Wybaczcie mi brak obecności przed Świętami ale okazało się, że samodzielne przygotowywanie Wigilii (tzn. gotowałam ja nie mama) jest dość pracochłonne. Co w połączeniu z pracą okazało się nie lada wyzwaniem. W piątek udało mi się zamienić z kolegą i skończyć o 18:30, szybko przejechałam rowerem do domu, wskoczyłam pod prysznic, wypiłam kawę i zaczęłam gotować. Wszystkie przepisy wysłała mi mama więc miałam czym się posiłkować. Na naszej Wigilii zagościły pierogi z kapustą i grzybami, kapusta z grzybami, zupa grzybowa, makiełki, kompot z suszu oraz indyk, którego przygotowywał Niejadek. Sama nie myślałam, że gotowanie zajmie mi aż tyle czasu, tego dnia gotowałam do 2:30 i skończyłam o tej godzinie tylko dlatego bo zaraz po pracy dzielnie pomagał mi Niejadek. Ucierając warzywa na zupę, oraz pomagając w zmywaniu. Przyznam się Wam, że przygotowywanie Wigilii było męczące ale we dwójkę było bardzo przyjemne. Dzięki czemu czas minął nam szybko a zmęczenie nie było tak dokuczliwe.
Po kilku godzinach gotowania pozostało nam położyć się do łóżka, wyspać odrobinę i od rana szykować się dalej. Po śniadaniu zabraliśmy się za sprzątanie i dokończenie potraw dzięki czemu po wspólnej pracy, pozostało nam trochę czasu na spokojny prysznic i wyszykowanie się do kolacji. Do samej kolacji zasiedliśmy z 40 minutowym opóźnieniem bo jak się okazało z współlokatorką przeliczyłyśmy nasze umiejętności podgrzania wszystkiego na czas. Dzięki temu przygotowania minęły nam na zabawnej i radosnej atmosferze. Gdy jedzenie było gotowe połamaliśmy się opłatkiem życząc sobie tego co najlepsze, na szybko zrobiliśmy wspólne zdjęcie przy choince (teraz tylko trzeba je wywołać i będzie zdobić nasz salon) po czym zasiedliśmy do stołu by spałaszować naprawdę dobrą kolację. Jedyne co nie wyszło tak jak miało to pierogi, które wyszły bardziej jak kopytka z dodatkiem nadzienia w środku, dodam, że z tego faktu najbardziej był zadowolony Niejadek, który nie przepada za farszem, więc z przyjemnością zjadł pierogi z zbyt dużą ilością ciasta.
Po kolacji wprowadziliśmy nietypową tradycję, mianowicie zamiast zabrać się za otwieranie prezentów, kawę i ciasta, postanowiliśmy pozmywać by mieć przyjemniejszy poranek. Później nastał czas na kawę oraz ciasto czekoladowe i makowiec. Idealne zestawienie. Po kolejnej dawce obrzarstwa nadszedł czas na utęsknione prezenty. Wraz z współlokatorami ustaliliśmy sobie budżet na małe podarki dzięki czemu mogliśmy się cieszyć dodatkowymi prezentami. I przyznam, że mimo ich nisko-budżetowości wszyscy się z nich cieszyli (mam przynajmniej taką nadzieję). W moim przypadku był to przeuroczy chodzący renifer, który śpiewa świąteczną piosenkę. Cieszyłam się jak małe dziecko, męcząc wszystkich słuchaniem jego śpiewania przez resztę wieczoru. Dodatkowo okazało się że z Niejadkiem kupiliśmy sobie prezent w tym samym sklepie, mianowicie obdarowaliśmy się lego! Wspólne budowanie naszych prezentów w pierwszy dzień Świąt tak nam się spodobało, że spróbujemy wprowadzić to jako coroczną tradycję. Pod choinką czekało na nas nadal kilka podarków, z których szczególnie jeden wprowadził mnie w niemałe zdumienie. Mianowicie nagle okazało się, że mam jeden prezent za dużo, a za tym prezentem krył się szczery uśmiech Niejadka. Nie czekając długo zabrałam się za jego otwieranie. Jak się szybko okazało zawierał on mikro-zemstę za nadmiernie zapakowany przeze mnie prezent mikołajkowy. W pierwszym pudełku kryły się jeszcze dwa mniejsze, przestrzeń między pudełkami skrywała wnętrze poduszki imitujące śnieg. Na każdym pudełku znajdywałam kolejny bilecik który zmierzał do pewnego pytania związanego z ostatnim pudełeczkiem Przyznam się Wam, że po przeczytaniu ostatniego bileciku jednocześnie zgłupiałam i byłam bardzo szczęśliwa (myślę, że w tej sekundzie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie). Ostatni bilecik pismem Niejadkowym zapytał czy zostanę jego żoną. Oczywiście zgodziłam się i od teraz Święta, które należały do moich ulubionych dni w roku, stały się jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej wyczekiwane.
Wieczór zakończyliśmy wspólną grą karcianą, zakrapianą winem, przepełnioną gromkim śmiechem w przyjacielskiej atmosferze, bez pośpiech czy zazwyczaj wszechobecych zgrzytów rodzinnych. Dla mnie te Święta były dość krótkie bo dzisiaj byłam już w pracy, na szczęście jestem już w domu dzięki czemu mogłam do Was napisać i podzielić się z Wami opowieścią Wigilijną Niejadków. Jeżeli mogę mieć dla Was jakieś rady po przygotowaniu pierwszej Wigilii to na pewno nie warto przygotowywać na siłę 12 potraw. Nam było łatwiej gotując w dwie pary uzbierało się tego trochę. Jednak myślę, że gdy będziemy gotować tylko dla siebie to ugotujemy tylko te ulubione. Ponieważ nie warto szykować zbyt wiele ponad siły, nie potrzebnie tracąc wspólny czas na odpoczynek i przeżywanie ducha Świąt. To samo tyczy się porządków, miło gdy uda nam się odkurzyć pomieszczenie w którym będzie Wigilia, uszykować obrus, zastawę ale sprzątanie w stresie na siłę nie ma sensu - uwierzcie mi na słowo. Myślę, że do kolejnych Świąt przy opiswaniu dla Was przepisów świątecznych dodam jeszcze kilka rad. Póki co wracam do Niejadka cieszyć się świętami.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania.

















