Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humorystycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humorystycznie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 listopada 2018

PODRÓŻ KTÓRA MOGŁA SIĘ NIE ODBYĆ



                         Jak to mamy w zwyczaju nosi nas po świecie, tym razem wywiało nas do Egiptu na wakacje. I to wakacje nie byle jakie bo głównym punktem podróży było nic nierobienie. Co szczególnie dla mnie jest trudne bo aż mnie nosi by zawsze coś robić. Ale od początku bo kto jak nie my prawie by nie zdążył na własny samolot i oglądał jak odlatuje z lotniskowego parkingu.



                        W ten jakże piękny mglisty, chłodny poniedziałek wstaliśmy 3,5 godziny przed odlotem, czyli idealnie by być na dwie godziny przed odlotem na lotnisku. Niejadek podobno nawet uwzględnił umiarkowane korki tuż przed lotniskiem. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie dzięki naszej cudownej pogodzie od samego domu zastały nas korki i tak jak normalnie trasa ta zabiera nam około 30 minut, tego poranka zajęła nam ponad godzinę. Do tego na lotniskowym parkingu czekaliśmy 30 minut na autobus który miał nas zabrać pod nasz terminal. I przyznam się Wam pierwszy raz bałam się, że na prawdę nie zdążę na samolot no przecież godzinę przed odlotem to powinno się stać ładnie po odprawie i popijać kawę. My natomiast staliśmy drepcząc z nogi na nogę czekając na busa. Po kilkudziesięciu minutach w końcu byliśmy w autobusie. Szczęśliwi że na terminal 2 dojedziemy zaraz po odwiedzeniu pierwszego bo to przecież logiczne tak? Ale jednak nie  - w Anglii jedzie się na terminal trzeci potem pierwszy a na końcu na drugi. Czas ucieka zegar nawet ten elektroniczny tyka nieubłaganie. Minęliśmy pierwszy terminal jedziemy na trzeci. Kierowca przymilnie prosi wsiadających pasażerów by układali swoje walizki na specjalne półki (wiecie względy bezpieczeństwa i inne takie bzdury) i nagle wsiada Grażyna lub jak ktoś woli Karyna nad Karynami i to w wersji 100% English... I głośno lamentuje tak by cały autobus ją słyszał że tu nie ma miejsca dla jej walizki. Stojąc tak pół metra ode mnie Karyna doprowadziła mnie w moim odliczaniu do odlatującego bez nas samolotu do szału. I tak jak zazwyczaj spokojna niczym sosenka pomijam milczeniem takie mądrulki tym razem nie wytrzymałam. Mówię do niej że ma się ogarnąć, że o tu (ukazuje jej ogrom miejsca rozciągającego się na mikro półce) jest sporo miejsca, że ludzie czekają, że blokuje wejście a część ludzi się spieszy. Ona że się nie zmieści no to jej pokazałam że się zmieści dodając jakiś gówniany tekst w stylu - chętnie Ci pomogę koleżanko - cisnęłam jej torbą na wolne miejsce życząc jej udanej podróży. W odpowiedzi usłyszałam ckliwie że mogłam spokojniej itp. Ale jak do cholery jak, gdy zastanawiam się jak to stworzenie przetrwało do wieku które osiągnęło... 
Na całe nasze szczęście udało nam się dojechać na nasz terminal bez dalszych przygód, szybko odnaleźliśmy przedstawicielki TUI i błagalnym tonem prosiliśmy by puściły nas dalej - udało się - nie wiem jak je namówiliśmy ale dały nam wskazówkę by po odprawieniu głównego bagażu biec drogą dla osób z pierwszeństwem (mimo że takiego nie wykupiliśmy). I tak o to w rekordowym tempie dla naszej dwuosobowej rodziny w 20 minut nadaliśmy dwa głównie bagaże, przeszliśmy odprawę osobistą kupiliśmy dwie butelki wody na podróż i stanęliśmy w kolejce do wejścia na pokład. 



                         Potem to już tylko 5 godzinny lot i tydzień błogiego lenistwa, przekładanego zjeżdżalniami, pysznym jedzeniem i winem oraz snurkelingiem, którym zaraził mnie Niejadek tak że na koniec jak małe dziecko nie chciałam wyjść z wody tupiąc nóżkami, że o tam daleko jeszcze mnie nie było i ja chce chociaż na 10 minut.  Tak o to minął nam tydzień wakacji. Poniżej możecie zobaczyć małą fotorelację z naszej przygody.











niedziela, 13 maja 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI




                           Macie tak, że marzy Wam się wielka długa podróż ale samochodem? Tak a może całkowicie nie? No widzicie a nam się tak w głowach ułożyło że nam się zachciało z Anglii do Polski naszym kochanym samochodem powód za: rozruch nowego samochodu oraz możliwość zwiezienia tony dobytku w postaci książek oraz innych bibelotów. Powód na nie: hmm na początku nie było a po podróży? Cóż drugi raz samochodem z domu do Polski to już nie głównie przez zmęczenie, które było ogromne. Za to bardzo chętnie wynajmiemy samochód w Polsce tak by być bardziej mobilnym. 
Ale zacznijmy od początku, ustalając plan podróży wiedzieliśmy że sam wyjazd będzie składał się z pięciu faz:

Faza 1:  podróż z Anglii do Polski
Faza 2:  pobyt w Karpaczu
Faza 3:  pobyt w Warszawie
Faza 4:  pobyt w Poznaniu
Faza 5:  podróż z Polski do Anglii





Tak jak znalezienie hotelu w Karpaczu czy atrakcji do odwiedzenia odbyło się ekspresowo. Tak ustalenie szczegółów podróży z Anglii do Polski nie szło już tak gładko, chodzi głównie o błędne założenie, że znalezienie noclegu na trasie pójdzie gładko i przyjemnie. Mimo, że cała sytuacja wieczoru wygląda teraz dość zabawnie i jest świetnym wspomnieniem to w danym momencie było dosyć kiepsko i nerwowo ale o czym mowa. Z Niejadkiem założyliśmy że jeśli wyjedziemy w nocy z soboty na niedzielę około 1 to na spokojnie dotrzemy na prom, na którym się zdrzemniemy bo podróż trwa około 2 godzin a z promu przeskoczymy szybo przez Francję, Belgię i Niemcy by wieczorem złapać nocleg gdzieś w Polsce. Podróż po Wielkiej Brytanii nocą super, zero korków, nad ranem ładne widoczki. Prom świetne doświadczenie ale drzemka w pierwszą stronę nam nie szła więc tutaj kiepsko ale generalnie mega polecam. Francja minęła szybko bez problemów, w Belgii okazało się że mcdonadlsa to nie uświadczymy więc smuteczek bo frytek z majonezem to nie bardzo także czekaliśmy na Niemcy by zjeść coś ciepłego. Generalnie wszystko szło dobrze do Niemiec które były rozryte całkowicie na autostradach przez co cała podróż wiodła jednym pasem w ciągłym korku, cudownym dodatkiem były niekończące się burze ograniczające widoczność na niecałe 10 metrów przez co podróż była katorgą. I tak po 10 godzinach w Niemczech około godziny 21 zaczęliśmy szukać noclegu. I uwaga okazało się, że  21:00 to już noc, więc wszystkie hotelo - motele się zamykają i nie biorą gości. Zmarnowani zasypiający po godzinie odbijania się od ścianę zadzwoniliśmy pod ostatni motel w okolicy i uwaga udało się ale nie bez haczyka, prowadząca pani mówiła wyłącznie po niemiecku a my wyłącznie po angielsku a wspomnę ponownie rozmawiałam z babeczką przez telefon. Z czeluści mojego umysłu wydobywałam pojedyncze słówka niemieckiego, których przez 10 lat próbowali nauczyć mnie nauczyciele jak widać bezskutecznie. Jedynie co ustaliłam to cena 48 euro za noc oraz że Pani chyba jest w motelu co ustaliła Pani nie wiem ale raczej niewiele. Około 22:30 zajechaliśmy pod jej motel. Cisza jak makiem zasiał, wieś jak z dobrego horroru. Wiecie z cyklu jedziecie sobie radośnie na wycieczkę, nadchodzi wieczór, kija wiedząc czemu coś idzie nie tak np zamykają drogę i jedziecie inną, bądź jak w naszym przypadku coś zmusza was do jechania przez czarną dziurę i wtem okazuję się że nie ma internetu, psy dupą szczekają a z za roku wychodzi maniak z siekierą. No cóż zmęczony człowiek ma różnie pomysły gdy do dociera pod hotel a tam ciemno, właściciela brak, gości nie widać, słychać tylko świerszcze w polu i ogólnie jest ciemno jak w dupie... i czekasz do nędzy kiedy wyskoczy ten z siekierą z za rogu. Po chwili przemyśleń i użycia translatora w celu ustalenia jak powiedzieć "jestem pod twoim hotelem teraz" zadzwoniłam do babeczki ponownie z przetłumaczoną frazą, co ona odpowiedziała nie mam pojęcia, było to coś długiego. W rozpaczy zakończyłam rozmowę z myślą śpimy na zmianę w samochodzie licząc, że nikt nas nie dobije. Jednak po 5 minutach pod hotel zajechała miła pani, myślę że w piżamie okrytej kurtką w samochodzie siedział mąż nie zainteresowany całą sprawą. Po 15 minutach rozmów rysowano-pokazywanych w biurze motelu ustaliliśmy że pani przyjmuję gotówkę w euro (której my nie mamy), bankomat jest daleko, nie wiadomo gdzie (a my jesteśmy zmęczeni) oraz że ewentualne wymeldowanie bez śniadania może być 9 lub 10 bo pani rano jest w hotelu (chyba o to chodziło bo napisała 9:00 i dziesiątą ze znakiem zapytania i pokazała na siebie a potem na ziemie że w tym miejscu...). Na szczęście po kolejnych 5 minutach udało się dogadać że płacimy w gotówce w funtach za pokój bez śniadania, żegnając się z nią życzyliśmy sobie wzajemnie miłego wieczoru i dobrej nocy a co nasz niemiecko - angielski tak się poprawił że się dało. Po wejściu do pokoju okazało się że motel bardzo ładny, czysty, zadbany, także po szybkim prysznicu i dojedzeniu kanapek z podróży padliśmy spać by rano udać się w dalszą podróż. Ale to już w kolejnym wpisie...
Życzę Wam dobrej nocy i do przeczytania.


wtorek, 20 marca 2018

BRUDNE OKNA


       Niby nie należę do grupy która podziela myśl, że warto na "coś" czekać, raczej znajduję się w opozycji, która jak mantrę powtarza, że czekanie na to "coś" tylko sprawia, że nie doceniamy tego wszystkiego co nas aktualnie otacza a jak wiadomo cieszmy się tym co jest teraz bo zaraz może tego nie być. No aaale ja naprawdę czekam już na wiosnę i jakoś ciężko mi docenić kolejny zimny dzień, kolejny wietrzny dzień z deszczem, bądź jak w ostatnich dniach kolejny dzień z padającym za oknem śniegiem. Mamy w końcu marzec i myślę, że wszyscy czekamy już na cieplejsze, dłuższe dni, okraszone słoneczkiem, w które będzie można pójść na spacer bez parasola. Chociaż u nas i w deszczowe dni lepiej zabrać kurtkę bo parasol i tak wichura połamie. Więc skończymy mokrzy i źli ale z drugiej strony nikt o zdrowych zmysłach nie chadza na spacery w angielski deszcz(no chyba, że ma się psa no to niestety trzeba).
         No więc w tym czekaniu piętrzę postanowienia o zdrowszym trybie życia, o jedzeniu mniejszej ilości cukru i wszechobecnej w naszym domu czekolady, o powrocie do biegania lub chociaż ćwiczenia w domu. Nieustannie rosło również moje marzenie o czystych oknach w domu. I ja wiem, że to nie takie trudne. Wystarczy wziąć ścierkę. płyn i te okna umyć alee to może w Polsce u nas mimo mieszkania na parterze tak się nie da. Niestety przy planowaniu przestrzennym ktoś wymyślił że ogromne krzaczaste rośliny tuż przed każdym ale to naprawdę każdym oknem to idealny pomysł. No i pomysł może idealny bo nikt mi się pod oknami kręcić nie może ale to tej kategorii zaliczam się również ja i Niejadek także umycie okien po ludzku samodzielnie odpada.  A jak samodzielnie odpada no to zostaje nam firma zajmująca się tym na co dzień i nie tylko zaopatrzona w magiczne kije ze szczotką na końcu, z doprowadzeniem wody dzięki czemu możliwe jest umycie okien i na parterze i na 4 piętrze. Szybko pięknie ładnie i podobno nawet nie drogo. Podobno bo debatuję do Niejadka by znalazł taką firmę, zamówił usługę bo zaraz nic przez nasze okna widać nie będzie. I nie żebym prosiła o niemożliwe bo tych firm tutaj mnóstwo bo nie tylko my mamy takie problemy z dojściem do okien inni też a do tego dodajmy grono ludzi którym się myć okien nie chce i biznes kwitnie. Także jako że nadal nie wiem ile usługa takowa kosztuje znaczy się tylko jedno Niejadek jeszcze nie zamówił takiej usługi ale co go winić sama też mogłam to zrobić. 
Więc nie uwierzycie w moje szczęście, siedzę dzisiaj z kawiszonem na kanapie, rozmyślam nad sensem życia i wtem widzę dwóch jegomościów myjących okna w budynku na przeciw.Zbieram całą odwagę w sobie, podążam ku nim z zapytaniem o numer do zamówienia takowej usługi. Na co czcigodni wykonawcy raczą mnie odpowiedzią, że oni przecież cztery razy w roku myją na naszym osiedlu wszystkie okiennice również moje. Zdziwiona podziękowałam, życzyłam miłego dnia, po czym szybko powróciłam na swoją kanapę do kawy i książki. I tak jak tu mieszkam ponad pół roku nikogo do okien nie było, upierdzielone BYŁY jak jasna dupka, no ale pełna wiary czekałam i faktycznie 10 minut później panowie umyli również nasze okna. Czy okna są teraz czyste, na pewno są czystsze, są również pomazane ale jaki mimo to mamy teraz widok, normalnie więcej światła wpada do mieszkania. Dzięki czemu moja lista postanowień ma odhaczony pierwszy punkt dotyczący okien. Nad resztą nadal pracujemy ale nie można mieć wszystkiego, powoli i resztę odhaczymy bo w końcu do pogodowej wiosny jeszcze sporo czasu więc małymi kroczkami idziemy w stronę wiosny. 

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was swoimi małymi marzeniami. Póki co życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania.

piątek, 26 stycznia 2018

URLOPOWO



           To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.

            Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce. 

          Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...

         Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie. 

         Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.










niedziela, 9 lipca 2017

PODRÓŻE NIE-RODZICÓW


             Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie. 

           Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza. 
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp. 
                    
                 Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych. 
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian. 
                 
Więc proszę Was drodzy rodzice, jeżeli czytacie ten wpis oczywiście, postarajcie się wpoić waszym pociechą iż w niektórych miejscach nie wypada się drzeć i przeszkadzać innym, gdyż Ci inni mają prawo do spokoju i ciszy a niekoniecznie do planowania jak uciszyć wszystkie dzieci w okolicy dużą ilością taśmy klejącej np o smaku truskawkowym żeby nie było, że taka ze mnie straszna sadystka bez serca. A co niech dzieci też coś mają z narzuconej im ciszy w tym wypadku smak truskawek...

                Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA




                  Gimnazjum to były piękne czasy człowiek nie wiedział co chce robić w życiu. On po prostu był tu i teraz nie martwiąc się zbytnio jutrem. I byli też rodzice którzy w całym swoim przekonaniu z dobrymi intencjami dbali o dobre wykształcenie tego człowieka. I tak ganiali za każdą pałę z matmy czy biologi opowiadali o tym, że uczymy się dla siebie (czyli w założeniu na samych 2 dla samego siebie dałoby się przeżyć) ale jednak mamy mieć dobre stopnie bo liceum a potem to i studia czekają. Przy rodzinnym stole większość takich młodych ludzi w oczach swojej rodziny była magistrami / inżynierami z dobrze płatną pracą, no ewentualnie myśleli że może ten ciołek skończy chociaż licencjat i będzie wstanie zarobić na siebie. Jednym słowem zanim młody człowiek zrozumiał co chce robić w życiu miał już to życie zaplanowane. I każde zdanie przy obiedzie, że może jednak pójdę do technikum odbijało się, nie lepiej nie, tam nie ma przyszłości, tylko liceum Ciebie dobrze wykształci a potem to już studia i będziesz szczęśliwym człowiekiem. Znacie to skądś? 
                 U mnie było podobnie, nie żebym nie była wdzięczna moim rodzicom za ich zapał, w sumie to należałam do osób lubiących mieć dobre oceny i nie że lubiłam się uczyć, ja po prostu uwielbiam być najlepsza co jest też moją wadą częściowo, bo nie umiem odpuszczać. Ale wróćmy do tematu. Idąc do liceum nie miałam pojęcia co chce robić w życiu, ba napiszę więcej nie wiedziałam czym jest życie. Bo co może wiedzieć 13 letnia gówniara o tym jak wygląda codzienność dorosłego. Więc idąc do liceum wybrałam klasę bez dużej ilości matmy (bo jej nie dzierżyłam - zawsze uważałam, że jedyne co człowiekowi dorosłemu potrzebne z matmy to dodaj odejmij by dobrze zapłacić w kasie, oraz podstawy ekonomii by rozumieć założenia podatków, rozliczeń, oraz zarobków i tyle), chemii i biologii. Wybrałam za to geografię i historię bo świat mnie zawsze ciekawił oraz angielski bo przyda się przy poznawaniu świata. Tyle i aż tyle, nie wiedziałam więcej nic.
                   I tak dwa lata liceum minęły jak mrugnięcie oczu a tu trzeba wybrać przedmioty zdawane na maturze, na podstawie których dostanie się człowiek na studia lub się niedostanie. I tu drugie aaaa jakie studia?? Człowiek nie wie co chce robić a tu studia. I tak wybrałam przedmioty, zdałam nie najgorzej maturę. Wybrałam 3 kierunki studiów, dostałam się na jeden: geografia ze specjalnością ochrona środowiska. I uwaga wylali mnie po semestrze, gdyż nie byłam w stanie wykuć wszystkich stolic i krajów świata łącznie z ich ustrojami politycznymi. I tak jako bodajże 19 letni człowiek usiadłam na przystanku znowu nie wiedząc co dalej...
                  Jak w większości podobnych historii rodzice wzięli sprawę w swoje ręce, znaleźli uczelnie która przyjęła mnie na zarządzanie po połowie semestru i tak stałam się po tygodniu starań studentką zarządzania. Po latach wiem, że wywalenie ze studiów to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała. Trzy lata studiów minęły mi ponownie za szybko, ponownie sama sobie udowodniłam, że może nie jestem najlepsza ale zaliczam się do najlepszej 3 na roku, co roku ze stypendium powiecie miód malina. Ehh no cóż może i miałam świetne wyniki, dobrą pracę licencjacką z bardzo dobrym wynikiem z obrony. Ale po tych trzech latach znowu wypadało uczyć się więcej bo tym razem usłyszałam zapewne jak większość ludzi w moim wieku: "jak to chcesz zakończyć edukację na licencjacie, magister jest bardzo ważny, to tylko dwa lata". Jak się domyślacie nie zakończyłam edukacji na licencjacie. Postanowiłam iść na studia magisterskie. Po szybkim przekalkulowaniu ofert uczelni (UAM odpadł od razu - wystarczy, że już raz mnie wywalili i mieli fatalne jedzenie na stołówce wydziału geografii) Tak stałam się studentką Uniwersytetu Ekonomicznego na kierunku Ekonomii. Po semestrze szybko trzeba było wybrać specjalizację i padło na Publicystykę Ekonomiczną oraz PR - na którym odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi pisanie (i tu wybaczcie mi za długość tego posta, nawet nie zbliżyłam się do tematu wpisu). I tak studiowałam sobie kolejne dwa piękne lata. Dużo cudownych ludzi, niezapomniane imprezy i długie nocne powroty, ciekawe wykłady, miałam nawet kilka sukcesów. Rąsia rąsia z Panem Balcerowiczem. (Swoją drogą popieram poglądy profesora jeżeli chodzi o ekonomię). Wracając do tematu wpisu, skończyłam studia, znowu z dobrym wynikiem, nie byłam najlepsza ale było dobrze.
           Wszystko byłoby dobrze ale tu nagle dzień po obronie (no może dwa po bo najpierw wypadało oblać magistra) wypadało wstać i zacząć być dorosłym. I tu u większości młodych ludzi pojawia się problem. Nie żebym nic nie robiła w trakcie studiów, bo pracowałam w wakacje ale były to prace dorywcze a uzbierane finanse w założeniu miały pójść na pierdoły. W tym momencie pierwszy raz zakiełkowało mi w głowie, że może obrałam złą drogę bo mam 23 - 24 lata, magistra na karku i w sumie nie wiem jak chce zarabiać na życie. Wiem, że jest grono osób, które idąc na studia wiedzą co chcą robić w życiu ale zakładam, że większość płynie myślą jakoś to będzie. I tak trafiłam do firmy eventowej w której poznałam świetnych ludzi, w między czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się, by po czasie z Niejadkiem wyjechać do Anglii. Tutaj owszem docenili moje studia ale byłam średnio 6 lat do tyłu z doświadczeniem w pracy w porównaniu z miejscowymi dzieciakami. Które kończą edukacje plus minus mając 18 lat. Ale co tam powiedziałam sobie doświadczenie zbuduję, mam wiedzę, której im brakuje zawojuje świat! Żyłabym z tą myślą pewnie jeszcze jakiś czas ale w między czasie spotkaliśmy się z Niejadkiem z jego kuzynem i jego narzeczoną. Faceci omawiali xboxa a my przy dobrym piwku (no ok tego piwka było ciut więcej) zaczęłyśmy plotkować. Z oczywistych tematów jak praca, nasi faceci itp. przeszłyśmy do planowania przyszłości. I tu spadło to na nas jak kometa na dinozaury.. Z pozoru śmiech zamienił się w smutną prawdę. Kobieta która planuje mieć dziecko około 30 roku życia zamyka swój rozwój osobisty prawie na 14 lat (przynajmniej w UK bo odbierasz tu dziecko ze szkoły do około 12 roku życia) zakładając 2 dzieci. I tak obliczając 5 lat studiów do 30 pracuje się około 5 lat potem ciąża/ dwie ciąże i czas spędzamy na pracy na pół etatu a powrotem do dziecka do domu. I tak przez czas pół etatowania pracodawca statystycznie nie da nam awansu bo przecież skupimy się na dziecku a nie na zarywaniu życia dla pracy. Oczywiście można zapłacić opiekunce ale czy warto pracować na pełen etat by połowę oddawać obcej kobiecie. Hmm chyba lepsze pół etatu i czas spędzony z dzieckiem. Po tych 15 latach (zaokrąglijmy będzie łatwiej liczyć) mamy 45 lat. Faceci w naszym wieku mają około 25 lat doświadczenia w pracy w międzyczasie porobili kilka kursów dokształcających i są na bieżąco w sytuacji na rynku. Powiedzmy szczerze wypadają lepiej w drodze po awans i wielką karierę, którą obiecywali nam rodzice gdy miałyśmy 16 lat. Po takim rozrachunku łatwo ustaliłam hmm mogłaś zrobić błąd, bo trzeba było zrobić technikum, mieć kwalifikacje, zacząć pracować, zdobywać doświadczenie, studia/ kursy (może i jest trudniej) mogłam robić w międzyczasie i tak w takiej sytuacji myśląc o dziecku miałabym już jakieś doświadczenie i kwalifikacje, dzięki czemu po okresie "z dzieckiem" łatwiej byłoby wrócić do pracy bo byłoby się bardziej wartościowym. A tak cóż zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać swoją przyszłość na kolejne 15 lat bo Marysia czy Majlo mogą dać znać o swoim istnieniu cóż w każdej chwili. I będziemy się z Niejadkiem bardzo cieszyć ale muszę się przygotować by nie patrzeć jak partner wzbija się po szczeblach sukcesu a ja zmieniam pieluszki i gotuję obiadki. Owszem nadal będę z tego dumna bo to równie ciężka praca i będę wspierać Niejadka w każdym momencie jego kariery ale do cholery nie chcę skończyć kariery w miejscu w którym teraz jestem. W końcu zrobiłam studia, mam duże zasoby wiedzy teraz wystarczy ustalić plan by nie wypaść z rynku, utrzymać pozycję a nawet wzrastać. Czy się uda, tego nie wiem, życie pokaże, mam nadzieję, że skłoniłam Was do przemyśleń. 
Kończę ten wpis bo przyznam się, że mogłabym go ciągnąć i ciągnąć ale nie chcę dobić Was zbyt mocno a może nie chcę dobić siebie. Miłego wieczoru i do przeczytania. :) 

wtorek, 1 listopada 2016

HAPPY HALLOWEEN



                        W tym roku obchodziliśmy nasze pierwsze Halloween i przyznam się Wam czekałam na nie jak dziecko. Od miesiąca mieliśmy kupionego dmuchanego kościotrupa. Zapachem przypominającego dmuchane koła ratunkowe, nagrzane w słońcu nad polskim morzem. Więc pierwsze moje wrażenie po wyciągnięciu go z opakowania i nadmuchaniu było dość dziwne, niby jesień, niby dynie a tu brak tylko nadmorskiej bryzy i gorącego piasku. :D Ale pomijając ten fakt, kościotrup był uroczo straszny czyli idealny dla małych dzieci na które czekaliśmy. Jak na dobrych gospodarzy przystało zakupiliśmy około 2kg cukierków różnej maści. Od owocowych pachnących tak, że aż nie chciało się ich oddawać a współlokatorka na sam ich zapach z uroczym spojrzeniem schowała jednego pod bluzkę (tak na wszelki wypadek gdyby miało ich zabraknąć). Zresztą nie byłam lepsza sama pochowałam kilka do kurtki (czekać tam będą pewnie do wiosny). Po małe paczuszki z m&m, magic stars, marsami itp. wszystkie prezentowały się smakowicie czekając na dzieciaki, które w strasznych przebraniach zabiorą je do domu pod groźbą psikusa. Mając już gotowe cukierki, oraz nadmuchanego kościotrupa, zostało się nam tylko wykrojenie dyni. Zakupiliśmy nawet specjalny zestaw zawierający nożyk do wycinania i łopatkę to wybierania wnętrza. Jak się przedwczoraj okazało był to pierwszy raz dla Niejadka. Czym bardziej cieszyłam się na sam proces wykrawania dyń. Uszykowaliśmy deski do krojenia mające ochronić stół przed naszym zaangażowaniem. Uszykowaliśmy miskę na wszystkie niepotrzebne elementy dyni, dodatkowo 4 noże tak by dać wybór i różne możliwości, łopatkę i dwie łyżki do wybierania środka tak na wszelki wypadek. Już na początku wykrawania poczuwając się by opowiedzieć Niejadkowi co jak i kiedy będziemy robić z dyniami, prawie wyłożyłam się na tym co sama zalecałam :P Mianowicie prawie przerosło mnie odkrojenie ogonka dyniowego, coś moja dynia nie chciała współpracować. Na szczęście później szło nam wszystko lekko i przyjemnie, czas upływał na żartach dotyczących kogo przypomina wykrawana dynia oraz na międzynarodowych plotkach z przyjaciółką. Po około godzinie dynie były gotowe na pierwszą próbę, którą przeszły bez problemu, dzięki czemu wczoraj przepięknie zachęcały do zapukania w nasze drzwi.



                        Mając już wszystko przygotowane około godziny 17:00 wystawiliśmy dynie, dodatkowo dostawiliśmy dwie latarenki, na drzwi przykleiliśmy kostka oraz straszne naklejki. Wsypaliśmy cukierki do szklanej misy, zamknęliśmy drzwi wejściowe i czekaliśmy. Czekaliśmy, czekaliśmy, już traciłam nadzieję, że ktokolwiek zapuka lub zadzwoni, żaląc się, że teraz będę musiała sama zjeść dwa kilo cuksów (no dobrze przyznam się ta wizja nawet mnie cieszyła - zbyt lubię słodycze) i nagle usłyszeliśmy pierwsze DING DONG naszego dzwonka - na dźwięk którego mało nie zabiłam się zbiegając z drugiego piętra domu - oraz radosne TRICK OR TREAT dobiegające z za drzwi gdy tylko ruszyliśmy kluczami w zamku. :D Po otwarciu drzwi naszym oczom ukazała się na oko 10 - letnia dziewczyna przebrana za kotka, myślę, napiszę więcej byłam bardziej podekscytowana niż ona. Ona wyglądała na przestraszoną - może to moja wina bo przypominałam rozemocjonowaną wiedźmę po dziesięciu kawach? Sama nie wiem, ale dziewczyna radośnie poczęstowała się kilkoma cukierkami, pożyczyliśmy jej owocnych łowów po czym zamknęliśmy drzwi. Myślę, że dziewczyna nie odeszła na dwa kroki od drzwi a ja już z za nich zaczęłam skakać i piszczeć jak na widok szczeniaczka. Na prawdę dawno nic nie sprawiło mi aż takiej radości i tak mnie nie ekscytowało. Muszę się Wam przyznać, że reagowałam tak na kolejne 10 grupek, dopiero potem zachowywałam się jak radosny dorosły. Swoją drogą Niejadek był równie radosny jak ja, nie jestem tylko pewna co go bardziej cieszyło dzieci i ich przebrania czy ja brykając po schodach jak Tygrysek z Kubusia Puchatka. 



                   Tego wieczoru odwiedziło nas mnóstwo dzieci oraz ich rodzice, z jednymi pożartowaliśmy, innym trzeba było wkładać cukierki do torebek i koszyczków bo same skromnie częstowały się tylko jednym smakołykiem. Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch małych chłopczyków, do końca nie wiedzących po co pukają do cudzych domów (ale w końcu brat stoi obok i też jest przebrany i się cieczy to ja też się cieszę - tylko w sumie nie wiem na co). Jeden z nich był uroczym dinozaurem a drugi małym nietoperzem. Nietoperz w przeciwieństwie do rodzeństwa stał i patrzył się na mnie w trakcie gdy jego bracia wybierali cukierki, więc chciałam mu pomóc wkładając do jego uroczego woreczka kilka cukierków. W trakcie tej sytuacji nietoperek nie wiedząc że to będą jego cukierki zabrał mi jednego z radosnym stwierdzeniem "ten jest mój". Tego wieczoru odwiedził nas dużo wiedźm, wampirów, kotków, jeden tata kościotrup, oraz grupa nastolatków przypominających aktorów z nocy oczyszczenia i tu przyznam się otwarcie, gdybym była sama nie jestem pewna czy bym im otworzyła bo oni jedyni mnie przestraszyli. :)  Cała zabawa trwała mniej więcej do 21:00, później pukanie ucichło dzięki czemu po zjedzeniu szybkiej kolacji mogliśmy wybrać się na spacer po okolicy w celu oglądania innych przystrojonych domów. Spacer uważam za bardzo udany, po pierwsze samo towarzystwo Niejadka byłoby wystarczające, ale dodatkowo naszym oczom ukazało się kilka na prawdę pięknie przystrojonych domów, w wiedźmy, dynie, pajęczyny i straszne lampki. Dzięki czemu spacerując w lekkiej mgle można było wczuć się w Halloween. W trakcie naszego spaceru doceniliśmy jeszcze bardziej mieszkanie w spokojnej, bezpiecznej dzielnicy dzięki czemu nie martwiąc się o nic mogliśmy skupić się na sobie i spacerowaniu. 



                  Po powrocie do domu zaczęliśmy planować przyszłoroczne ozdoby, i sposób podania cukierków. Kto by pomyślał, że w wieku 26 lat znajdę drugie święto na które będę czekała jak dziecko (Oczywiście pierwszym jest Boże Narodzenie - czy podzieliłam się z Wami informacją, że w trakcie pisania tego wpisu w pokoju brzmią świąteczne utwory Michaela Buble?). Wszystkim Wam polecam uczestnictwo w Halloween jeżeli tylko miejsce w którym mieszkacie pozwala Wam na to. Widok uśmiechniętych dzieci i sam proces przygotowań daje bardzo dużo radości, pozwala się odprężyć i oderwać na moment od codzienności. 

Tradycyjnie zbliżając się do końca tego wpisu życzę Wam udanego wieczoru, oraz tygodnia i do przeczytania!


sobota, 15 października 2016

KENYON HALL FARM


                           Przepraszam, że tak dawno nie pisałam ale ostatnio działo się jednocześnie dużo i nic. Czasem tak jest, że czas przecieka nam przez palce a moje pozaczynane wpisy nie chcą się dokończyć, czegoś im brakuje, a przecież nie chcę wstawiać dla Was wybrakowanego tekstu więc troszkę mnie nie było. Ale już wracam z głową pełną pomysłów na nowe wpisy. :) Dzisiejszy piszę dla Was jeszcze przeziębiona a w sumie to nadal lekko chora, ostatnie dwa tygodnie borykam się z nawracającym przeziębieniem więc większość czasu po prostu przesypiam... Niejadek pomaga mi jak może, co chwile donosząc nową herbatkę z miodem, cytryną i imbirem, pilnuje też bym swoje odleżała pod kołdrą. Więc zaplecze medyczne mam idealne ale wystarczy jeden poranek na rowerze do pracy by cały nasz zapał lecznicy był na nic i katar i temperatura wracają :( Jeśli macie jakąś dobrą radę to chętnie ją przeczytam.



                         Wracając do tytułu dzisiejszego wpisu, mam dla Was kolejne miejsce, które warte jest odwiedzania cały rok. Jest to farma znajdująca się od Warrington około 20 minut. Kenyon Hall Farm jest wyjątkowym miejscem w którym możecie praktycznie przez cały rok zbierać sezonowe owoce i warzywa, pisząc zbierać mam dosłownie na myśli pożyczenie taczki/koszyka itp. udaniem się na pole, wybraniem tych konkretnych owoców czy warzyw po czym udaniem się do kasy i zapłaceniem za nie. Jeżeli nie przepadacie za podróżami po polach macie możliwość zakupu miejscowych owoców i warzyw w sklepiku przy farmie. Plusem tego miejsca jest na prawdę duży parking dzięki czemu w nawet najbardziej zatłoczone weekendy znajdziecie tu miejsce, dodatkowo na parkingu jest obsługa, która kieruje ruchem i pomaga szybciej rozładować dużą ilość samochodów. Jak duży jest cały teren ciężko mi powiedzieć bo byłam tam po raz pierwszy ale spokojnie zakładam, że taki wyjazd dostarczy całej rodzinie dużo świeżego powietrza i radości. Warto ubrać się w buty które możecie ubrudzić jeżeli macie kalosze to będą one najlepszym wyborem. :)



                             Przyznam się Wam, że cieszyłam się jak dziecko gdy Niejadek dziś zgodził się na tą wyprawę, oczywiście pod warunkiem, że się ciepło ubiorę i nie będziemy tam za długo. Więc ubrałam się dziś zgodnie z zaleceniami w ciepły sweter, który Niejadek podarował mi na zeszłoroczne Mikołajki, ciepłe skarpetki, płaszczyk, moją ukochaną czapkę uszatka i byłam gotowa na przygody. Dzisiaj pierwszy raz podróżowaliśmy z naszymi współlokatorami i wydaję mi się, że im też się bardzo podobało. Od naszego domku na farmę jest około 10 minut. Celem wyprawy był festiwal dyni i samodzielne zbieranie dyń z pola. Przyznam się Wam, że jak dojechaliśmy to cieszyłam się, że dziś nie padało, bo bez kaloszy to w deszczu lub przy mokrej ziemi ciężko było by się tam przemieszczać. Na farmie było dużo ludzi ale spokojnie nie czuło się ich natłoku czego można było się spodziewać po sobocie. Na samym polu małym minusem było to, że nie zrywało się dyń a jedynie zbierało się je z ziemi. Mimo to zabawa była świetna co chwile debatowaliśmy z Niejadkiem, która dynia będzie najlepsza na ciasto a która na wykrawanie w niej strasznej postaci. Do tego dużo radości dostarczał widok małych dzieci ledwo niosących z dumą swoją dynię, część z nich była nawet przebrana za księżniczki bądź w tematyczne dyniowe koszulki. Mamy wkładały dynie do dziecięcych wózków a tatusiowie pchali taczki pełne dyń z dumnymi pociechami na szczycie. Bajeczny widok. Nasze cztery dynie wyglądały dość samotnie wśród liczby dyń pozostałych uczestników. Ale dla nas była to liczba idealna, dwie na ciasta dwie do wykrawania i wystarczy. Za dynie zapłaciliśmy 10 funtów więc całkiem przystępna cena za taką dawkę radości. Zebrane dynie odnieśliśmy po zapłaceniu do samochodu i wróciliśmy jeszcze na pola słodkiej kukurydzy, tam również mieliśmy dużo radości z wybierania tych idealnych kolb dla nas. Wybraliśmy ponownie cztery kolby, które zjemy dziś ugotowane na kolację. :)



                          Po zakończonych zbiorach udaliśmy się do sklepiku, którego odwiedzenie bardzo Wam polecam. W sklepie jest również kawiarnia więc po czasie na świeżym powietrzu możecie wypić tutaj coś ciepłego oraz zjeść miejscowe słodkości. W samym sklepie znajdziecie miejscowe warzywa i owoce świeże i mrożone, świeże jajka, wędliny, sery, domowego wypieku chleby, mnóstwo przetworów słodkich i wytrawnych, przyprawy, napoje zwykłe i alkohole, miejscowe miody a do tego słodycze. Na pewno ominęłam jakieś produkty ale dziś chłonęłam te wszystkie widoki starając zapamiętać się jak najwięcej. W sklepie zakupiliśmy domowy chlebek - pachniał przepysznie, miejscowy miód - wypróbowałam, jest genialny oraz dżem z malinojeżyny - jeszcze nie wiemy jak smakuje ale dziś będę go próbowała z herbatą to postaram się Wam dać znać na facebooku jak smakował. Ceny w sklepie uznaję za odpowiednie, nie było tu tak tanio jak w supermarketach ale ceny za miejscowe dobra nie były wygórowane jeżeli pamiętamy o świeżości produktów.



                         Sam wyjazd oceniam bardzo dobrze, miejsce dobrze zorganizowane, pola odpowiednio duże, w ciągu roku możecie tu zbierać najróżniejsze owoce, a do tego zakupić zioła, kwiaty i rośliny do ogrodu, a zimą możecie udać się tutaj po choinkę. Ceny są bardzo przystępne, obsługa przemiła, sklepik i kawiarnia urocze, jedyny minusik za stan toalety, mogłoby w niej być czyściej ale przy całości można przymknąć na to oko. Na ich stronie możecie znaleźć wszystkie szczegóły kiedy jakie produkty są dostępne do zakupu i zbioru. Na samej stronie możecie również założyć kartę klubową i zbierać punkty itp. Zresztą znajdźcie ich stronę i zobaczcie sami jak tam fajnie. Zapraszam Was do oglądania zdjęć i zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, my z Niejadkiem będziemy tu częstymi gośćmi. Miłego wieczoru i do przeczytania :)     









                 

wtorek, 27 września 2016

CHESTER



                   W ostatnim tygodniu mieliśmy z Niejadkiem pierwszego gościa. Odwiedziła nas mama. Na sam jej przyjazd przygotowywaliśmy się sumiennie ja sprzątałam, Niejadek zaopatrzony w turbo odkurzacz zabijał pająki, uzupełnialiśmy lodówkę i dodatkowo kupiliśmy tonę niepotrzebnych rzeczy. Koniec końców we wtorek byliśmy gotowi na przyjęcie pierwszej osoby w nowym domku na noc. Cały pobyt był dość intensywny bo razem z Niejadkiem chcieliśmy pokazać jak najwięcej rzeczy. Znacie to uczucie gdy odwiedza Was ta pierwsza osoba i nagle w 4 dni chcecie jej pokazać 8 atrakcji gdzie Wam ich poznanie zajęło miesiące? :P Podobno z każdą kolejną osobą pokazuje się mniej a dodatkowo już na miejscu - załóżmy w mieście wartym pokazania- wręcza się dyplomatycznie mapę z dopiskiem jak się znudzisz/zmęczysz/zgubisz to zadzwoń to przyjedziemy po Ciebie. A samemu w tym czasie grzeję się dupkę w ciepłej kawiarni przy dobrej kawie, delektując się ciszą i odpoczynkiem. I tak po takim dniu osoba odwiedzająca (mająca nadal pełno wrażeń) wraca do domu padnięta a gospodarze spokojnie, wypoczęci w domu mają czas na dalsze odpoczywanie bo gość szybko zasnął. Czy to złe podejście? Genialne w swojej prostocie, pomijając fakt lenistwa - bo komu chciałoby się dygać setny raz tymi samymi uliczkami - to dodatkowo właśnie przez to, że widzi się tę samą atrakcję kolejny raz odbiera się radość jej poznawania naszym bliskim. Podsumowując: goście śpieszcie się bo zapał zwiedzania szybko odchodzi :D



                   Wracając do tytułu wpisu, jednym z miejsc jakie pokazaliśmy mamie było miasteczko Chester, naszym zdaniem jedno z najbardziej urokliwych miejsc w okolicy z dodatkowym bonusem w postaci wszędobylskich wiewiórek, zamieszkujących park, które bardzo chętnie przyjmą każdego orzeszka, którego wypatrzą w Waszych dłoniach. Samo miasto może nie robi aż takiego wrażenia ale centrum z Budyneczkami osadzonymi w dawnym stylu zapiera dech w piersiach. Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przekonają Was do odwiedzenia tego miasta.



                  Dzięki dobrze rozmieszczonym parkingom możecie ze spokojem wybrać się tutaj samochodem, nie martwiąc się również o to, że wydacie zbyt wiele na pozostawienie samochodu w bezpiecznym miejscu, a nie jak to czasem bywa, chcemy przyoszczędzić, pozostawiamy autko gdzieś w bocznej uliczce a po powrocie czeka na nas piękny mandat. W samym Chester poza ścisłym centrum polecamy spacer murami miasta, spacer nad rzeką a kto wie może nawet kurs stateczkiem po rzece (my jeszcze nie korzystaliśmy z tej atrakcji), zwiedzenie katedry - samo zwiedzenie jest bezpłatne zostaniecie tylko zachęceni do wrzucenia datku w wysokości 3 funtów od osoby na dalszą działalność katedry. Sama katedra jest bardzo urokliwa, pełna przepięknych malowideł oraz mozajek, dzięki zamieszczonym wszędzie opisom poznacie jej historię a za dodatkową opłatą 1 funta możecie pomóc w budowie makiety Katedry z klocków LEGO. Przyznam się, że ta forma wspomagania Katedry bardzo przypadła mi do gustu i na pewno przy kolejnej wizycie w tym mieście razem z Niejadkiem dołożymy się do budowy jednocześnie świetnie się przy tym bawiąc. Na koniec zwiedzania będziecie mieli możliwość wypicia kawy lub zjedzenia posiłku w restauracji znajdującej się w Katedrze. Jak to również w przybytkach do zwiedzania bywa na samym wyjściu macie również możliwość zakupienia pamiątek różnej maści. I tutaj z autopsji warto wydać tutaj ciut więcej i kupić pamiątkę z UK bo potem to zostanie Wam zakup kubka w Starbucks swoją mojej ulubionej kawiarni lub na samym lotnisku tuż przed wylotem. Prawie przez to głowy nie utraciliśmy bo oboje z Niejadkiem zarzekaliśmy się mamie, że to w Katedrze przepłaci, że w Warrington to mnóstwo pamiątek itp. I co i pamiątek nie ma, spędziliśmy pół dnia szukając czegokolwiek, głodni wróciliśmy z kubeczkami z mojej kawiarni a później pozostało lotnisko.



                Wspomniałam Wam już o wiewiórkach, które ludzi traktują troszkę jak kochane kotełki daj jeść jak już zakłóciłeś nasz spokój. Z tym, że wiewiórki są tak urocze, że człowiekowi się serce cieszy jak te małe psotniki swoimi delikatnymi łapkami opierają się ufnie na dłoni by odebrać najdelikatniej jak potrafią orzeszka, albo dwa bo akurat zauważyły, że są dwa to przecież nie może się nic zmarnować. I tak będą wracały do Was tak długo aż będą wiedziały, że macie orzeszki. By uspokoić Was na wstępie nie utyją zbyt mocno bo każda z nich większość tego co zabierała zakopywała w ziemi na zimę zapewne. Będę z Wami szczera w Chester mogłabym spędzić cały dzień tylko w tym parku dokarmiając te małe nicponie.


                
               Dlatego jeżeli będziecie mieli dzień wolnego gorąco polecam Wam to miasto jest idealne dla starszych i młodszych, zakochanych i podróżujących samotnie. Tymczasem do napisania, wracam do obserwowania Niejadka przed konsolą mój ulubiony sposób na spędzenie wieczoru. Ja grzeję się jak kotek na łóżku z książką a Niejadek oddaje się grze.