Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 listopada 2018

PODRÓŻ KTÓRA MOGŁA SIĘ NIE ODBYĆ



                         Jak to mamy w zwyczaju nosi nas po świecie, tym razem wywiało nas do Egiptu na wakacje. I to wakacje nie byle jakie bo głównym punktem podróży było nic nierobienie. Co szczególnie dla mnie jest trudne bo aż mnie nosi by zawsze coś robić. Ale od początku bo kto jak nie my prawie by nie zdążył na własny samolot i oglądał jak odlatuje z lotniskowego parkingu.



                        W ten jakże piękny mglisty, chłodny poniedziałek wstaliśmy 3,5 godziny przed odlotem, czyli idealnie by być na dwie godziny przed odlotem na lotnisku. Niejadek podobno nawet uwzględnił umiarkowane korki tuż przed lotniskiem. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie dzięki naszej cudownej pogodzie od samego domu zastały nas korki i tak jak normalnie trasa ta zabiera nam około 30 minut, tego poranka zajęła nam ponad godzinę. Do tego na lotniskowym parkingu czekaliśmy 30 minut na autobus który miał nas zabrać pod nasz terminal. I przyznam się Wam pierwszy raz bałam się, że na prawdę nie zdążę na samolot no przecież godzinę przed odlotem to powinno się stać ładnie po odprawie i popijać kawę. My natomiast staliśmy drepcząc z nogi na nogę czekając na busa. Po kilkudziesięciu minutach w końcu byliśmy w autobusie. Szczęśliwi że na terminal 2 dojedziemy zaraz po odwiedzeniu pierwszego bo to przecież logiczne tak? Ale jednak nie  - w Anglii jedzie się na terminal trzeci potem pierwszy a na końcu na drugi. Czas ucieka zegar nawet ten elektroniczny tyka nieubłaganie. Minęliśmy pierwszy terminal jedziemy na trzeci. Kierowca przymilnie prosi wsiadających pasażerów by układali swoje walizki na specjalne półki (wiecie względy bezpieczeństwa i inne takie bzdury) i nagle wsiada Grażyna lub jak ktoś woli Karyna nad Karynami i to w wersji 100% English... I głośno lamentuje tak by cały autobus ją słyszał że tu nie ma miejsca dla jej walizki. Stojąc tak pół metra ode mnie Karyna doprowadziła mnie w moim odliczaniu do odlatującego bez nas samolotu do szału. I tak jak zazwyczaj spokojna niczym sosenka pomijam milczeniem takie mądrulki tym razem nie wytrzymałam. Mówię do niej że ma się ogarnąć, że o tu (ukazuje jej ogrom miejsca rozciągającego się na mikro półce) jest sporo miejsca, że ludzie czekają, że blokuje wejście a część ludzi się spieszy. Ona że się nie zmieści no to jej pokazałam że się zmieści dodając jakiś gówniany tekst w stylu - chętnie Ci pomogę koleżanko - cisnęłam jej torbą na wolne miejsce życząc jej udanej podróży. W odpowiedzi usłyszałam ckliwie że mogłam spokojniej itp. Ale jak do cholery jak, gdy zastanawiam się jak to stworzenie przetrwało do wieku które osiągnęło... 
Na całe nasze szczęście udało nam się dojechać na nasz terminal bez dalszych przygód, szybko odnaleźliśmy przedstawicielki TUI i błagalnym tonem prosiliśmy by puściły nas dalej - udało się - nie wiem jak je namówiliśmy ale dały nam wskazówkę by po odprawieniu głównego bagażu biec drogą dla osób z pierwszeństwem (mimo że takiego nie wykupiliśmy). I tak o to w rekordowym tempie dla naszej dwuosobowej rodziny w 20 minut nadaliśmy dwa głównie bagaże, przeszliśmy odprawę osobistą kupiliśmy dwie butelki wody na podróż i stanęliśmy w kolejce do wejścia na pokład. 



                         Potem to już tylko 5 godzinny lot i tydzień błogiego lenistwa, przekładanego zjeżdżalniami, pysznym jedzeniem i winem oraz snurkelingiem, którym zaraził mnie Niejadek tak że na koniec jak małe dziecko nie chciałam wyjść z wody tupiąc nóżkami, że o tam daleko jeszcze mnie nie było i ja chce chociaż na 10 minut.  Tak o to minął nam tydzień wakacji. Poniżej możecie zobaczyć małą fotorelację z naszej przygody.











niedziela, 22 lipca 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI CZ.2



                Tak więc szczęśliwie przespaliśmy noc, by wstać po 8:00 i ruszyć dalej w drogę. Przy wymeldowaniu nasz poziom niemieckiego uważam za prawie doskonały. Udało nam się dowiedzieć, że mama naszej gospodyni była z Poznania i jak myślicie jaka myśl naszła mnie od razu (pomijając kilka słów których dama nie wymawia), nosz kobieto kochana czemuś ty od mamy się po polsku nie uczyła tak byśmy sobie tu pogadały a tak co a tak nic. Oddaliśmy klucze, zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę. Nie żeby jakąś daleką, raczej w stylu nawigacjo kochana na pierwszego maka poprosimy na śniadanko w stylu tosty z serem i szynką a do tego kawa, duża, mocna, czarna, taka że na sam zapach ciarki przechodzą z zachwytu. Po jakże zdrowym śniadaniu udaliśmy się na stację by dowiedzieć się że nasze trzy karty płatnicze to NEIN... nosz są bee, opętał je szatan i płacić nimi nie można ale za rogiem to można wypłacić w centrum handlowym.  Jednak gdybyśmy posiadali  kartę płatniczą IKEA FAMILY tosz nie ma problemu płacić można... I miało dziś nie być nic już o Niemczech ale no nie da się, ten etap podróży wywarł na nas takie wspomnienia, że muszę to z siebie zrzucić, bo co się przeczyta to się już nie odprzeczyta :-) Tak więc podsumowując etap do Polski pamiętajcie czytelnicy nocleg w Niemczech ustalamy przez wyjazdem. Po przebojach z podróży dość zmęczeni dotarliśmy do hotelu, który był w naprawdę dobrym standardzie, posiadał swoje spa, oraz dostępne dla gości sauny oraz jacuzzi. Jeżeli mogę doradzić Wam jak zaoszczędzić to polecam wyjazdy poza sezonem. Za pięciodniowy pobyt ze śniadaniem i obiadokolacją dostępem do rowerów oraz części spa zapłaciliśmy niecałe 700 złotych. A muszę przyznać że posiłki mieli bardzo smaczne i zróżnicowane. Obsługa bardzo miła i pomocna.Okolica cicha i spokojna, całkiem blisko do centrum i dobre podejście na trasy w góry. Czego chcieć więcej no tego spa bo jak względne mieszczuchy przyjadą raz na kilka lat w góry to po wejściu na Śnieżkę potrzebują masażu. No dobra Niejadek nie potrzebował maziania ale ja za to tak mój wewnętrzny kot pragnął masażu który rozluźni jego zmęczone gnatki i doda świeżości. Dlatego też mogę całej kobiecej części czytelniczek polecić masaże w tym obiekcie. Masaż świecą był obłędny.


      Na pobyt w Karpaczu zaplanowaliśmy sobie głównie zdobycie Śnieżki, której nie udało nam się zdobyć w 2015 roku. Poza tym zdobyliśmy znacznie mniejszy szczyt w samym Karpaczu, który potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed Śnieżką. Do tego zwiedziliśmy Zamek Książ, Zamek Czocha, oraz Podziemne Miasto Osówka, planowaną największą bazę Hitlera w Polsce. Dla przyjemności zajadaliśmy się oscypkiem z żurawiną oraz odwiedzaliśmy pizzerię poznaną przy ostatnim wyjeździe. Pizze podają tam na obłędnie cienkim kruchym cieście. Smak sosu pomidorowego idealnie zgrywa się z dodatkami, których jest na prawdę dużo na każdym kawałku. Jednym słowem niebo na talerzu. 




                        Sama Śnieżka okazała się dla nas nie małym wyzwaniem. Już na samym początku okazało się, że jedyny pieszy szlak jest nadal zamknięty ze względu na lawiny śnieżne. Na szczęście śniegu w górach już praktycznie nie było dlatego też razem z parą z Niemiec i jednym polakiem postanowiliśmy zdobyć ten szczyt. Przeszkody oraz trudy jakie napotkaliśmy na trasie były tego warte: przepiękne widoki, wszechobecna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków. Samo wejście na Śnieżkę pamiętałam jeszcze przez kilka dni a dokładnie pamiętały moje mięśnie, które dawały się we znaki przy każdym małym kroczku. Ale raz jeszcze było warto, bo zdobyliśmy ją razem, okazując sobie wsparcie na trasie, spełniliśmy kolejne wspólne marzenie i udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych jeżeli się tylko człowiek postara.  Jeżeli chodzi o zdobywane zamki to szczerze polecam wszystkim Zamek Czocha. Przepiękne miejsce, super przewodnik, odpowiadający na każde pytanie Niejadka, który kocha Zamki więc pytań zawsze ma mnóstwo. Zamek sam w sobie cudowny, nie jest ogromny ale pozwala nacieszyć się swoimi eksponatami oraz zakamarkami. Cenowo wychodził bardzo korzystnie szczególnie jeśli porówna się go z Zamkiem Książ którego nikomu nie polecam.



             Zamek Książ liczy sobie drakońskie kwoty za wstęp. By już na samym początku okazało się, że za toalety trzeba przy zamku osobno płacić nawet jeżeli sam bilet od osoby kosztował 40 zł. Już przy pierwszych krokach okazuje się że idziemy praktycznie przez puste pomieszczenia. W ponad połowie sal nie ma eksponatów bo były rozkradzione w czasie wojny, to samo z biblioteką. Przewodnik mimo, że bardzo miła to historię zamku opowiadała tylko z punktu widzenia rodziny go zamieszkującej. Całkowicie pomijając wątki wojenne. Samą wisienką na torcie był ochroniarz w sali z obrazami. Który doskoczył do nas z pretensjami i na nic nie zdały się tłumaczenia że nikt na starcie wycieczki nie informował o tym jak można trzymać własny plecak. Także dzięki ochroniarzowi który dziecka by nie okiełznał przez swój ogromny brzuch wyszliśmy z zamku wkurzeni prosto do biura zażaleń. Po jakże cudownym dniu na Zamku Książ uznaliśmy, że nasza noga więcej tam nie postanie i raczej nie będzie to polecane przez nas miejsce w Polsce.


                      Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy było Podziemne Miasto Osówka. Które miało zostać największą bazą Hitlera w Polsce. Niejadek naciągnął mnie na trasę ekstremalną, którą gorąco wszystkim polecam. Jednak wybierając tą trasę warto mieć ze sobą chociaż małą latarkę która oświetli drogę w ciemności skał oraz wody którą będziecie przekraczać. Przewodnicy posiadali ogromną wiedzę, na temat wykopalisk prowadzonych w tym miejscu jak i o samej wojnie. Mimo, że samo miejsce wprawiało nas w pewien rodzaj zachwytu jak tak ogromne miejsce można wykuć w skale to po uświadomieniu sobie ile osób utraciło swoje życie w trakcie wykopalisk, ogarnęło nas przygnębienie. Mimo wszytko warto odwiedzić to miejsce jak i również pozostałe kompleksy znajdujące w okolicy dzięki czemu można lepiej poznać trudną ale fascynującą historię Polski.





                    Pozostały czas w Karpaczu spędzaliśmy na spacerach po mieście, zajadaniu się lokalnymi przysmakami praz korzystaniu z hotelowego spa. Drugą część wyjazdu spędziliśmy w rodzinnym Poznaniu na spotkaniach rodzinnych. Cały wyjazdu uznajemy jednogłośnie za udany, mimo że sama podróż samochodem była dość męcząca. Sam Karpacz oraz jego atrakcje polecamy wszystkim, jesteśmy przekonani, że każdy odnajdzie tutaj coś dla siebie.


niedziela, 13 maja 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI




                           Macie tak, że marzy Wam się wielka długa podróż ale samochodem? Tak a może całkowicie nie? No widzicie a nam się tak w głowach ułożyło że nam się zachciało z Anglii do Polski naszym kochanym samochodem powód za: rozruch nowego samochodu oraz możliwość zwiezienia tony dobytku w postaci książek oraz innych bibelotów. Powód na nie: hmm na początku nie było a po podróży? Cóż drugi raz samochodem z domu do Polski to już nie głównie przez zmęczenie, które było ogromne. Za to bardzo chętnie wynajmiemy samochód w Polsce tak by być bardziej mobilnym. 
Ale zacznijmy od początku, ustalając plan podróży wiedzieliśmy że sam wyjazd będzie składał się z pięciu faz:

Faza 1:  podróż z Anglii do Polski
Faza 2:  pobyt w Karpaczu
Faza 3:  pobyt w Warszawie
Faza 4:  pobyt w Poznaniu
Faza 5:  podróż z Polski do Anglii





Tak jak znalezienie hotelu w Karpaczu czy atrakcji do odwiedzenia odbyło się ekspresowo. Tak ustalenie szczegółów podróży z Anglii do Polski nie szło już tak gładko, chodzi głównie o błędne założenie, że znalezienie noclegu na trasie pójdzie gładko i przyjemnie. Mimo, że cała sytuacja wieczoru wygląda teraz dość zabawnie i jest świetnym wspomnieniem to w danym momencie było dosyć kiepsko i nerwowo ale o czym mowa. Z Niejadkiem założyliśmy że jeśli wyjedziemy w nocy z soboty na niedzielę około 1 to na spokojnie dotrzemy na prom, na którym się zdrzemniemy bo podróż trwa około 2 godzin a z promu przeskoczymy szybo przez Francję, Belgię i Niemcy by wieczorem złapać nocleg gdzieś w Polsce. Podróż po Wielkiej Brytanii nocą super, zero korków, nad ranem ładne widoczki. Prom świetne doświadczenie ale drzemka w pierwszą stronę nam nie szła więc tutaj kiepsko ale generalnie mega polecam. Francja minęła szybko bez problemów, w Belgii okazało się że mcdonadlsa to nie uświadczymy więc smuteczek bo frytek z majonezem to nie bardzo także czekaliśmy na Niemcy by zjeść coś ciepłego. Generalnie wszystko szło dobrze do Niemiec które były rozryte całkowicie na autostradach przez co cała podróż wiodła jednym pasem w ciągłym korku, cudownym dodatkiem były niekończące się burze ograniczające widoczność na niecałe 10 metrów przez co podróż była katorgą. I tak po 10 godzinach w Niemczech około godziny 21 zaczęliśmy szukać noclegu. I uwaga okazało się, że  21:00 to już noc, więc wszystkie hotelo - motele się zamykają i nie biorą gości. Zmarnowani zasypiający po godzinie odbijania się od ścianę zadzwoniliśmy pod ostatni motel w okolicy i uwaga udało się ale nie bez haczyka, prowadząca pani mówiła wyłącznie po niemiecku a my wyłącznie po angielsku a wspomnę ponownie rozmawiałam z babeczką przez telefon. Z czeluści mojego umysłu wydobywałam pojedyncze słówka niemieckiego, których przez 10 lat próbowali nauczyć mnie nauczyciele jak widać bezskutecznie. Jedynie co ustaliłam to cena 48 euro za noc oraz że Pani chyba jest w motelu co ustaliła Pani nie wiem ale raczej niewiele. Około 22:30 zajechaliśmy pod jej motel. Cisza jak makiem zasiał, wieś jak z dobrego horroru. Wiecie z cyklu jedziecie sobie radośnie na wycieczkę, nadchodzi wieczór, kija wiedząc czemu coś idzie nie tak np zamykają drogę i jedziecie inną, bądź jak w naszym przypadku coś zmusza was do jechania przez czarną dziurę i wtem okazuję się że nie ma internetu, psy dupą szczekają a z za roku wychodzi maniak z siekierą. No cóż zmęczony człowiek ma różnie pomysły gdy do dociera pod hotel a tam ciemno, właściciela brak, gości nie widać, słychać tylko świerszcze w polu i ogólnie jest ciemno jak w dupie... i czekasz do nędzy kiedy wyskoczy ten z siekierą z za rogu. Po chwili przemyśleń i użycia translatora w celu ustalenia jak powiedzieć "jestem pod twoim hotelem teraz" zadzwoniłam do babeczki ponownie z przetłumaczoną frazą, co ona odpowiedziała nie mam pojęcia, było to coś długiego. W rozpaczy zakończyłam rozmowę z myślą śpimy na zmianę w samochodzie licząc, że nikt nas nie dobije. Jednak po 5 minutach pod hotel zajechała miła pani, myślę że w piżamie okrytej kurtką w samochodzie siedział mąż nie zainteresowany całą sprawą. Po 15 minutach rozmów rysowano-pokazywanych w biurze motelu ustaliliśmy że pani przyjmuję gotówkę w euro (której my nie mamy), bankomat jest daleko, nie wiadomo gdzie (a my jesteśmy zmęczeni) oraz że ewentualne wymeldowanie bez śniadania może być 9 lub 10 bo pani rano jest w hotelu (chyba o to chodziło bo napisała 9:00 i dziesiątą ze znakiem zapytania i pokazała na siebie a potem na ziemie że w tym miejscu...). Na szczęście po kolejnych 5 minutach udało się dogadać że płacimy w gotówce w funtach za pokój bez śniadania, żegnając się z nią życzyliśmy sobie wzajemnie miłego wieczoru i dobrej nocy a co nasz niemiecko - angielski tak się poprawił że się dało. Po wejściu do pokoju okazało się że motel bardzo ładny, czysty, zadbany, także po szybkim prysznicu i dojedzeniu kanapek z podróży padliśmy spać by rano udać się w dalszą podróż. Ale to już w kolejnym wpisie...
Życzę Wam dobrej nocy i do przeczytania.


niedziela, 9 lipca 2017

PODRÓŻE NIE-RODZICÓW


             Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie. 

           Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza. 
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp. 
                    
                 Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych. 
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian. 
                 
Więc proszę Was drodzy rodzice, jeżeli czytacie ten wpis oczywiście, postarajcie się wpoić waszym pociechą iż w niektórych miejscach nie wypada się drzeć i przeszkadzać innym, gdyż Ci inni mają prawo do spokoju i ciszy a niekoniecznie do planowania jak uciszyć wszystkie dzieci w okolicy dużą ilością taśmy klejącej np o smaku truskawkowym żeby nie było, że taka ze mnie straszna sadystka bez serca. A co niech dzieci też coś mają z narzuconej im ciszy w tym wypadku smak truskawek...

                Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

piątek, 1 lipca 2016

HOME SWEET HOME

        


         Na powrót do domu zawsze czekamy z utęsknieniem. A co jeśli nasz dom jest z dala od naszych przyjaciół, rodziny i właśnie to z wakacji w rodzinnym mieście wracamy do domu odległego o setki kilometrów? Powiem szczerze nadal czeka się na ten powrót z utęsknieniem. I to nie tak, że nie cieszy nas wizyta u rodziców/ dziadków/ przyjaciół, oczywiście, że cieszy, po prostu zazwyczaj na jeden wyjazd tych spotkań jest za dużo. Do rodzinnych spotkań dodajmy sprawy urzędowe, dentystę, zakupy i od razu otrzymujemy tygodniowy maraton zaczynający się każdego dnia o 8:00 a kończący się w godzinach nocnych. Nie ma się czasu na obiad, mimo, że mama nagotowała ulubione dania, słyszy się ciągle o niezdrowym trybie życia. Ale to nie prawda. W Anglii jem regularnie, sami z Niejadkiem gotujemy, przygotowujemy kanapki i przekąski do pracy. Tylko w domu po ustaleniu codziennej rutyny jest dużo łatwiej niż na przysłowiowych wakacjach w Polsce. Bo przecież z tyloma osobami chce się zobaczyć, i tyle rzeczy chce się pozałatwiać, że zwyczajnie na jedzenie nie ma czasu. 

            Mniej więcej po trzecim dniu człowiek zaczyna tęsknić za swoim kubkiem, książką i świętym spokojem. Może to co piszę dzisiaj dla Was jest brutalne, wyjdę na kobietę bez serca ale taka jest prawda. Jeżeli zapytać by o szczerą odpowiedź osób jadących na takie "wakacje" do rodzinnego miasta, myślę, że podzielili by oni moje zdanie. Dużo bardziej człowiek odpoczywa po powrocie niż w trakcie takiego wyjazdu. I to na prawdę nie tak, że nie chce się widzieć rodziny. Na każdego z osobna baardzo się cieszyłam, że mogę ich zobaczyć, przytulić, pośmiać się. Podobnie z najbliższymi znajomymi, od tygodni planowałam jak spotkać się z nimi a i tak z jedną bliską mi osobą spotkałam się nieplanowanie na 15 minut, żałując, że nie udało się spotkać na kawę i pogadać. Problem takich wyjazdów polega na tym, że zazwyczaj ma się tydzień czasu, a zobaczyć chce się z kilkunastoma osobami, w tym z rodziną z którą na jednym popołudniu się nie kończy, dodajmy wspomniane wcześniej dodatkowe sprawy i sami sobie tworzymy plan nierealny w wykonaniu. 



        Co można w takiej sytuacji uczynić, być szczerym, dalszym znajomym grzecznie odmówić spotkań bo nie ma na nie czasu, a najbliżsi przyjaciele zrozumieją, że czasem to 15 minut przelotem to i tak jest dużo. Prawdziwi przyjaciele zrozumieją że na piwie na którym w końcu udało się spotkać i masz tylko 2 godziny, zaczynasz ziewać, będą się z tego śmiali. Swoją drogą wyjazd za granicę bardzo przesiewa listę znajomych na tych co mają pretensje o Wasz wyjazd i na tych co z Wami się cieszą, kibicują sukcesom, tęsknią ale rozumieją, że szuka się swojego miejsca na świecie. Przecież zawsze można się odwiedzać. Czy planuję kolejny wyjazd do Polski, oczywiście, chociażby po to by przywieźć sobie nowe książki do czytania, kiedy to będzie, sami z Niejadkiem nie wiemy, ja zaczynam nową pracę, więc trzeba zsynchronizować urlopy, kupić bilety, zaplanować wszystko. Mimo tego zmęczenia miło jest usiąść z rodzicami przy kawie i ciachu i pogadać, pobawić się z psem. Jeżeli mogę Wam na koniec coś doradzić, to jeżeli jedziecie do domu na mniej niż 3 dni, nie mówcie o tym znajomym, zostawcie ten czas dla rodziny. Rodzina nacieszy się Wami a Wy nie zmęczycie się maratonem po mieście. Miłego popołudnia.

wtorek, 12 maja 2015

W ZDROWYM CIELE ZDROWY DUCH


Co roku mam ten sam problem "idą wakacje trzeba wymodelować sylwetkę na pewno osiągnę to co zaplanowałam" i przyznam Wam się szczerze różnie to bywa. Na studiach było znacznie łatwiej wystarczyło nie pójść na dwa wykłady z rana (przepraszam moich prowadzących) i już był czas na poranną przebieżkę, która na prawdę sprawia mi wiele radości. Pracując jest trudniej przecież nie przyjdę do pracy na 6 godzin zamiast na 8 bo chciałam pobiegać. Wiem, wiem to wymówka, że po pracy gorzej się biega, że obiad trzeba zjeść jeszcze a po jedzeniu od razu nie można ćwiczyć...
Przyznam się czasem odpuszczam i wygrywa kanapa lub książka (chociaż książka to zawsze dobre rozwiązanie) ale jednak znajduje czas na bieganie lub siłownie. Na siłowni uwielbiam zajęcia grupowe, mam świetną prowadzącą Anitę - zawsze pełną energii, motywującą i pomagającą. Anita dba by jej zajęcia były różnorodne dzięki czemu nie nudzimy się ale świetnie bawimy spalając zimowy tłuszczyk. Bieganie w siłowni nie jest moją mocną stroną, nie wiem czemu ale zawsze po takim bieganiu bolą mnie kolana. Biegając na dworze po betonie nie mam takich problemów. 
Przyznam początkowo bieganie mnie męczyło, walczyłam ze swoim ciałem, zmuszałam się do szybkiego biegu, chciałam za szybko, za dużo. W końcu na studiach pojawił się bieg ekonomiczny na 5 kilometrów. Zapisałam się i postanowiłam przebiec ten bieg po swojemu. Od tamtej pory staram się biec w każdym biegu ekonomicznym. Nauczył mnie on, że mam swoje tempo - wolne ale to jest moje tempo! Taki trucht sprawia mi ogromną radość wycisza umysł, odpręża. Zawsze po biegu wracam do domu spocona ale bardzo szczęśliwa. Bieg Ekonomiczny wpisałam w swój kalendarz, biegnie w nim dużo zakręconych ludzi, dodatkowo przed samym biegiem organizowana jest wspólna rozgrzewka - tym razem była to Zumba. 


Czy tym razem schudnę do wakacji? Nie wiem. Póki co siedzę chora w domu, czytam książki, odpoczywam. Jednak mam plan: więcej owoców i warzyw, mniej chipsów i innych przekąsek, więcej ruchu, nawet jeżeli będzie to kilka ćwiczeń wykonanych przed snem. Życzę Wam miłego tygodnia pełnego realizacji swoich postanowień.