sobota, 15 kwietnia 2017

DORASTANIE TO PUŁAPKA



             Witam Was serdecznie po krótkiej nieobecności. Zastanawiam się czasem czy tylko ja będąc dzieckiem chciałam tak bardzo dorosnąć? I ilekroć się na tym łapię pytam siebie "Co ci do cholery nie pasowało w tym leżakowaniu..." Oczywiście bycie dorosłym samo w sobie ma mnóstwo zalet, mama czy tata nie mówią nam, że tego lub tamtego nam nie wolno, nie wtrącają się w nasze wydatki. No chyba, że dotyczy to wesela, które w większości opłacanie jest z ich kieszeni. Ale tak poza tym to mamy wolną rękę. Spać możemy iść o której nam się żywnie podoba. Jeść zasadniczo też możemy co chcemy a co nie chce mi się gotować to przez caluteńki tydzień będę jadła zupę z puszki. Dodatkowo jak to czasem bywało za szkolnych lat nikt nam nie mówi jak mamy chodzić ubrani - bo ta sukienka jest za krótka a paznokcie to można malować dopiero w liceum (i tutaj sama powątpiewam czy którakolwiek młoda osoba jeszcze słyszy takie słowa ale trudno, dla dobra wpisu załóżmy że tak) - czyli wszystko zasadniczo brzmi cudownie. Tylko, że wszyscy wiemy, że nie do końca jest tak kolorowo. Z góry zaznaczam to nie jest wpis typu będę Wam tu marudziła aż do końca, chcę się z Wami za to podzielić kilkoma spostrzeżeniami.

              Jak dobrze wiemy niby we wszystko jako dorośli możemy się ubrać ale przecież jako ci sami dorośli pracujemy i w 99% obowiązuje nas określony strój w pracy - pomijając kilka miejsc w których nasz ubiór nie jest istotny - a to zazwyczaj ogranicza znacznie nasze możliwość. Po drugie w pewnym wieku już pewne zestawienia ubrań są nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś czuję się młodo/ma bogate wnętrze/ itp to droga wolna ale zazwyczaj po 25 roku życia wypadałoby bardziej przykładć uwagę do tego jak się wygląda. Dodatkowo niby możemy iść spać o której chcemy ale przecież nikt za nas rano do pracy nie wstanie, wiec nie licząc piątku czy soboty (jeżeli akurat weekend to nasz czas wolny od pracy) raczej chodzenie spać o której chcemy, myśląc o spotkaniach z przyjaciółmi jest ciężkie do osiągnięcia. Jeżeli spojrzeć na nasze wydatki to i owszem w założeniu czysto teoretycznym możemy nasze ciężko zarobione pieniądze wydawać na co zechcemy ale po odliczeniu czynszu, rachunków za prąd, gaz, samochód, internet, telefon, telewizję, oraz codzienne zakupy nie zawsze zostaje tego tyle ile byśmy chcieli.

               I mniej więcej do tego momentu bycie dorosłym mnie zachwyca, wolność wyboru, poczucie odpowiedzialności, możliwość samodzielnego planowania swojego czasu wolnego - to wszystko jest zachwycające. Ale właśnie ten czas wolny w porównaniu do czasu wolnego z czasów szkoły lub co gorsza studiów często mnie dobija. Od jakiegoś czasu uważam, że młodzież ma za dużo wolnego, co później negatywnie odbija się na życiu dorosłym. Od małego uczą nas że na Boże Narodzenie mamy ponad tydzień wolnego, podobnie w Wielkanoc, w międzyczasie są ferie, które dawały dodatkowe dwa tygodnie i oczywiście wakacje letnie dające dwa miesiące wolności. Cudownie przekształcane w trzy miesiące w czasie studiów. Oczywiście osoby łączące pracę ze studiami traciły czas wakacji ale bądźmy szczerzy większość młodych ludzi studiuje dziennie łapiąc te ostatnie chwile wolności. To wszystko za czasów studiów wydawało mi się piękne teraz jednak uważam, że od dziecka bardziej mi to szkodziło niż pomagało. Nigdy nikt nie przygotowywał mnie, iż po rozpoczęciu pracy moje (nie licząc dokładnie) cztery miesiące wolnego w roku zmniejszą się do około 20 dni na cały rok... I tak zazwyczaj na początku czerwca muszę usilnie walczyć ze spadkiem dobrego humoru bo dopada mnie syndrom straconych wakacji. Dobija mnie myśl o konieczności planowania zaledwie 20 dni na wszystkie ważne okazje w roku dla mnie i Niejadka i jak bym się nie starała nie da się tego pogodzić tak by być w 100% zadowolonym. Możliwe że nasi rodzice czy dziadkowie łatwiej przetrwali ten okres przechodzenia w dorosłe życie ponieważ po szkole mieli dużo więcej obowiązków w domu, dzięki czemu nie mieli aż tyle wolnego co moje pokolenie. Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że to właśnie nasze pokolenie jako jedno z pierwszych sobie z tym nie radzi, aż boję się co będzie z kolejnymi, które mają mniej obowiązków dzięki bezstresowemu wychowaniu. Jestem ciekawa czy i wy macie takie rozterki utraconych wakacji i oczywiście jak sobie z nimi radzicie. Możliwe, że niektórzy z czytających ten wpis dopiero uświadomią sobie, że też mają ten syndrom wakacyjnego spadku nastroju. 


        Powoli kończę moje rozważaniu o dorosłości, jeżeli wpis jest nieskładny to wybaczcie ale pisałam go na dwie raty więc możliwe, że gdzieś zgubiłam wątek :P 


       Dodatkowo wszystkim czytelnikom chciałabym życzyć spokojnej Wielkanocy, życzę Wam odpoczynku, radości, miłości oraz dużo słońca i ciepła za oknem. Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania.