymczasem życzę Wam miłego wieczoru.


piątek, 1 lipca 2016

HOME SWEET HOME

        


         Na powrót do domu zawsze czekamy z utęsknieniem. A co jeśli nasz dom jest z dala od naszych przyjaciół, rodziny i właśnie to z wakacji w rodzinnym mieście wracamy do domu odległego o setki kilometrów? Powiem szczerze nadal czeka się na ten powrót z utęsknieniem. I to nie tak, że nie cieszy nas wizyta u rodziców/ dziadków/ przyjaciół, oczywiście, że cieszy, po prostu zazwyczaj na jeden wyjazd tych spotkań jest za dużo. Do rodzinnych spotkań dodajmy sprawy urzędowe, dentystę, zakupy i od razu otrzymujemy tygodniowy maraton zaczynający się każdego dnia o 8:00 a kończący się w godzinach nocnych. Nie ma się czasu na obiad, mimo, że mama nagotowała ulubione dania, słyszy się ciągle o niezdrowym trybie życia. Ale to nie prawda. W Anglii jem regularnie, sami z Niejadkiem gotujemy, przygotowujemy kanapki i przekąski do pracy. Tylko w domu po ustaleniu codziennej rutyny jest dużo łatwiej niż na przysłowiowych wakacjach w Polsce. Bo przecież z tyloma osobami chce się zobaczyć, i tyle rzeczy chce się pozałatwiać, że zwyczajnie na jedzenie nie ma czasu. 

            Mniej więcej po trzecim dniu człowiek zaczyna tęsknić za swoim kubkiem, książką i świętym spokojem. Może to co piszę dzisiaj dla Was jest brutalne, wyjdę na kobietę bez serca ale taka jest prawda. Jeżeli zapytać by o szczerą odpowiedź osób jadących na takie "wakacje" do rodzinnego miasta, myślę, że podzielili by oni moje zdanie. Dużo bardziej człowiek odpoczywa po powrocie niż w trakcie takiego wyjazdu. I to na prawdę nie tak, że nie chce się widzieć rodziny. Na każdego z osobna baardzo się cieszyłam, że mogę ich zobaczyć, przytulić, pośmiać się. Podobnie z najbliższymi znajomymi, od tygodni planowałam jak spotkać się z nimi a i tak z jedną bliską mi osobą spotkałam się nieplanowanie na 15 minut, żałując, że nie udało się spotkać na kawę i pogadać. Problem takich wyjazdów polega na tym, że zazwyczaj ma się tydzień czasu, a zobaczyć chce się z kilkunastoma osobami, w tym z rodziną z którą na jednym popołudniu się nie kończy, dodajmy wspomniane wcześniej dodatkowe sprawy i sami sobie tworzymy plan nierealny w wykonaniu. 



        Co można w takiej sytuacji uczynić, być szczerym, dalszym znajomym grzecznie odmówić spotkań bo nie ma na nie czasu, a najbliżsi przyjaciele zrozumieją, że czasem to 15 minut przelotem to i tak jest dużo. Prawdziwi przyjaciele zrozumieją że na piwie na którym w końcu udało się spotkać i masz tylko 2 godziny, zaczynasz ziewać, będą się z tego śmiali. Swoją drogą wyjazd za granicę bardzo przesiewa listę znajomych na tych co mają pretensje o Wasz wyjazd i na tych co z Wami się cieszą, kibicują sukcesom, tęsknią ale rozumieją, że szuka się swojego miejsca na świecie. Przecież zawsze można się odwiedzać. Czy planuję kolejny wyjazd do Polski, oczywiście, chociażby po to by przywieźć sobie nowe książki do czytania, kiedy to będzie, sami z Niejadkiem nie wiemy, ja zaczynam nową pracę, więc trzeba zsynchronizować urlopy, kupić bilety, zaplanować wszystko. Mimo tego zmęczenia miło jest usiąść z rodzicami przy kawie i ciachu i pogadać, pobawić się z psem. Jeżeli mogę Wam na koniec coś doradzić, to jeżeli jedziecie do domu na mniej niż 3 dni, nie mówcie o tym znajomym, zostawcie ten czas dla rodziny. Rodzina nacieszy się Wami a Wy nie zmęczycie się maratonem po mieście. Miłego popołudnia.