Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas wolny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas wolny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 listopada 2018

PODRÓŻ KTÓRA MOGŁA SIĘ NIE ODBYĆ



                         Jak to mamy w zwyczaju nosi nas po świecie, tym razem wywiało nas do Egiptu na wakacje. I to wakacje nie byle jakie bo głównym punktem podróży było nic nierobienie. Co szczególnie dla mnie jest trudne bo aż mnie nosi by zawsze coś robić. Ale od początku bo kto jak nie my prawie by nie zdążył na własny samolot i oglądał jak odlatuje z lotniskowego parkingu.



                        W ten jakże piękny mglisty, chłodny poniedziałek wstaliśmy 3,5 godziny przed odlotem, czyli idealnie by być na dwie godziny przed odlotem na lotnisku. Niejadek podobno nawet uwzględnił umiarkowane korki tuż przed lotniskiem. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie dzięki naszej cudownej pogodzie od samego domu zastały nas korki i tak jak normalnie trasa ta zabiera nam około 30 minut, tego poranka zajęła nam ponad godzinę. Do tego na lotniskowym parkingu czekaliśmy 30 minut na autobus który miał nas zabrać pod nasz terminal. I przyznam się Wam pierwszy raz bałam się, że na prawdę nie zdążę na samolot no przecież godzinę przed odlotem to powinno się stać ładnie po odprawie i popijać kawę. My natomiast staliśmy drepcząc z nogi na nogę czekając na busa. Po kilkudziesięciu minutach w końcu byliśmy w autobusie. Szczęśliwi że na terminal 2 dojedziemy zaraz po odwiedzeniu pierwszego bo to przecież logiczne tak? Ale jednak nie  - w Anglii jedzie się na terminal trzeci potem pierwszy a na końcu na drugi. Czas ucieka zegar nawet ten elektroniczny tyka nieubłaganie. Minęliśmy pierwszy terminal jedziemy na trzeci. Kierowca przymilnie prosi wsiadających pasażerów by układali swoje walizki na specjalne półki (wiecie względy bezpieczeństwa i inne takie bzdury) i nagle wsiada Grażyna lub jak ktoś woli Karyna nad Karynami i to w wersji 100% English... I głośno lamentuje tak by cały autobus ją słyszał że tu nie ma miejsca dla jej walizki. Stojąc tak pół metra ode mnie Karyna doprowadziła mnie w moim odliczaniu do odlatującego bez nas samolotu do szału. I tak jak zazwyczaj spokojna niczym sosenka pomijam milczeniem takie mądrulki tym razem nie wytrzymałam. Mówię do niej że ma się ogarnąć, że o tu (ukazuje jej ogrom miejsca rozciągającego się na mikro półce) jest sporo miejsca, że ludzie czekają, że blokuje wejście a część ludzi się spieszy. Ona że się nie zmieści no to jej pokazałam że się zmieści dodając jakiś gówniany tekst w stylu - chętnie Ci pomogę koleżanko - cisnęłam jej torbą na wolne miejsce życząc jej udanej podróży. W odpowiedzi usłyszałam ckliwie że mogłam spokojniej itp. Ale jak do cholery jak, gdy zastanawiam się jak to stworzenie przetrwało do wieku które osiągnęło... 
Na całe nasze szczęście udało nam się dojechać na nasz terminal bez dalszych przygód, szybko odnaleźliśmy przedstawicielki TUI i błagalnym tonem prosiliśmy by puściły nas dalej - udało się - nie wiem jak je namówiliśmy ale dały nam wskazówkę by po odprawieniu głównego bagażu biec drogą dla osób z pierwszeństwem (mimo że takiego nie wykupiliśmy). I tak o to w rekordowym tempie dla naszej dwuosobowej rodziny w 20 minut nadaliśmy dwa głównie bagaże, przeszliśmy odprawę osobistą kupiliśmy dwie butelki wody na podróż i stanęliśmy w kolejce do wejścia na pokład. 



                         Potem to już tylko 5 godzinny lot i tydzień błogiego lenistwa, przekładanego zjeżdżalniami, pysznym jedzeniem i winem oraz snurkelingiem, którym zaraził mnie Niejadek tak że na koniec jak małe dziecko nie chciałam wyjść z wody tupiąc nóżkami, że o tam daleko jeszcze mnie nie było i ja chce chociaż na 10 minut.  Tak o to minął nam tydzień wakacji. Poniżej możecie zobaczyć małą fotorelację z naszej przygody.











piątek, 26 stycznia 2018

URLOPOWO



           To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.

            Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce. 

          Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...

         Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie. 

         Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.










piątek, 15 grudnia 2017

HOMEMADE CHRISTMAS


           Ostatnie tygodnie spędzamy na przygotowaniach świątecznych. Od dawna mamy ustalone co należy przygotować na wigilię, od dłuższego czasu wszystkie prezenty pochowane są w zakamarkach domu. Choinka stoi w salonie przepięknie ubrana i pachnąca. Jesteśmy praktycznie przygotowani na święta. W ostatnich dniach robiłam przymiarki obrusów, teraz wystarczy je tylko wyprasować by prezentowały się należycie na stole. Ale nie wyobrażajcie sobie że będziemy sprzątać nie wiadomo jak mocno, owszem w planach na nadchodzący tydzień mam sprzątanie ale nie mam zamiaru zepsuć sobie nim humoru czy coś. Będzie czysto ale nie przesadnie czysto. Na początku przyszłego tygodnia mamy w planach przysiąść z Niejadkiem i stworzyć listę świątecznych zakupów, którą później ja zgram z gotowaniem. W tym roku spróbuję rozpocząć gotowanie kilka dni wcześniej tak by nie szykować dań wigilijnych noc przed. W zeszłym roku właśnie tak było i gdyby nie wsparcie Niejadka to nie wiem czy nie zasnęłabym nad pierogami. Dzięki jego wsparciu i żartom udało mi się wszystko ugotować a do tego wyszło to bardzo smacznie. Swoją drogą część z Was zapewne zastanawia się czy Niejadek je cokolwiek na wigilii. A no zjadł i to sporo. Wszystkiego spróbował, pierogi smakowały mu szczególnie w wersji bez farszu i mimo że mogłabym się tu podśmiechiwać to z pełną szczerością muszę przyznać, że zaskoczyło mnie jak chętnie próbował potraw, pomagał w ich przygotowaniu, tym że polubił zupę grzybową oraz kilka innych dań. Jednym słowem zeszłoroczna wigilia była dla nas magiczna, oboje wierzymy że ta również taka będzie. 
            W tym roku postanowiliśmy również wcześniej wysłać wszystkie kartki świąteczne do naszych najbliższych tak by dotarły do nich na czas. Samo wypisywanie życzeń oraz adresów zajęło nam trochę czasu ale w wysyłaniu kartek do bliskich jest jakaś magia. Coś co sprawia, że człowiekowi cieplej w środku na myśl, że jego kartka niedługo dotrze do najbliższych i wywoła uśmiech na ich twarzach. 
          Grudzień to dla nas również czas mikołajek w tym roku przeszliśmy samych siebie kupując sobie wzajemnie dokładnie to samo. Stwierdziliśmy, że jesteśmy sobie tak bliscy iż myślimy bardzo podobnie i stąd ten sam prezent. Dzięki czemu oboje mieliśmy radość z ułożenia zestawu klocków lego dotyczącego kobiet NASA. Sam zestaw układało się bardzo przyjemnie, brakowały tylko podziałów klocków na pod-zestawy przynależące osobno do każdej ze składanych postaci. Ale pomijając ten fakt spędziliśmy cudowny wieczór celebrując wspólną pasję. Z okazji Mikołajek udaliśmy się również do LEGOLANDU w Manchesterze  na wieczór tylko dla dorosłych, gdzie spędziliśmy około trzech godzin na podziwianiu złożonych zestawów, bawiąc się na placu zabaw oraz składając swoje własne dzieła z klocków lego. Niczego nie wygraliśmy ale i tak świetnie było spotkać się z innymi ludźmi podobnie zakręconymi jak my na punkcie LEGO. Łatwo wysnuć wnioski iż grudzień w naszym domu jest pod znakiem tej właśnie marki. I jest w tym dużo prawdy ponieważ ustaliliśmy, że na gwiazdkę możemy zaszaleć z prezentami i kupić sobie wybrane zestawy do składania. Dlatego też już po świętach możecie spodziewać się zdjęć tutaj lub na moim insta z procesu składania. 
            Grudzień to też dla mnie czas prezentów w pracy. W tym roku od secret Santa dostałam gorącą czekoladę oraz płatki śniadaniowe o smaku czekoladowym. Bo jak się okazało połączenie śniadaniowe płatków czekoladowych z gorącą czekoladą jest w Anglii dość specyficzne. Przez co w pracy większość kolegów stwierdziła że moje upodobania śniadaniowe są dziwne i tak ich tą dziwnością zaintrygowałam, że dostałam zestaw śniadaniowy na święta bym mogła celebrować je po swojemu. Przyznam się Wam że to najlepszy prezent do 5 funtów jaki kiedykolwiek dostałam. Z humorem, smakiem wskazujący że osoba obdarowująca dobrze mnie znała. Czy na prawdę moje śniadania są dziwne? Who cares :P Mogę być nawet dziwa w kwestii śniadań nie przeszkadza mi czy innym to odpowiada, dziwi ich, lub obrzydza. Moje śniadanie, nie innych, nie należę do osób które dzielą się z innymi więc nie ma się czym martwić. No może Niejadek ma czym się martwić bo jest jedyną osobą z którą bez namysłu mogę wszystkim się podzielić, jednak wątpię by w tej kwestii chciał z tego korzystać. 
          Powoli kończę ten wpis, tym razem możecie jednak być pewni iż już niedługo do Was znowu napiszę. Także życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 







środa, 15 listopada 2017

KILKA DNI WOLNEGO Z PRZEZIĘBIENIEM



               W ostatnim tygodniu udało mi się złapać kilka dni wolnego tylko dla siebie. 
Od samego początku Niejadek ustalił mi zasadę "odpoczywasz Niunia" czy mi się to udało? W dużym stopniu na pewno, nie oznaczało to jednak zapuszczenia domu i siebie, nadal biegałam z przysłowiowym mopem i ścierą by dom wyglądał tak jak lubię, czyli czysto i przytulnie. I owszem nigdy nie zdam testu perfekcyjnej pani domu. Bo zawsze o czymś zapomnę lub oleję ale WHO CARES! Nasz dom, nasze zasady, ważne, że nam się tu dobrze mieszka i dla nas poziom czystości jest zadowalający. Pomijając sprzątanie w końcu miałam czas skupić się na swoim hobby i powiem Wam szyłam tak intensywnie, że mi poduszek zabrakło z których mogłam wyjmować wnętrze do wypychania moich cudeniek. W ostatnim czasie skupiłam się na ozdobach choinkowych, niektórymi z nich podzielę się z Wami na końcu wpisu. Dodatkowo zadbałam o to by w domu w końcu nie było tak zimo. Bo mimo, że nasz cudowny apartament ma tylko dwa latka (jakbym świętowała urodziny własnego dziecka:P ) to i tak przez okna i parapety tracimy sporo ciepła, wszystko to skłoniło mnie do uszycia pięknych długich poduch na okna, które w okresie jesienno-zimowym dodają uroku i przytulności a dodatkowo pomagają utrzymać ciepło w domu. Już po kilku godzinach od ich uszycia i położenia na ich nowym miejscu w domu zrobiło się cieplej a ja sama paradowałam po domu dumna ze swoich dzieci. Oczywiście w planach szyciowych miałam dużo więcej projektów. Niestety zabrakło mi czasu ale wiem, że w pierwszej wolnej chwili oddam się szyciu. 
            Swój czas wolny poświęciłam również na granie na xboxie. Niejadek przez opłacanie czegoś tam dostał na 10 godzin simsy dzięki czemu już wiem, że to gra dla mnie, pozwala mi się rozluźnić, zapomnieć o stresach w pracy i oddać mojemu zamiłowaniu do gier. Także tego jak tylko gra będzie dostępna do kupienia wiem, że biegnę w moich turbo kaloszach zakupić ją, by wracając do domu zakupić dla mnie i Niejadka przekąski i oddać się wspólnemu graniu. Bo mamy z Niejadkiem plan on buduje domek a ja zarządzam simami. Idealny podział obowiązków domowych. :P
          Pierwszą rzeczą jednak na moim urlopie, dzięki której nabawiłam się przeziębienia - Chociaż wolę żyć w przekonaniu że mój organizm po prostu chce więcej urlopu i dlatego się przeziębił ale zostawmy to bez oceny - była podróż w poszukiwaniu samochodu dla mnie. By spełnić moje marzenie o moim własnym Mini z automatyczną skrzynią biegów. Bo mimo, że jazdę samochodem kocham to mój samokrytycyzm skłania mnie do wniosku, że przy manualnej skrzyni biegów jestem tragicznym kierowcą. Samo poszukiwanie pozwoliło nam się rozeznać się na rynku, dzięki czemu łatwiej będzie nam podjąć ostateczną decyzję. 
         Mam nadzieję, że dobrze czytało się Wam ten wpis po dość długiej moje nieobecności. Jeżeli był trochę nieskładny wybaczcie mi to, sami wiecie jak to jest jak człowiek ciągle psika i kicha... 
        Życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania! 





sobota, 2 września 2017

NO TO ZAGRAJMY W GOLFA



                      Przyznam się Wam na wstępie, że grę w golfa uważałam za nudną. Był to dla mnie jeden z tych sportów w którym w mojej opinii odbija się nudnie piłeczkę bez żadnego och i ach, jedyne co mogłoby zachęcić mnie do golfa to wpuszczenie mnie na pole z aparatem. Może wtedy biorąc pod uwagę otaczającą zieleń i krajobrazy wydałoby mi się to interesujące. Od dłuższego czasu sprzeczałam się z Niejadkiem w żartach, że owszem pojadę z nim poćwiczyć uderzenia ale będę tylko patrzeć i zapewne się zanudzę. No i pojechałam wypożyczyłam nawet dla siebie kij damski i po krótkim przypatrywaniu się Niejadkowi, uznałam, że wiem już wszystko co jest mi potrzebne by wykonać swoje pierwsze idealne uderzenie. I słowo idealne ma tu dość duże znaczenie, kto mnie zna wie że nie lubię próbować nowych rzeczy, w których nie będę dobra, nie lubię się ośmieszać, że coś mi nie wychodzi. Mam z tym dość duży problem ale że na miejscu nie było zbyt wielu ludzi, wszyscy uderzali prawo-ręcznie więc nie było szansy by ośmieszyć się na oczach pozostałych uczestników. No może tylko przed Niejadkiem ale sam dobrze on wie, że gromki śmiech z mojej porażki może poskutkować groźbą braku obiadu (nie ważne, że nie spełnioną bo jak porządna narzeczona zostawiłaby ukochanego bez posiłku). No i staję w końcu na wyznaczonym polu, naprężam się, wyginam jak ten węgorz, gotowa do skoku niczym Małysz na belce startowej, jednym słowem jestem spięta, zwarta i gotowa. Wyginam śmiało swe ciało i wtem słyszę, że źle, źle, źle. Że niby mam wykręcać kolana, pamiętając by były przy tym zgięte, plecy prostować a kijem to nie drapać się po dupce tylko zakręcić za głową jakoś bardziej z gracją. Gotując się w środku myślę, ja Ci jeszcze pokażę... próbuję raz drugi, trzeci ale zawsze moje ciało jakoś się dziwnie wykręca, ręce tańczą swoje cza-cza a nie pięknego walca jak to w golfie etykieta nakazuje. 
Jednym słowem impas głowa wie (tak jej się wmówiło) co ma robić a ciało ni w dziób nie chce tego wykonać i wtem jak ten grom z nieba, jak to jabłko z drzewa w głowę newtona, wpadliśmy z Niejadkiem na niegłupi pomysł. Mimo, że kij dostałam dla praworęcznych, dla leworęcznych nawet nie było. To spróbowałam zrobić zamach jak leworęczna i bach udało się. Tzn. ja nie oceniam, to Niejadek stwierdził, że w końcu, że za pierwszym razem ciało zgrało się z kijem i wykręciło tak jak powinno. Moja oburęczność zaskoczyła nas ponownie jak widać w golfa to ja jestem leworęczna i już... 
Kończąc to rozwodzenie się o moich początkach z golfem już wypatrujemy kupić mi pierwszy jeden tani kij dla leworęcznych kobiet, zapewne z elementami różu tak dla podkreślenia, że to mój. Pojedziemy ponownie razem poćwiczyć i zobaczyć jak mi będzie szło uderzanie dostosowanym do moich potrzeb kijem. Bo przyznać muszę niechętnie, że spodobał mi się golf. No dobra jego podstawy bo z golfem dzisiejsza przygoda nie miała nic wspólnego. Ale spodobało mi się, nawet ten rytmiczny hałas uderzania piłeczek, otaczająca przyroda, króliki biegające w oddali pola, samo ćwiczenie uderzeń no i fakt, że możemy to robić razem z Niejadkiem, dzięki czemu mamy szansę oboje bywać częściej na łonie natury. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

wtorek, 9 maja 2017

QUARRY BANK MILL



                 Coś ostatnio dawno nic nie pisałam, ale złożyło się na to całkiem sporo, po pierwsze nawał pracy sprawiał, że po powrocie do domu chciałam po prostu zaszyć się pod kocykiem z herbatką oraz książką lub wtulić w Niejadka. Pogoda nie sprzyjała, w związku z czym nie było zbyt wielu sytuacji do opisania, no chyba że kogoś interesuje nasza codzienna lista zakupów, bądź cykl sprzątania. Biorąc pod uwagę fakt iż nie wierzę by kogokolwiek to interesowało, postanowiłam napisać do Was gdy faktycznie będzie co opisywać. A do tego czasu mogłam spokojnie oddawać się czytaniu książek. Dzisiaj jednak po przebudzeniu mimo wcześniej ustalonego dnia postanowiliśmy jednak pojechać na wycieczkę. Po śniadaniu, z aromatyczną kawą usiadłam to naszego atlasu National Trust i dość szybko wybrałam gdzie chciałabym spędzić poniedziałkowe popołudnie, po akceptacji ze strony Niejadka, szybko się zebraliśmy (no może Niejadek szybko, mi zajęło to trochę dłużej) i ruszyliśmy w drogę. Ahoj przygodo! Naszym wyborem padł Quarry Bank Mill czyli największy młyn włókienniczy w naszej okolicy. Jeżeli postanowicie odwiedzić to miejsce, wraz z jego wszystkimi atrakcjami zarezerwujcie sobie spokojnie około 4-5 godzin. My mieliśmy niecałe 4 do zamknięcia obiektu i niestety nie udało nam się nacieszyć przepięknymi ogrodami, w których teraz spotkacie ogromną ilość kwitnących roślin. 



                 Po ustaleniu iż potrzebujemy około 5 godzin by spokojnie nacieszyć się obiektem, warto zwrócić uwagę, iż ceny biletów nie są najtańsze 18 funtów od osoby dorosłej to spora kwota, na szczęście jako członkowie National Trust wstęp na wszystkie atrakcje mieliśmy bezpłatnie. W samym obiekcie znajduje się duży parking, dwa sklepy z pamiątkami dwie kawiarnie, toalety, dodatkowo zwierzęta są mile widziane (warto doczytać szczegóły na stronie internetowej obiektu) także spokojnie można tam spędzić kilka godzin z najbliższymi, nacieszyć się historią, zielenią oraz przestrzenią.



                Jako pierwszy odwiedziliśmy młyn w którym poznaliśmy historię włókiennictwa oraz codzienne obowiązki pracowników młyna. W trakcie zwiedzania pracownicy ukazali nam historię oraz sposób pracowania maszyn. Przyznam, że zaskoczyła mnie ogromnie głośność z jaką one pracowały (a włączano dla zwiedzających tylko kilka z nich) nie wyobrażaliśmy sobie z Niejadkiem jak można było pracować przy takim hałasie 12 godzin dziennie. W trakcie zwiedzania tego obiektu mieliśmy okazję przyjrzeć się pracy koła wodnego, które swoją wielkością robiło znaczne wrażenie. W wielu pomieszczeniach były dodatkowo wystawy dla dzieci, dzięki czemu i najmłodsi mieli odpowiednią dla nich rozrywkę. Sam budynek zachowany jest znakomicie, mimo iż nie dopuszczono nas do większej ilości pomieszczeń to i tak można ocenić jego stan jako bardzo dobry. 
Później udaliśmy do Apprentice House gdzie mogliśmy zobaczyć miejsce zamieszkania dzieci pracujących w młynie. Warto zaznaczyć, że rozpoczynały one swoją pracę zazwyczaj w wieku 9 lat i zamieszkiwały na terenie młyna do 18 roku życia. Formalnie należały one do młyna i nie płacono im za ich pracę. Jednak jak na tamte czasy dzieci pracujące w tym obiekcie miały dużo lepszą sytuację życiową niż w innych tego typu miejscach. Zapewniano im opiekę lekarską, głównie opieraną na zielarstwie lokalnym oraz sprowadzanych z zagranicy goździkach używanych przy leczeniu zębów, dzieci nie wyrzucano na bruk po wypadkach zdarzających się w czasie pracy, starano się je za to wyleczyć i przywrócić do pracy. Chłopcy uczęszczali na lekcje pisania, czytania i podstawowej matematyki, były to około 4 godziny w tygodniu ale jak na tamte czasy to i tak przyzwoity wynik. Dziewczynki uczyły się prac domowych, jak przystało na tamte czasy, uważano że mózg dziewczynki nie były w stanie przyswoić takiej wiedzy. Dodatkowo mogły one liczyć na trzy ciepłe posiłki dziennie, z których jeden zawierał warzywa oraz dwa do trzech posiłków w tygodniu zawierających mięso. W młynie starano się dbać o nie dzięki czemu nie spały w przepełnionych łóżkach (dwie osoby w łóżku), niestety sam ich dom był przepełniony w tamtych czasach dość mocno. Jednoczenie mogło w nim mieszkać do 90 dzieci, przez co musiały one przeskakiwać po łóżkach innych osób by dostać się na swoje własne. Mimo ogromnego przepełnienia i ciężkiej pracy dzieci te często pozostawały w tej pracy również po osiągnięciu 18 roku życia. Wyprowadzały się z ich wspólnego domu, przenosiły się do okolicznych wiosek i stamtąd przybywały do pracy, która była już płatna. Zdaję sobie sprawę, iż w obecnych czasach takie warunki życia czy pracy wydają się straszne ale porównując inne tego typu miejsca pracy lub życie wśród wielodzietnej rodziny bez regularnych posiłków, czy szczątkowej opieki zdrowotnej można delikatnie stwierdzić, że dzieci pracujące w tym młynie miały dużo szczęścia. 
Później udaliśmy się przez ogrody które o tej porze roku zachwycają mnogością barw, zapachów i kształtów do szklarni która jest stosunkowo nowym obiektem. Następnie odwiedziliśmy jedną z okolicznych wiosek, w której małe starodawne domy zachwycały oko połączeniem cegły i białego koloru. 
Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się szybkim tempem do sklepu z pamiątkami, w którym Niejadek kupił mi kolejny do kolekcji magnes na lodówkę. Sam sklep National Trust jak zwykle zachwycał mnogością oferowanych produktów. Zarówno pamiątek z danego obiektu ale również lokalnych wyrobów, zabawek dla dzieci czy ozdób do domu. 





Mam nadzieję, iż swoim opisem oraz zdjęciami zachęciłam Wam do odwiedzenia tego miejsca lub chociaż do rozważenia możliwości wybrania się tam w przyszłości. Zbliżając się nieubłaganie do końca dzisiejszego wpisu życzę Wam dobrej nocy oraz do przeczytania!








sobota, 15 kwietnia 2017

DORASTANIE TO PUŁAPKA



             Witam Was serdecznie po krótkiej nieobecności. Zastanawiam się czasem czy tylko ja będąc dzieckiem chciałam tak bardzo dorosnąć? I ilekroć się na tym łapię pytam siebie "Co ci do cholery nie pasowało w tym leżakowaniu..." Oczywiście bycie dorosłym samo w sobie ma mnóstwo zalet, mama czy tata nie mówią nam, że tego lub tamtego nam nie wolno, nie wtrącają się w nasze wydatki. No chyba, że dotyczy to wesela, które w większości opłacanie jest z ich kieszeni. Ale tak poza tym to mamy wolną rękę. Spać możemy iść o której nam się żywnie podoba. Jeść zasadniczo też możemy co chcemy a co nie chce mi się gotować to przez caluteńki tydzień będę jadła zupę z puszki. Dodatkowo jak to czasem bywało za szkolnych lat nikt nam nie mówi jak mamy chodzić ubrani - bo ta sukienka jest za krótka a paznokcie to można malować dopiero w liceum (i tutaj sama powątpiewam czy którakolwiek młoda osoba jeszcze słyszy takie słowa ale trudno, dla dobra wpisu załóżmy że tak) - czyli wszystko zasadniczo brzmi cudownie. Tylko, że wszyscy wiemy, że nie do końca jest tak kolorowo. Z góry zaznaczam to nie jest wpis typu będę Wam tu marudziła aż do końca, chcę się z Wami za to podzielić kilkoma spostrzeżeniami.

              Jak dobrze wiemy niby we wszystko jako dorośli możemy się ubrać ale przecież jako ci sami dorośli pracujemy i w 99% obowiązuje nas określony strój w pracy - pomijając kilka miejsc w których nasz ubiór nie jest istotny - a to zazwyczaj ogranicza znacznie nasze możliwość. Po drugie w pewnym wieku już pewne zestawienia ubrań są nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś czuję się młodo/ma bogate wnętrze/ itp to droga wolna ale zazwyczaj po 25 roku życia wypadałoby bardziej przykładć uwagę do tego jak się wygląda. Dodatkowo niby możemy iść spać o której chcemy ale przecież nikt za nas rano do pracy nie wstanie, wiec nie licząc piątku czy soboty (jeżeli akurat weekend to nasz czas wolny od pracy) raczej chodzenie spać o której chcemy, myśląc o spotkaniach z przyjaciółmi jest ciężkie do osiągnięcia. Jeżeli spojrzeć na nasze wydatki to i owszem w założeniu czysto teoretycznym możemy nasze ciężko zarobione pieniądze wydawać na co zechcemy ale po odliczeniu czynszu, rachunków za prąd, gaz, samochód, internet, telefon, telewizję, oraz codzienne zakupy nie zawsze zostaje tego tyle ile byśmy chcieli.

               I mniej więcej do tego momentu bycie dorosłym mnie zachwyca, wolność wyboru, poczucie odpowiedzialności, możliwość samodzielnego planowania swojego czasu wolnego - to wszystko jest zachwycające. Ale właśnie ten czas wolny w porównaniu do czasu wolnego z czasów szkoły lub co gorsza studiów często mnie dobija. Od jakiegoś czasu uważam, że młodzież ma za dużo wolnego, co później negatywnie odbija się na życiu dorosłym. Od małego uczą nas że na Boże Narodzenie mamy ponad tydzień wolnego, podobnie w Wielkanoc, w międzyczasie są ferie, które dawały dodatkowe dwa tygodnie i oczywiście wakacje letnie dające dwa miesiące wolności. Cudownie przekształcane w trzy miesiące w czasie studiów. Oczywiście osoby łączące pracę ze studiami traciły czas wakacji ale bądźmy szczerzy większość młodych ludzi studiuje dziennie łapiąc te ostatnie chwile wolności. To wszystko za czasów studiów wydawało mi się piękne teraz jednak uważam, że od dziecka bardziej mi to szkodziło niż pomagało. Nigdy nikt nie przygotowywał mnie, iż po rozpoczęciu pracy moje (nie licząc dokładnie) cztery miesiące wolnego w roku zmniejszą się do około 20 dni na cały rok... I tak zazwyczaj na początku czerwca muszę usilnie walczyć ze spadkiem dobrego humoru bo dopada mnie syndrom straconych wakacji. Dobija mnie myśl o konieczności planowania zaledwie 20 dni na wszystkie ważne okazje w roku dla mnie i Niejadka i jak bym się nie starała nie da się tego pogodzić tak by być w 100% zadowolonym. Możliwe że nasi rodzice czy dziadkowie łatwiej przetrwali ten okres przechodzenia w dorosłe życie ponieważ po szkole mieli dużo więcej obowiązków w domu, dzięki czemu nie mieli aż tyle wolnego co moje pokolenie. Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że to właśnie nasze pokolenie jako jedno z pierwszych sobie z tym nie radzi, aż boję się co będzie z kolejnymi, które mają mniej obowiązków dzięki bezstresowemu wychowaniu. Jestem ciekawa czy i wy macie takie rozterki utraconych wakacji i oczywiście jak sobie z nimi radzicie. Możliwe, że niektórzy z czytających ten wpis dopiero uświadomią sobie, że też mają ten syndrom wakacyjnego spadku nastroju. 


        Powoli kończę moje rozważaniu o dorosłości, jeżeli wpis jest nieskładny to wybaczcie ale pisałam go na dwie raty więc możliwe, że gdzieś zgubiłam wątek :P 


       Dodatkowo wszystkim czytelnikom chciałabym życzyć spokojnej Wielkanocy, życzę Wam odpoczynku, radości, miłości oraz dużo słońca i ciepła za oknem. Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania. 

                   

środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!