poniedziałek, 29 sierpnia 2016

PRZEPROWADZKA CZ. 2

        
               

                 Mając ostatni dzień wolny przed przeprowadzką zabrałam się za przemyślenia i powrót myślami do naszych początków. Pamiętam jak dziś pierwszą rozmowę z sąsiadami (rozmawiał głównie Niejadek ja stałam zboku zawinięta w kocyk i przysłuchiwałam się rozmowie) dziś rozmawiałam w ogrodzie z sąsiadką 40 minut. Co się zmieniło? nagle nauczyłam się angielskiego perfekcyjnie? Raczej nie. Po prostu otworzyłam się na ludzi, owszem przez te 5 miesięcy nauczyłam się o wiele więcej angielskiego niż przez całą szkołę, ale nadal czasem się zacinam. Rozmawiając z ową sąsiadką uświadomiłam sobie jak mi jej będzie brakowało w nowym miejscu. Miła, zawsze uśmiechnięta starsza Pani. Nie straszni jej sąsiedzi z zagranicy, polubiłyśmy się bardzo. Coś czuję, że będziemy wysyłać sobie kartki na wszelkie możliwe okazje. Jestem jej bardzo wdzięczna za ciepłe przyjęcie nas w sąsiedztwie, za pozytywne opinie u pozostałych sąsiadów. Dzięki czemu reszta osób była nam bardziej przychylna. Zawsze służyła radą, pożyczyła grabie do ogrodu, poprawiła błąd w wypowiedzi. Jednym słowem cudowna kobieta.Będzie mi brakowało też jej kota, który nasz ogród uważał za swój własny, my mieliśmy co najwyżej prawo w nim czasem przebywać :) Nie zapomnę ile razy prawie doprowadził mnie do zawału wskakując na płot przy którym siedziałam, lub gdy schodząc z góry spotykałam go siedzącego w salonie przy wyjściu na taras. Myślę, że był nie mniej zdziwiony niż ja gdy nasz wzrok się spotykał. Tylko mnie dziwiły jego odwiedziny a on raczej myślał "co do diabła robisz w moim drugim domu..."  Takich sąsiadów jest tutaj więcej.
         Obok nas mieszka również przemiły starszy Pan, co rano pogwizduje w ogrodzie piosenki, ma energii za 7 młodych osób. Nauczył nas kiedy wystawiać jakie kosze na śmieci. A jeśli zapomnieliśmy wystawiał je za nas, nie wspomnę o wstawianiu ich ponownie na swoje miejsce. Przez te pięć miesięcy ani razu nie udało nam się tego uczynić. Oboje pomagali nam jak umieli, zawsze uśmiechnięci, chętni do rozmowy. Mimo, że my ich angielskiego z akcentem z tego regionu hmm lekko mówiąc nie do końca rozumieliśmy :) 
         Jestem bardzo ciekawa jacy będą nowi sąsiedzi czy da się z nimi przegadać godziny przed domem? Czy będą serdecznie nastawieni? Czy będą szanowali ciszę w okolicy? Nie wiem ale jestem dobrej myśli. Cieszę się na przeprowadzkę ale chętnie będę wpadała do starego domu, by porozmawiać z współlokatorami i oczywiście z sąsiadami. Bo z otwartymi osobami najlepiej uczy się angielskiego, który jest dla mnie i Niejadka bardzo istotny, nie wyobrażamy sobie nie mówić coraz lepiej i płynniej po angielsku. 
Miłego dnia i do przeczytania :)

sobota, 27 sierpnia 2016

NIEJADEK


              

               Drogą wprowadzenia: od dziecka marzyłam o księciu z bajki, na białym koniu, który będzie o mnie zabiegał, przynosił kwiaty, zaskakiwał, rozśmieszał, będzie moją drugą połową. Przez większość mojego życia uważałam, że oglądanie tych wszystkich bajek dla dziewczynek przynosi więcej szkody niż pożytku. Zapytacie zapewne dlaczego, już odpowiadam - bo życie to nie bajka, ma wiele zakrętów i upadków. Co najważniejsze książę z bajki nie istnieje tak jak i ja nie jestem księżniczką. 
              Większość życia wybierałam za swoich towarzyszy bardziej lub mniej odpowiednie osoby. Po okresie dzieciństwa, przejęłam kolejną wspaniałą myśl "przeciwieństwa się przyciągają" - kolejna lekko pisząc bzdura. Jeżeli jest to prawda to chyba tylko w sprawach ciała lecz nie duszy. Bo o ile przyznać trzeba każdy jest różny ma swoje przyzwyczajenia i poglądy to jeżeli związać by się ze swoim totalnym przeciwieństwem za dobrze to nie wróży. Możecie pomyśleć młoda i się mądruje. No fakt mam dopiero 26 lat ale swoje już przeżyłam i mogę wyciągać z nich wnioski. Jeśli wy jesteście szczęśliwi z Waszym totalnym przeciwieństwem to gratuluje, bo u mnie kończyło się to zawsze kiepsko. Kończąc wstęp przejdźmy do sedna.
              Niejadek to Mateusz, jest rok starszy ode mnie, jest idealnie wyższy ode mnie - na tyle bym mogła oprzeć swoją głowę na jego piersi, ma niebieskie oczy, hipnotyzujący uśmiech, uwielbia bezcelowe podróże samochodem w środku nocy, nie lubi cebuli, jest wredny - nie mniej ode mnie i czuje, że chce być ze mną tak jak ja chcę być z nim. Niejadka poznałam w pracy. Przyznam, że to nie było wielkie wow, początkowo nie przypadł mi do gustu, wydawał mi się zbyt poważny i zbyt przejęty pracą. Zawsze w nienagannie wyprasowanej koszuli, z doskonale przygotowanym śniadaniem do pracy, które od mojego różniło się jak dzień do nocy - ale o tym później. Jednak osiem godzin razem w jednym pokoju sprawiło, że polubiłam Niejadka. Bardzo długo był zwykłym kolegą z pracy, z którym miło było wyjść na spacer wokół miejsca pracy w ramach przerwy i ponarzekać na szefa, klientów, naszych obecnych partnerów. Z czasem został moim przyjacielem, z którym świetnie się żartowało, rozważało decyzje mniej lub bardziej życiowe. Ot co nawet moje wesele z nim omawiałam (tak jestem po rozwodzie). Nic nie ukazywało, że któraś ze stron może myśleć o drugiej na poważnie. Ale czy na pewno? Teraz nie jestem tego tak pewna, bo cofając się wstecz widzę tą nić porozumienia która zacieśniała się z każdym dniem, przypominam sobie to "zing" gdy pierwszy raz spojrzałam na niego inaczej gdy wszedł któryś raz spóźniony do biura. Tak to był jego rytuał, zaczynał pracę gdy inni zdążyli zjeść już drugie śniadanie :) I tak przyjaźń zrodziła robienie sobie nawzajem kawy w pracy - wspominam bardzo miło ten rytuał, lub jak w późniejszym czasie Niejadek zabierał dla mnie śniadanie bo moje wypadało przy jego hmmm biednie. Jeżeli kanapkę bez masła, z plastrem żółtego sera można nazwać w ogóle śniadaniem. 
           Nasze razem zaczęło się po tym jak moje małżeństwo zaczęło się rozpadać z niezwiązanych z Niejadkiem powodów. Po prostu po wspólnym zamieszkaniu okazało się jak ogromnym przeciwieństwem do mnie był mój były mąż. Tyle. Więc ogromna rada: mieszkajcie ze sobą przed ślubem! Wracając do tematu, po rozpoczęciu procedur rozwodowych rozpoczęły się rozmowy przy kawie, w trakcie których okazało się, że Niejadek jest mi bardziej bliski niż kiedykolwiek przypuszczałam, marzyliśmy o tych samych koncertach, lubiliśmy podobne filmy, książki, oboje uwielbiamy podróże i tak to się zaczęło. Tak zamieszkaliśmy razem a teraz mieszkamy w Anglii budując małymi kroczkami swoją przyszłość. 
         Niejadek osoba z natury radosna, potrafi rozśmieszyć mnie do łez jednym spojrzeniem. Docenia mnie taką jak jestem, bez makijażu, z rozczochraną burzą włosów której nie da się ogarnąć. Dla niego jestem piękna taka jaka jestem, nie muszę na siłę chudnąć, farbować włosów bo każdy pojawiający się siwy włos wita z radością na tym świecie. Niejadek jest też opiekuńczy, jeszcze nikt nigdy nie chodził za mną z lekarstwami, nie szukał po sklepach ziół które doradziła kupić babcia, nie zabierał prawie siłą do lekarza gdy ja jeszcze twierdze, że nie muszę nigdzie się ruszać. Niejadek szanuje mnie jako osobę, szanuje moje zdanie i liczy się z nim. Niejadek jest prawdziwym mężczyzną ubóstwiającym naprawianie w domu - dzięki bogu bo ja nie mam o tym pojęcia - ma kolekcję narzędzi, którymi bez problemu naprawi rower, który zdążyłam już zepsuć np. gdy ostatnio odpadł pedał. Niejadek jest moim pogromcom pająków. Kiedy ja biegam w kółko wrzeszcząc i piszcząc paaaaajjjjjjąk o 2 w nocy, on ze stoickim spokojem wstaje z łóżka, schodzi na dół, bierze odkurzacz i ratuje mnie przed tym włochatymi straszydłami. Mam swojego pogromcę duchów z turbo odkurzaczem na plecach zabijającego wszystkie pająki. Niejadek ma umiejętność wyczuwania moich nastrojów, dzięki czemu nawet w pochmurny dzień, sprawia, że świeci słońce wyciągając mnie na zwykły spacer, który okazuje się wielką przygodą, lub kupi mi moje ulubione ciastki by na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Niejadek jest pomocny; w domu ratuje mnie od zmywania, którego całym sercem nie cierpię, prasuje dużo lepiej ode mnie. Zjada ze smakiem gotowane potrawy, jedyny warunek nie może być w nich cebuli i jak się z czasem okazuje innych rzeczy też :) Niejadek jest dla mnie niebieskookim lwem broniącym swojej rodziny bez namysłu. Jest dla mnie mądrą sową na którą zawsze mogę liczyć w najtrudniejszych momentach. Niejadek jest też strasznym nerwusem, do perfekcji opanował przechodzenie ze stanu spokój w stan furia (dotyczy to wszystkich rzeczy na ziemi poza mną) i wtedy zaczyna się moja rola spokojnej kobietki z 160 cm wzrostu w kapeluszu i na drabinie by go z tego stanu ładnie i szybko wyciągnąć. Niejadek jest moim największym przyjacielem, z którym mogę porozmawiać o wszystkim, nawet o głupotach ale i tak najpiękniejsza jest cisza, ten moment tuż przed zaśnięciem gdy mogę popatrzeć w jego oczy i nic nie mówić bo jest dobrze, bo czuję się szczęśliwa, szanowana, kochana bo czuję, że jestem na właściwym miejscu z właściwą osobą.  

piątek, 26 sierpnia 2016

PRZEPROWADZKA



         Miesiąc, dwa tygodnie, tydzień a może trzy dni. Nie ważne ile zostało do dnia przeprowadzki zawsze wiąże się ona ze stresem i wielką radością. Można by powiedzieć tak odmienne uczucia mieszkają w nas jednocześnie ale są one dość uzasadnione. 
          O przeprowadzce z Niejadkiem myśleliśmy od dłuższego czasu i o ile przeprowadzka z Polski do Anglii nie była wielkim wyzwaniem (jak się teraz okazuje) to już ta z jednego domu do innego w samej Anglii już nim jest. Jest tak dlatego, że wyjeżdżając do Anglii mieliśmy określoną ilość walizek które można było zapełnić i nie było tego aż tak dużo. Zabawa rozpoczęła się dopiero w nowym domku gdy nagle trzeba było dokupić mnóstwo niezbędnych rzeczy do życia codziennego i jeszcze więcej zbędnych, które miały sprawić, że w nowym miejscu będzie bardziej domowo, przytulnie. I tak razem z Niejadkiem nakupiliśmy tonę ramek, wazonów, kocyków, poduszek, pojemniczków i innych ozdób które teraz nie mam pojęcia gdzie i jak poupychać przy przeprowadzce. Został nam tydzień i ja już od dwóch tygodni najchętniej siedziałabym na opisanych kartonach. 
          Lubię planować to fakt czasem do przesady, więc cieszę się, że w tej kwestii Niejadek ma duże pokłady spokoju i cierpliwości, które hamują moje zapędy niemożności normalnej egzystencji przez dwa tygodnie :) Dodam od razu, że to nie tak, że nie jestem spontaniczna chętnie wybywam z domu bo akurat przeczytaliśmy, że coś jest warte poznania a akurat mamy czas wolny. Ale jeśli chodzi o pakowanie to mam na tym punkcie bzika. I tak oto dziś mając dzień wolny pierwszy raz od siedmiu długich dni zamiast leżeć do góry brzuszkiem spakowałam już pół pokoju. Drugie pół czeka na Niejadka (narzędzia, jego ubrania, kosmetyki) lub po prostu przez kolejne dni nadal będziemy  tych rzeczy używać więc nie było sensu ich pakować. Przyznam się od razu - mam problem z tą drugą połową pokoju, moje małpie stado biega wokół ogniska wrzeszcząc "spakuj to, spakuj to, aaaaaaa, nie zdążymy, no spakuj to niedobra kobieto!". No ale cóż poczekam do kolejnego piątku i wszystko zapakuje a w sobotę wielki dzień. Trzymajcie kciuki by o niczym nie zapomnieć, by nic nie zniszczyć, by przeprowadzić się jak najszybciej :) Bo o ile walizki i siatki z ikea wypełnione po brzegi jakoś przewieziemy to już meble gorzej. Bo są dość dużych rozmiarów a nasze autko cóż kochane ale nie aż tak duże by je zmieścić. Na nasze szczęście mamy tu bliskie nam osoby, które przyjadą drugim samochodem i pomogą nam ogarnąć ten nieład :D 
        A po przeprowadzce standard: pizza dwa dni na obiad bo gotować się nie da, sprzątanie, dyskutowanie gdzie co położyć by pamiętać gdzie jest. I radość z nowego większego domku, do którego będzie można zapraszać gości z kraju, z domku w którym zamieszkamy ze znajomymi więc będzie zabawniej bo oni dopiero będą rozpoczynać swoją przygodę z Anglią, która jak Wam pisałam jest inna niż Polska pod wieloma względami. Jedno wiem na pewno - będzie zabawnie. 
          Tym radosnym i panikującym akcentem kończę na dzisiaj, może jeszcze coś dopakuję a może nie :P  Jestem ciekawa jak tam Wasze doświadczenia z przeprowadzek, macie jakiś sposób by je bezboleśnie przeżyć? Trzymajcie się ciepło i do przeczytania!

sobota, 13 sierpnia 2016

TARTA ZE ŚLIWKAMI, SERKIEM MASCARPONE I BIAŁĄ CZEKOLADĄ.

       

           Przyznam Wam się otwarcie - nie przepadam za kuchnią która jest do bólu fit. Kurcze trzeba mieć coś z życia! Od małego ciężko pracujemy na dobre oceny, by dostać się na wymarzone studia (często wymarzone przez rodziców) potem na studiach harujemy by zdać każdą sesje jak najszybciej - no może chociaż po pierwszych poprawkach w końcu imprezy z grupą są najważniejsze. Oczywiście nie chodzi mi tu o aspekt spożywania alkoholu a raczej uczenie się relacji społecznych. Po studiach szukamy pracy, która bądźmy szczerzy wcale nie jest taka fajna i co i ja mam jeszcze jeść zdrowo owies jak konik albo samą sałatę z kiełkami i innymi bzdurnymi nasionkami jak królik??? Nie no tak nie można - żyje się tylko raz więc trzeba też, życie smakować a nie zamykać się tylko na jedną jego dziedzinę! (I żeby nie było nie mówię, że żarcie fit jest niesmaczne, często jest pyszne ale bez przeginania). Dziś zapraszam Was na słodką, niezdrową (chyba, że do zdrowych aspektów zaliczymy dodane owoce) przepyszną tartę ze śliwkami serkiem mascarpone połączonym z rozpuszczoną białą czekoladą. 

SKŁADNIKI:

ciasto

  • 100 g. masła
  • 200 g mąki
  • 2-4 łyżek przyprawy do pierniczków, lub cynamonu
  • 3 łyżki cukru
  • 1 jajko

krem

  • 250 g serka mascarpone
  • 3 rządki białej czekolady
  • 2 - 3 łyżeczki cukru
  • 4 -5 śliwek
  • wiśniowa galaretka
WYKONANIE:

Z zimnego masła, mąki, jajka, przypraw ugniatamy jednolitą masę, którą następnie w woreczku wkładamy na 45 minut do lodówki. Po schłodzeniu smarujemy blachę do tarty masłem, i wykładamy ją cienko ciastem. Ciasto nakłuwamy widelcem, przykrywamy srebrną folią obciążamy i wkładamy na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Po 10 minutach ściągamy nakrycie i trzymamy naszą tartę jeszcze 10 minut w rozgrzanym piekarniku. Po upieczeniu wyciągamy tartę i czekamy aż ciasto się schłodzi. W tym czasie spokojnie wykonamy krem. W kąpieli wodnej rozpuszczamy pokruszoną czekoladę. Możecie dodać trochę wody lub masła by była bardziej kremowa. W osobnym naczyniu ucieramy ser mascarpone z cukrem. Ale uwaga lepiej nie ucierać za mocno i szybko bo serek może się zważyć. Do utartego serka dodajemy rozpuszczoną czekoladę, mieszamy je do jednolitej konsystencji, Kroimy na cząstki śliwki. Na schłodzone ciasto wylewamy galaretkę, po ściągnięciu się galaretki nakładamy krem a na krem pokrojone owoce. Gotową tartę przykrywamy folią aluminiową, chowamy ja do lodówki. Wyjmujemy z lodówki na moment przed podaniem. Oczywiście możecie dodać inne owoce i inny smak galaretki. :) 
Smacznego :)

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

DARESBURY - RODZINNE MIASTECZKO AUTORA ALICJI W KRAINIE CZARÓW

           Kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem było miasteczko rodzinne Lewisa Carroll autora Alicji w Krainie Czarów. Osoby wzbudzającej pewne kontrowersje odnoszące się do pasji fotografowania wyłącznie dziewczynek. Przygotowując się do tej wycieczki na którą wybraliśmy się dodatkowo przy zwiedzaniu innej większej atrakcji poczytałam trochę o samym autorze wspomnianej Alicji. Lewis Carroll urodził się 27 stycznia 1832 roku w Daresbury, był znanym matematykiem, fotografem, jednak zasłynął z książek opisujących losy Alicji w zaczarowanej krainie. Warto dodać, że postać ta nazywa się tak na prawdę inaczej a mianowicie Charles Lutwidge Dodgson, jednak światu znany jest głównie pod pseudonimem autora książki. Autor Alicji wydał około 250 prac naukowych obejmujących tematykę matematyki, był wykładowcą, prekursorem fotografii portretowej i artystycznej. I to właśnie ze względu na fotografię portretową jego postać wzbudza kontrowersje. Ponieważ swoje prace tworzył podczas uroczystości w których potrafiło brać udział około 100 dziewczynek, warto dodać że ów artysta tracił swoje zainteresowanie nimi gdy one dorastały. Mimo, że nigdy nie został oskarżony o molestowanie zachowanie to nawet dziś jest zastanawiające. 



         Część z Was zastanawia się po co zrobiłam ten przydługi wstęp zamiast przejść do sedna wpisu i opowiedzieć o rodzinnej miejscowości, domu rodzinnym, centrum pamięci itp. Już odpowiadam Wam na to pytanie. Nie ma co opisywać... Trasę po okolicy można przebyć na dwa sposoby: pieszo i samochodem. My na szczęście wybraliśmy samochód bo po przejściu kilku kilometrów by zobaczyć polanę byłabym mocno zawiedziona. Dlatego też mimo, że nadal uważam, że warto było odwiedzić to miejsce polecam je Wam jako dodatek do innej wycieczki, maksymalnie godzinka dodatkowo samochodem. 



         Późnym popołudniem podjechaliśmy pod kościół w Daresbury który był jednocześnie centrum pamięci. W środku zastała nas malutka salka z plakatami na ścianach zawierającymi szczątkowe informacje oraz zagadki dla dzieci. Jedynym fajnym elementem tego centrum był sklep z pamiątkami, zawierający okoliczne specjały oraz pamiątki dotyczące samej książki o Alicji. 



         Po zwiedzeniu kościoła oraz centrum wsiedliśmy do samochodu przejechaliśmy kilka minut na mikro parking przy ulicy - zwykłe pobocze, na prawdę szło go przejechać. Po zaparkowaniu udaliśmy się polną drogą pod tabliczkę z informacjami o autorze i książce. Z samej tabliczki dowiedzieliśmy się, że mamy podążać za białym królikiem - jedyny miły element wycieczki. Królik prowadził nas krzaczastym tunelem na polanę na której można było zobaczyć układ mieszkania dzięki pozostałościom fundamentów wyłaniającym się w trawie. Na tej samej polanie czekała na nas jeszcze jedna tabliczka z informacjami i to wszystko. Przyznam, że byliśmy oboje lekko zawiedzeni, spodziewaliśmy się większej ilości atrakcji zważając na sukces jaki zrobiła sama książka tego autora na świecie. Niestety nie czekały na nas żadne ochy i achy. Mimo to cieszę się że odwiedziliśmy to miejsce. Bardzo lubię opowieść o Alicji i jakoś tak nie wyobrażam sobie nie odwiedzić tego miejsca mieszkając tak blisko. 




Jak się spodziewacie zbliżamy się do końca tego wpisu ale już teraz chciałabym Wam dać znać, że w sobotę na blogu będzie na Was czekał wpis z przepisem na tartę ze śliwkami i kremem mascarpone z białą czekoladą. Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!