poniedziałek, 26 grudnia 2016

ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH



         Wybaczcie mi brak obecności przed Świętami ale okazało się, że samodzielne przygotowywanie Wigilii (tzn. gotowałam ja nie mama) jest dość pracochłonne. Co w połączeniu z pracą okazało się nie lada wyzwaniem. W piątek udało mi się zamienić z kolegą i skończyć o 18:30, szybko przejechałam rowerem do domu, wskoczyłam pod prysznic, wypiłam kawę i zaczęłam gotować. Wszystkie przepisy wysłała mi mama więc miałam czym się posiłkować. Na naszej Wigilii zagościły pierogi z kapustą i grzybami, kapusta z grzybami, zupa grzybowa, makiełki, kompot z suszu oraz indyk, którego przygotowywał Niejadek. Sama nie myślałam, że gotowanie zajmie mi aż tyle czasu, tego dnia gotowałam do 2:30 i skończyłam o tej godzinie tylko dlatego bo zaraz po pracy dzielnie pomagał mi Niejadek. Ucierając warzywa na zupę, oraz pomagając w zmywaniu. Przyznam się Wam, że przygotowywanie Wigilii było męczące ale we dwójkę było bardzo przyjemne. Dzięki czemu czas minął nam szybko a zmęczenie nie było tak dokuczliwe. 


                 Po kilku godzinach gotowania pozostało nam położyć się do łóżka, wyspać odrobinę i od rana szykować się dalej. Po śniadaniu zabraliśmy się za sprzątanie i dokończenie potraw dzięki czemu po wspólnej pracy, pozostało nam trochę czasu na spokojny prysznic i wyszykowanie się do kolacji. Do samej kolacji zasiedliśmy z 40 minutowym opóźnieniem bo jak się okazało z współlokatorką przeliczyłyśmy nasze umiejętności podgrzania wszystkiego na czas. Dzięki temu przygotowania minęły nam na zabawnej i radosnej atmosferze. Gdy jedzenie było gotowe połamaliśmy się opłatkiem życząc sobie tego co najlepsze, na szybko zrobiliśmy wspólne zdjęcie przy choince (teraz tylko trzeba je wywołać i będzie zdobić nasz salon) po czym zasiedliśmy do stołu by spałaszować naprawdę dobrą kolację. Jedyne co nie wyszło tak jak miało to pierogi, które wyszły bardziej jak kopytka z dodatkiem nadzienia w środku, dodam, że z tego faktu najbardziej był zadowolony Niejadek, który nie przepada za farszem, więc z przyjemnością zjadł pierogi z zbyt dużą ilością ciasta.



              Po kolacji wprowadziliśmy nietypową tradycję, mianowicie zamiast zabrać się za otwieranie prezentów, kawę i ciasta, postanowiliśmy pozmywać by mieć przyjemniejszy poranek. Później nastał czas na kawę oraz ciasto czekoladowe i makowiec. Idealne zestawienie. Po kolejnej dawce obrzarstwa nadszedł czas na utęsknione prezenty. Wraz z współlokatorami ustaliliśmy sobie budżet na małe podarki dzięki czemu mogliśmy się cieszyć dodatkowymi prezentami. I przyznam, że mimo ich nisko-budżetowości wszyscy się z nich cieszyli (mam przynajmniej taką nadzieję). W moim przypadku był to przeuroczy chodzący renifer, który śpiewa świąteczną piosenkę. Cieszyłam się jak małe dziecko, męcząc wszystkich słuchaniem jego śpiewania przez resztę wieczoru. Dodatkowo okazało się że z Niejadkiem kupiliśmy sobie prezent w tym samym sklepie, mianowicie obdarowaliśmy się lego! Wspólne budowanie naszych prezentów w pierwszy dzień Świąt tak nam się spodobało, że spróbujemy wprowadzić to jako coroczną tradycję. Pod choinką czekało na nas nadal kilka podarków, z których szczególnie jeden wprowadził mnie w niemałe zdumienie. Mianowicie nagle okazało się, że mam jeden prezent za dużo, a za tym prezentem krył się szczery uśmiech Niejadka. Nie czekając długo zabrałam się za jego otwieranie. Jak się szybko okazało zawierał on mikro-zemstę za nadmiernie zapakowany przeze mnie prezent mikołajkowy. W pierwszym pudełku kryły się jeszcze dwa mniejsze, przestrzeń między pudełkami skrywała wnętrze poduszki imitujące śnieg. Na każdym pudełku znajdywałam kolejny bilecik który zmierzał do pewnego pytania związanego z ostatnim pudełeczkiem Przyznam się Wam, że po przeczytaniu ostatniego bileciku jednocześnie zgłupiałam i byłam bardzo szczęśliwa (myślę, że w tej sekundzie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie). Ostatni bilecik pismem Niejadkowym zapytał czy zostanę jego żoną. Oczywiście zgodziłam się i od teraz Święta, które należały do moich ulubionych dni w roku, stały się jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej wyczekiwane. 




                    Wieczór zakończyliśmy wspólną grą karcianą, zakrapianą winem, przepełnioną gromkim śmiechem w przyjacielskiej atmosferze, bez pośpiech czy zazwyczaj wszechobecych zgrzytów rodzinnych. Dla mnie te Święta były dość krótkie bo dzisiaj byłam już w pracy, na szczęście jestem już w domu dzięki czemu mogłam do Was napisać i podzielić się z Wami opowieścią Wigilijną Niejadków. Jeżeli mogę mieć dla Was jakieś rady po przygotowaniu pierwszej Wigilii to na pewno nie warto przygotowywać na siłę 12 potraw. Nam było łatwiej gotując w dwie pary uzbierało się tego trochę. Jednak myślę, że gdy będziemy gotować tylko dla siebie to ugotujemy tylko te ulubione. Ponieważ nie warto szykować zbyt wiele ponad siły, nie potrzebnie tracąc wspólny czas na odpoczynek i przeżywanie ducha Świąt. To samo tyczy się porządków, miło gdy uda nam się odkurzyć pomieszczenie w którym będzie Wigilia, uszykować obrus, zastawę ale sprzątanie w stresie na siłę nie ma sensu - uwierzcie mi na słowo. Myślę, że do kolejnych Świąt przy opiswaniu dla Was przepisów świątecznych dodam jeszcze kilka rad. Póki co wracam do Niejadka cieszyć się świętami. 
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 






niedziela, 18 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA "2"



                        Przyznam, że ostatni wpis nie krzyczał radością ale był to swoisty protest młodej kobiety która stoi przed dość trudnym wyborem: inwestować w wiedzę czyli karierę czy w najbliższych i planowanie rodziny. Sam wpis moim zdaniem posiadał nutkę humorystyczną ale możliwe, że jedynie ja ją zauważyłam bo pisałam o sobie. 
                        W zasadzie to nie żałuję pójścia na studia, nauczyły mnie one bardzo dużo, nie tylko z zakresu ekonomii ale również o samej sobie. Przede wszystkim walki o rzeczy i osoby na których mi zależy. I jest to dość ważna umiejętność gdy na Twoim roku studiuje mnóstwo osób. Dzięki studiom posiadłam wiedzę z zakresu psychologi dzięki czemu łatwiej mi postępować z ludźmi, nie mówiąc już o wiedzy ekonomicznej dzięki, której łatwiej poruszać się w codziennym świecie. Poprzedni wpis nie zakładał również, że da się pogodzić rodzinę oraz rozwój zawodowy. Po dłuższym przemyśleniu tematu wydaję mi się, że jest to możliwe. Zakładam, że nie będzie tak idealnie by jednocześnie być osobą zarządzającą innymi a dodatkowo spełnioną mamą dwulatka. Liczę jednak, że uda mi się znaleźć sposób by po powrocie do pracy nadal się rozwijać, być wartościowym pracownikiem a nie mamą na pół etatu. 
                       Duże znaczenie ma tu nastawienie. Jeżeli z góry założy się przegraną to nie warto startować w wyścigu. A biorąc pod uwagę fakt, że planujemy z Niejadkiem powiększenie naszej radosnej dwuosobowej gromadki o jeszcze dwa m&m-sy to dobrze nastawić się pozytywnie na najbliższe lata. Zacząć muszę od siebie, bo Niejadek ma dużo pozytywniejsze nastawienie niż ja. Możliwe, że wynika to z faktu iż jego rozwój zawodowy jest mniej zagrożony. 
                      Naszą wspólną zmianę nastawienia zaczynamy od teraz dzięki czemu, gdy postanowimy starać się o potomstwo będzie nam dużo łatwiej a dodatkowo nie warto niczego odkładać na później. Zaczęliśmy od ustalenia faktu, iż nie chcemy być niedzielnymi rodzicami, czyli nie robimy kariery kosztem rodziny - i nie piszę tu tylko o dzieciach ale również o naszej dwójce. Po drugie będziemy siebie wspierać i po równo wypełniać obowiązki domowo - rodzinne, czyli w zasadzie nic się nie zmieni w tej kwestii bo już teraz całkiem dobrze sobie z tym radzimy. Umówiliśmy się również, że zarówno przed, w trakcie jak i po samej ciąży Niejadek będzie mi pomagał rozwijać moje pasje oraz podnosić lub utrzymywać na bieżąco umiejętności potrzebne do pracy dzięki czemu po powrocie z macierzyńskiego nie wypadnę z obiegu.I najważniejsze w tym zestawieniu, wiem, że Niejadek będzie świetnym tatą, ma ogromne poczucie humoru, nieskończone pokłady troski i opiekuńczości dla najbliższych, ogromne kochające serce a do tego potrafi być stanowczy, można na nim polegać w trudnych momentach a także zna się na sprawach domowo - budowlano - elektronicznych wyśmienicie co daje już teraz dla mnie zestawienie idealnego przyszłego męża i jestem pewna, że te wszystkie cechy stworzą z niego idealnego tatę i wzór do naśladowania. 
                      Mam nadzieję, że wszystkich zaniepokojonych poprzednim wpisem uspokoiłam troszeczkę tymczasem miłego wieczoru i do przeczytania  

poniedziałek, 12 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA




                  Gimnazjum to były piękne czasy człowiek nie wiedział co chce robić w życiu. On po prostu był tu i teraz nie martwiąc się zbytnio jutrem. I byli też rodzice którzy w całym swoim przekonaniu z dobrymi intencjami dbali o dobre wykształcenie tego człowieka. I tak ganiali za każdą pałę z matmy czy biologi opowiadali o tym, że uczymy się dla siebie (czyli w założeniu na samych 2 dla samego siebie dałoby się przeżyć) ale jednak mamy mieć dobre stopnie bo liceum a potem to i studia czekają. Przy rodzinnym stole większość takich młodych ludzi w oczach swojej rodziny była magistrami / inżynierami z dobrze płatną pracą, no ewentualnie myśleli że może ten ciołek skończy chociaż licencjat i będzie wstanie zarobić na siebie. Jednym słowem zanim młody człowiek zrozumiał co chce robić w życiu miał już to życie zaplanowane. I każde zdanie przy obiedzie, że może jednak pójdę do technikum odbijało się, nie lepiej nie, tam nie ma przyszłości, tylko liceum Ciebie dobrze wykształci a potem to już studia i będziesz szczęśliwym człowiekiem. Znacie to skądś? 
                 U mnie było podobnie, nie żebym nie była wdzięczna moim rodzicom za ich zapał, w sumie to należałam do osób lubiących mieć dobre oceny i nie że lubiłam się uczyć, ja po prostu uwielbiam być najlepsza co jest też moją wadą częściowo, bo nie umiem odpuszczać. Ale wróćmy do tematu. Idąc do liceum nie miałam pojęcia co chce robić w życiu, ba napiszę więcej nie wiedziałam czym jest życie. Bo co może wiedzieć 13 letnia gówniara o tym jak wygląda codzienność dorosłego. Więc idąc do liceum wybrałam klasę bez dużej ilości matmy (bo jej nie dzierżyłam - zawsze uważałam, że jedyne co człowiekowi dorosłemu potrzebne z matmy to dodaj odejmij by dobrze zapłacić w kasie, oraz podstawy ekonomii by rozumieć założenia podatków, rozliczeń, oraz zarobków i tyle), chemii i biologii. Wybrałam za to geografię i historię bo świat mnie zawsze ciekawił oraz angielski bo przyda się przy poznawaniu świata. Tyle i aż tyle, nie wiedziałam więcej nic.
                   I tak dwa lata liceum minęły jak mrugnięcie oczu a tu trzeba wybrać przedmioty zdawane na maturze, na podstawie których dostanie się człowiek na studia lub się niedostanie. I tu drugie aaaa jakie studia?? Człowiek nie wie co chce robić a tu studia. I tak wybrałam przedmioty, zdałam nie najgorzej maturę. Wybrałam 3 kierunki studiów, dostałam się na jeden: geografia ze specjalnością ochrona środowiska. I uwaga wylali mnie po semestrze, gdyż nie byłam w stanie wykuć wszystkich stolic i krajów świata łącznie z ich ustrojami politycznymi. I tak jako bodajże 19 letni człowiek usiadłam na przystanku znowu nie wiedząc co dalej...
                  Jak w większości podobnych historii rodzice wzięli sprawę w swoje ręce, znaleźli uczelnie która przyjęła mnie na zarządzanie po połowie semestru i tak stałam się po tygodniu starań studentką zarządzania. Po latach wiem, że wywalenie ze studiów to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała. Trzy lata studiów minęły mi ponownie za szybko, ponownie sama sobie udowodniłam, że może nie jestem najlepsza ale zaliczam się do najlepszej 3 na roku, co roku ze stypendium powiecie miód malina. Ehh no cóż może i miałam świetne wyniki, dobrą pracę licencjacką z bardzo dobrym wynikiem z obrony. Ale po tych trzech latach znowu wypadało uczyć się więcej bo tym razem usłyszałam zapewne jak większość ludzi w moim wieku: "jak to chcesz zakończyć edukację na licencjacie, magister jest bardzo ważny, to tylko dwa lata". Jak się domyślacie nie zakończyłam edukacji na licencjacie. Postanowiłam iść na studia magisterskie. Po szybkim przekalkulowaniu ofert uczelni (UAM odpadł od razu - wystarczy, że już raz mnie wywalili i mieli fatalne jedzenie na stołówce wydziału geografii) Tak stałam się studentką Uniwersytetu Ekonomicznego na kierunku Ekonomii. Po semestrze szybko trzeba było wybrać specjalizację i padło na Publicystykę Ekonomiczną oraz PR - na którym odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi pisanie (i tu wybaczcie mi za długość tego posta, nawet nie zbliżyłam się do tematu wpisu). I tak studiowałam sobie kolejne dwa piękne lata. Dużo cudownych ludzi, niezapomniane imprezy i długie nocne powroty, ciekawe wykłady, miałam nawet kilka sukcesów. Rąsia rąsia z Panem Balcerowiczem. (Swoją drogą popieram poglądy profesora jeżeli chodzi o ekonomię). Wracając do tematu wpisu, skończyłam studia, znowu z dobrym wynikiem, nie byłam najlepsza ale było dobrze.
           Wszystko byłoby dobrze ale tu nagle dzień po obronie (no może dwa po bo najpierw wypadało oblać magistra) wypadało wstać i zacząć być dorosłym. I tu u większości młodych ludzi pojawia się problem. Nie żebym nic nie robiła w trakcie studiów, bo pracowałam w wakacje ale były to prace dorywcze a uzbierane finanse w założeniu miały pójść na pierdoły. W tym momencie pierwszy raz zakiełkowało mi w głowie, że może obrałam złą drogę bo mam 23 - 24 lata, magistra na karku i w sumie nie wiem jak chce zarabiać na życie. Wiem, że jest grono osób, które idąc na studia wiedzą co chcą robić w życiu ale zakładam, że większość płynie myślą jakoś to będzie. I tak trafiłam do firmy eventowej w której poznałam świetnych ludzi, w między czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się, by po czasie z Niejadkiem wyjechać do Anglii. Tutaj owszem docenili moje studia ale byłam średnio 6 lat do tyłu z doświadczeniem w pracy w porównaniu z miejscowymi dzieciakami. Które kończą edukacje plus minus mając 18 lat. Ale co tam powiedziałam sobie doświadczenie zbuduję, mam wiedzę, której im brakuje zawojuje świat! Żyłabym z tą myślą pewnie jeszcze jakiś czas ale w między czasie spotkaliśmy się z Niejadkiem z jego kuzynem i jego narzeczoną. Faceci omawiali xboxa a my przy dobrym piwku (no ok tego piwka było ciut więcej) zaczęłyśmy plotkować. Z oczywistych tematów jak praca, nasi faceci itp. przeszłyśmy do planowania przyszłości. I tu spadło to na nas jak kometa na dinozaury.. Z pozoru śmiech zamienił się w smutną prawdę. Kobieta która planuje mieć dziecko około 30 roku życia zamyka swój rozwój osobisty prawie na 14 lat (przynajmniej w UK bo odbierasz tu dziecko ze szkoły do około 12 roku życia) zakładając 2 dzieci. I tak obliczając 5 lat studiów do 30 pracuje się około 5 lat potem ciąża/ dwie ciąże i czas spędzamy na pracy na pół etatu a powrotem do dziecka do domu. I tak przez czas pół etatowania pracodawca statystycznie nie da nam awansu bo przecież skupimy się na dziecku a nie na zarywaniu życia dla pracy. Oczywiście można zapłacić opiekunce ale czy warto pracować na pełen etat by połowę oddawać obcej kobiecie. Hmm chyba lepsze pół etatu i czas spędzony z dzieckiem. Po tych 15 latach (zaokrąglijmy będzie łatwiej liczyć) mamy 45 lat. Faceci w naszym wieku mają około 25 lat doświadczenia w pracy w międzyczasie porobili kilka kursów dokształcających i są na bieżąco w sytuacji na rynku. Powiedzmy szczerze wypadają lepiej w drodze po awans i wielką karierę, którą obiecywali nam rodzice gdy miałyśmy 16 lat. Po takim rozrachunku łatwo ustaliłam hmm mogłaś zrobić błąd, bo trzeba było zrobić technikum, mieć kwalifikacje, zacząć pracować, zdobywać doświadczenie, studia/ kursy (może i jest trudniej) mogłam robić w międzyczasie i tak w takiej sytuacji myśląc o dziecku miałabym już jakieś doświadczenie i kwalifikacje, dzięki czemu po okresie "z dzieckiem" łatwiej byłoby wrócić do pracy bo byłoby się bardziej wartościowym. A tak cóż zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać swoją przyszłość na kolejne 15 lat bo Marysia czy Majlo mogą dać znać o swoim istnieniu cóż w każdej chwili. I będziemy się z Niejadkiem bardzo cieszyć ale muszę się przygotować by nie patrzeć jak partner wzbija się po szczeblach sukcesu a ja zmieniam pieluszki i gotuję obiadki. Owszem nadal będę z tego dumna bo to równie ciężka praca i będę wspierać Niejadka w każdym momencie jego kariery ale do cholery nie chcę skończyć kariery w miejscu w którym teraz jestem. W końcu zrobiłam studia, mam duże zasoby wiedzy teraz wystarczy ustalić plan by nie wypaść z rynku, utrzymać pozycję a nawet wzrastać. Czy się uda, tego nie wiem, życie pokaże, mam nadzieję, że skłoniłam Was do przemyśleń. 
Kończę ten wpis bo przyznam się, że mogłabym go ciągnąć i ciągnąć ale nie chcę dobić Was zbyt mocno a może nie chcę dobić siebie. Miłego wieczoru i do przeczytania. :) 

sobota, 10 grudnia 2016

WSPÓLNE PASJE



                      Mam nadzieję że wiecie jak dobrze być z osobą z którą można dzielić wspólnie pasje lub chociaż gdy ta osoba nie neguje Twoich zainteresowań. Dzięki czemu w ramach zdrowego rozsądku można oddawać się własnemu hobby. Z tego co wiem niestety nie każdy ma to szczęście dlatego też bardzo się cieszę, gdy Niejadek nie ma nic przeciwko gdy godzinami siedzę nad blogiem, książkami lub ręcznie robionymi zabawkami. W drugą stronę myślę, że Niejadek też nie ma najgorzej bo na prawdę lubię gdy on gra na xboxie, nie raz siadam za nim na łóżku i wpatruję się w ekran i jego skupienie. Sam nie wiesz Niejadku jakie fajne miny strzelasz grając :P Ale nie jestem takim biernym podglądaczem, dobrym przykładem może być tu ostatnio rozgrywany Wiedźmin. Gdy Niejadek próbował ustalić co w danym momencie powinien zrobić ja już dawno wiedziałam bo zdążyłam wyszukać potrzebne informacje w internecie. Wiem wiem nie powinno się oszukiwać ale w końcu ja mogłam bo to nie ja byłam graczem. Ja przecież tylko zaspokajałam swoją ciekawość bo jak wiadomo jestem bardzo niecierpliwą osobą. 
                    Muszę się też do czegoś przyznać Niejadek dostał na ostatnie urodziny drugiego pada nie tylko dlatego że o nim marzył ale również bo ja też lubię grać. Chciałam zagarnąć starego pada dla siebie. Wybacz kochanie wydało się ale myślę, że domyślałeś się prawdy :D.
                   Jeżeli chodzi o mój sposób grania to cóż myślę, że jest z czego się pośmiać. Gram dopiero od roku i to z dużymi przerwami, upodobałam sobie gry wyścigowe. Myślę, że są one najprostsze dla początkujących. Chociaż każdy z moich samochodów po wyścigu wygląda tak, że do prawdziwego samochodu sama bym siebie nie wpuściła. Dodatkowo osoby przyglądający się mojej grze muszą przyzwyczaić się, że na każdym podjeździe podnoszę głowę by zobaczyć co jest dalej, przy każdym zakręcie przechylam się odpowiednio na prawo lub lewo jakby miało to jakkolwiek pomóc. Wiem, że takie zachowania mogą być śmieszne dla kogoś przyglądającego się z boku ale zbyt dużą radość sprawia mi uczenie się grania by się tym przejmować. Swoją drogą czy tylko ja tak późno zauważyłam, że w każdej grze z wyścigami na jezdni są takie strzałki które pokazują jak powinno się jechać? Masakra gdy Niejadek powiedział mi o nich w trakcie gdy już grałam nie wiedziałam o co mu chodzi tak przejęłam się całą resztą ekranu, że żadnej strzałki nie widziałam...
                  Dodatkowym elementem który jest nieodłączny przy każdym moim graniu (i przyznam się, że nie jestem z niego dumna) jest przeklinanie... Wiem kobiecie nie wypada ale w trakcie takich gier coś we mnie puszcza i nie mogę się pohamować. Może to jest mój taki wentyl emocji po całym stresie w pracy, sama nie wiem. Ale jeżeli miałabym wyobrazić sobie idealne zestawienie wieczoru z Niejadkiem to była by to: gra wyścigowa, rap w tle, wygodna bluza, bokserki i kocyk. Tylko czy Niejadek przeżyje ten rap? To się okaże, przy wspólnym wyborze muzyki do wyścigów ale nie będę się upierać bo wystarczająco mile jest móc coś porobić razem co obojgu nam sprawia przyjemność.
Zmierzając do końca wpisu życzę Wam udanego dnia i do przeczytania. 

piątek, 9 grudnia 2016

ZIELONO MI - CZYLI SZPINAK W ROLI GŁÓWNEJ


           Szpinak - dla jednych trauma z dzieciństwa, dla innych wspomnienie znanej kreskówki. Dla mnie to warzywo, które mogę jeść bez dodatków ale przyznam, że pasuje idealnie jako element jajecznicy, dodatek warzywny do mięs, tortilli itp. Wykonanie go jest bardzo proste chociaż bez wskazówek mamy nie byłam pewna jak wykonać go poprawne. I tak po krótkiej lekcji u mamy szpinak jest jednym z moich ulubionych warzyw, które zjadam sama bo dla Niejadka jest ono za miękkie i to nie ten smak. Mimo jego niechęci ja nadal uwielbiam zjadać szpinak w ilościach zbyt dużych. Mimo, że od kilku lat wiadomo, że nie jest on już tak zdrowy jak to się o nim mówiło dawniej, to nadal uważam, że dobrze raz na jakiś czas zjeść dawkę szpinaku.
Przechodząc do sedna zapraszam po przepis i życzę smacznego.

SKŁADNIKI:

  • 0,5 kg mrożonego szpinaku,
  • 3 - 4 łyżki masła
  • 2- 3 łyżki mąki 
  • szklanka ciepłej wody,
  • przyprawa typu kucharek,
  • czosnek
  • 2 łyżki śmietany
PRZYGOTOWANIE:


Szpinak rozmrażamy, rozgrzewamy patelnię lub woka, wrzucamy na nią masło. Czekając aż się roztopi szykujemy mąkę oraz coś do mieszania. Na roztopione masło wrzucamy mąkę, zaczynamy mieszać tak by nie powstały grudki. Masło powinno się zarumienić. Gdy będzie ono gotowe dodajemy szpinak oraz czosnek (jeżeli używacie świeżo to warto go pokroić, ja używam zamiennie świeżego i tego w proszku). Mieszamy szpinak z zarumienioną mąką i czosnkiem, dodajemy odrobinę wody tak by nie przypalić mąki. Doprawiamy przyprawą typu warzywko (i tu w zależności od waszego upodobania do soli dodajecie jej więcej lub mniej, ja za nią nie przepadam, więc wystarczą mi ok 2 łyżeczki tej przyprawy). Teraz pozostaje nam tylko mieszać co jakiś czas szpinak, sprawdzając czy którejś z przypraw nie jest za mało. Na sam koniec powoli dodajemy śmietanę, ciągle mieszając. Po dodaniu śmietany nasz szpinak jest gotowy, teraz tylko wystarczy wybrać z czym go podać. :) 
Życzę Wam smacznego i do przeczytania! 

wtorek, 6 grudnia 2016

MIKOŁAJKI



      Witam wszystkich serdecznie rozpoczął się grudzień, rozpoczęło się odliczanie do Bożego Narodzenia. Dzisiejszy wpis miałam zamiar tworzyć przy dźwiękach świątecznych utworów ale jak się okazało miałam dużo przyjemniejsze dźwięki a mianowicie mruczenie Niejadka (no dobra pochrapywanie ale przyznacie sami mruczenie lepiej brzmi). Jak to w grudniu zazwyczaj bywa rozpoczyna się życie na zwiększonych obrotach. Tak też jest w naszym przypadku. Ostatnio mamy strasznie dużo zadań w pracy co skutkuje większym uczuciem zmęczenia po powrocie do domu. I tak na zmianę chwile po powrocie do domu jedno z nas od razu idzie spać. Muszę Wam się przyznać, że to zazwyczaj ja zasypiam jak mały kotek, wystarczy że ułożę się w wygodnej pozycji (podłoga też może być wygodna) i od razu zasypiam. Dodatkowo często gdy Niejadek jest gdzieś blisko i rozmawiamy to zasnę zanim dokończę wypowiadać swoje zdanie na jakiś temat...



     Cóż grudzień jest krótki a tyle rzeczy do zrobienia: ustalenie potraw na wigilię, wymyślenie prezentów oraz sposobu ich zapakowania, wysłanie kartek świątecznych, posprzątanie domu, zakupy a do tego praca. Ciężko to pogodzić a jeszcze ciężej nie zatracić ducha świąt, więc zdrowo ustaliliśmy z współlokatorami, że na siłę nie będziemy szykować 12 potraw, w tym tygodniu na spokojnie siadamy przy herbacie i ustalamy kto co przygotuje tak by było miło i rodzinnie a nie w pełnym stresie. Co do prezentów, większość z nich mamy już ustaloną ja tylko jeszcze nie jestem pewna co Niejadkowi sprezentować ale możecie być spokojni mam kilka pomysłów. 



      Część przygotowań już za nami, zakupiliśmy świąteczne ozdoby, ubraliśmy choinkę już tydzień temu bo akurat odwiedzała nas moja mama więc wprowadziliśmy rodzinną, radosną atmosferę odrobinę wcześniej. Dzięki czemu już od tygodnia jeżeli sen mnie nie dopadnie mogę sobie pozwolić na czytanie książki przy zapachu i migoczących światełkach choinki. A gdy jednak sen za mną chodzi to mogę ułożyć się przy kaloryferze, przykryć kocykiem włączyć cichutko świąteczne piosenki i zasypiać przy migoczącym radośnie drzewku - jednym słowem zawsze wychodzę na swoje. Jak wspominałam wcześniej zarówno u mnie jak i u Niejadka jest teraz mnóstwo pracy, dodatkowo często mijamy się w domku bo pracujemy na inne zmiany dlatego też mikołajki obchodziliśmy wczoraj wieczorem - no dobra przyznam się, była 17:00 a ja uargumentowałam, że chociaż jest już ciemno więc ja chcę prezent. Zrobiłam słodkie oczka, potupałam nóżką i tak świętowaliśmy wczesne mikołajki. Co wyszło mi na dobre bo miałam czas na zabawę prezentem. Niejadku podziękuj Mikołajowi to najlepszy prezent mikołajkowy ever! Zapewne jesteście ciekawi co znalazłam w paczuszce? Już mówię słodycze - byłam tak łakoma, że zjadłam całe opakowanie Areo mint w pół godziny :P A do tego obiektywy do mojego telefonu, kiedyś je oglądałam i zachwycałam się nimi jak dziecko ale jak to u dzieci z pamięcią, zapomniałam o nich tak szybko jak je znalazłam. Na całe szczęście Niejadek słucha co tam trajkoczę pod nosem i zarejestrował moje uwielbienie dla tego cudu techniki. Czego efekty znajdziecie poniżej. 



      Jako, że dzisiaj mikołajki życzę Wam radosnej atmosfery oczekiwania i białego puchu za oknami, liczę, że znaleźliście w swoich bucikach coś słodkiego albo chociaż ktoś do Was zawitał z miłym słowem. 
Miłego dnia i do przeczytania!