Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie.
Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza.
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp.
Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych.
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian.
Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz