Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI CZ.2



                Tak więc szczęśliwie przespaliśmy noc, by wstać po 8:00 i ruszyć dalej w drogę. Przy wymeldowaniu nasz poziom niemieckiego uważam za prawie doskonały. Udało nam się dowiedzieć, że mama naszej gospodyni była z Poznania i jak myślicie jaka myśl naszła mnie od razu (pomijając kilka słów których dama nie wymawia), nosz kobieto kochana czemuś ty od mamy się po polsku nie uczyła tak byśmy sobie tu pogadały a tak co a tak nic. Oddaliśmy klucze, zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę. Nie żeby jakąś daleką, raczej w stylu nawigacjo kochana na pierwszego maka poprosimy na śniadanko w stylu tosty z serem i szynką a do tego kawa, duża, mocna, czarna, taka że na sam zapach ciarki przechodzą z zachwytu. Po jakże zdrowym śniadaniu udaliśmy się na stację by dowiedzieć się że nasze trzy karty płatnicze to NEIN... nosz są bee, opętał je szatan i płacić nimi nie można ale za rogiem to można wypłacić w centrum handlowym.  Jednak gdybyśmy posiadali  kartę płatniczą IKEA FAMILY tosz nie ma problemu płacić można... I miało dziś nie być nic już o Niemczech ale no nie da się, ten etap podróży wywarł na nas takie wspomnienia, że muszę to z siebie zrzucić, bo co się przeczyta to się już nie odprzeczyta :-) Tak więc podsumowując etap do Polski pamiętajcie czytelnicy nocleg w Niemczech ustalamy przez wyjazdem. Po przebojach z podróży dość zmęczeni dotarliśmy do hotelu, który był w naprawdę dobrym standardzie, posiadał swoje spa, oraz dostępne dla gości sauny oraz jacuzzi. Jeżeli mogę doradzić Wam jak zaoszczędzić to polecam wyjazdy poza sezonem. Za pięciodniowy pobyt ze śniadaniem i obiadokolacją dostępem do rowerów oraz części spa zapłaciliśmy niecałe 700 złotych. A muszę przyznać że posiłki mieli bardzo smaczne i zróżnicowane. Obsługa bardzo miła i pomocna.Okolica cicha i spokojna, całkiem blisko do centrum i dobre podejście na trasy w góry. Czego chcieć więcej no tego spa bo jak względne mieszczuchy przyjadą raz na kilka lat w góry to po wejściu na Śnieżkę potrzebują masażu. No dobra Niejadek nie potrzebował maziania ale ja za to tak mój wewnętrzny kot pragnął masażu który rozluźni jego zmęczone gnatki i doda świeżości. Dlatego też mogę całej kobiecej części czytelniczek polecić masaże w tym obiekcie. Masaż świecą był obłędny.


      Na pobyt w Karpaczu zaplanowaliśmy sobie głównie zdobycie Śnieżki, której nie udało nam się zdobyć w 2015 roku. Poza tym zdobyliśmy znacznie mniejszy szczyt w samym Karpaczu, który potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed Śnieżką. Do tego zwiedziliśmy Zamek Książ, Zamek Czocha, oraz Podziemne Miasto Osówka, planowaną największą bazę Hitlera w Polsce. Dla przyjemności zajadaliśmy się oscypkiem z żurawiną oraz odwiedzaliśmy pizzerię poznaną przy ostatnim wyjeździe. Pizze podają tam na obłędnie cienkim kruchym cieście. Smak sosu pomidorowego idealnie zgrywa się z dodatkami, których jest na prawdę dużo na każdym kawałku. Jednym słowem niebo na talerzu. 




                        Sama Śnieżka okazała się dla nas nie małym wyzwaniem. Już na samym początku okazało się, że jedyny pieszy szlak jest nadal zamknięty ze względu na lawiny śnieżne. Na szczęście śniegu w górach już praktycznie nie było dlatego też razem z parą z Niemiec i jednym polakiem postanowiliśmy zdobyć ten szczyt. Przeszkody oraz trudy jakie napotkaliśmy na trasie były tego warte: przepiękne widoki, wszechobecna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków. Samo wejście na Śnieżkę pamiętałam jeszcze przez kilka dni a dokładnie pamiętały moje mięśnie, które dawały się we znaki przy każdym małym kroczku. Ale raz jeszcze było warto, bo zdobyliśmy ją razem, okazując sobie wsparcie na trasie, spełniliśmy kolejne wspólne marzenie i udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych jeżeli się tylko człowiek postara.  Jeżeli chodzi o zdobywane zamki to szczerze polecam wszystkim Zamek Czocha. Przepiękne miejsce, super przewodnik, odpowiadający na każde pytanie Niejadka, który kocha Zamki więc pytań zawsze ma mnóstwo. Zamek sam w sobie cudowny, nie jest ogromny ale pozwala nacieszyć się swoimi eksponatami oraz zakamarkami. Cenowo wychodził bardzo korzystnie szczególnie jeśli porówna się go z Zamkiem Książ którego nikomu nie polecam.



             Zamek Książ liczy sobie drakońskie kwoty za wstęp. By już na samym początku okazało się, że za toalety trzeba przy zamku osobno płacić nawet jeżeli sam bilet od osoby kosztował 40 zł. Już przy pierwszych krokach okazuje się że idziemy praktycznie przez puste pomieszczenia. W ponad połowie sal nie ma eksponatów bo były rozkradzione w czasie wojny, to samo z biblioteką. Przewodnik mimo, że bardzo miła to historię zamku opowiadała tylko z punktu widzenia rodziny go zamieszkującej. Całkowicie pomijając wątki wojenne. Samą wisienką na torcie był ochroniarz w sali z obrazami. Który doskoczył do nas z pretensjami i na nic nie zdały się tłumaczenia że nikt na starcie wycieczki nie informował o tym jak można trzymać własny plecak. Także dzięki ochroniarzowi który dziecka by nie okiełznał przez swój ogromny brzuch wyszliśmy z zamku wkurzeni prosto do biura zażaleń. Po jakże cudownym dniu na Zamku Książ uznaliśmy, że nasza noga więcej tam nie postanie i raczej nie będzie to polecane przez nas miejsce w Polsce.


                      Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy było Podziemne Miasto Osówka. Które miało zostać największą bazą Hitlera w Polsce. Niejadek naciągnął mnie na trasę ekstremalną, którą gorąco wszystkim polecam. Jednak wybierając tą trasę warto mieć ze sobą chociaż małą latarkę która oświetli drogę w ciemności skał oraz wody którą będziecie przekraczać. Przewodnicy posiadali ogromną wiedzę, na temat wykopalisk prowadzonych w tym miejscu jak i o samej wojnie. Mimo, że samo miejsce wprawiało nas w pewien rodzaj zachwytu jak tak ogromne miejsce można wykuć w skale to po uświadomieniu sobie ile osób utraciło swoje życie w trakcie wykopalisk, ogarnęło nas przygnębienie. Mimo wszytko warto odwiedzić to miejsce jak i również pozostałe kompleksy znajdujące w okolicy dzięki czemu można lepiej poznać trudną ale fascynującą historię Polski.





                    Pozostały czas w Karpaczu spędzaliśmy na spacerach po mieście, zajadaniu się lokalnymi przysmakami praz korzystaniu z hotelowego spa. Drugą część wyjazdu spędziliśmy w rodzinnym Poznaniu na spotkaniach rodzinnych. Cały wyjazdu uznajemy jednogłośnie za udany, mimo że sama podróż samochodem była dość męcząca. Sam Karpacz oraz jego atrakcje polecamy wszystkim, jesteśmy przekonani, że każdy odnajdzie tutaj coś dla siebie.


środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!




sobota, 15 października 2016

KENYON HALL FARM


                           Przepraszam, że tak dawno nie pisałam ale ostatnio działo się jednocześnie dużo i nic. Czasem tak jest, że czas przecieka nam przez palce a moje pozaczynane wpisy nie chcą się dokończyć, czegoś im brakuje, a przecież nie chcę wstawiać dla Was wybrakowanego tekstu więc troszkę mnie nie było. Ale już wracam z głową pełną pomysłów na nowe wpisy. :) Dzisiejszy piszę dla Was jeszcze przeziębiona a w sumie to nadal lekko chora, ostatnie dwa tygodnie borykam się z nawracającym przeziębieniem więc większość czasu po prostu przesypiam... Niejadek pomaga mi jak może, co chwile donosząc nową herbatkę z miodem, cytryną i imbirem, pilnuje też bym swoje odleżała pod kołdrą. Więc zaplecze medyczne mam idealne ale wystarczy jeden poranek na rowerze do pracy by cały nasz zapał lecznicy był na nic i katar i temperatura wracają :( Jeśli macie jakąś dobrą radę to chętnie ją przeczytam.



                         Wracając do tytułu dzisiejszego wpisu, mam dla Was kolejne miejsce, które warte jest odwiedzania cały rok. Jest to farma znajdująca się od Warrington około 20 minut. Kenyon Hall Farm jest wyjątkowym miejscem w którym możecie praktycznie przez cały rok zbierać sezonowe owoce i warzywa, pisząc zbierać mam dosłownie na myśli pożyczenie taczki/koszyka itp. udaniem się na pole, wybraniem tych konkretnych owoców czy warzyw po czym udaniem się do kasy i zapłaceniem za nie. Jeżeli nie przepadacie za podróżami po polach macie możliwość zakupu miejscowych owoców i warzyw w sklepiku przy farmie. Plusem tego miejsca jest na prawdę duży parking dzięki czemu w nawet najbardziej zatłoczone weekendy znajdziecie tu miejsce, dodatkowo na parkingu jest obsługa, która kieruje ruchem i pomaga szybciej rozładować dużą ilość samochodów. Jak duży jest cały teren ciężko mi powiedzieć bo byłam tam po raz pierwszy ale spokojnie zakładam, że taki wyjazd dostarczy całej rodzinie dużo świeżego powietrza i radości. Warto ubrać się w buty które możecie ubrudzić jeżeli macie kalosze to będą one najlepszym wyborem. :)



                             Przyznam się Wam, że cieszyłam się jak dziecko gdy Niejadek dziś zgodził się na tą wyprawę, oczywiście pod warunkiem, że się ciepło ubiorę i nie będziemy tam za długo. Więc ubrałam się dziś zgodnie z zaleceniami w ciepły sweter, który Niejadek podarował mi na zeszłoroczne Mikołajki, ciepłe skarpetki, płaszczyk, moją ukochaną czapkę uszatka i byłam gotowa na przygody. Dzisiaj pierwszy raz podróżowaliśmy z naszymi współlokatorami i wydaję mi się, że im też się bardzo podobało. Od naszego domku na farmę jest około 10 minut. Celem wyprawy był festiwal dyni i samodzielne zbieranie dyń z pola. Przyznam się Wam, że jak dojechaliśmy to cieszyłam się, że dziś nie padało, bo bez kaloszy to w deszczu lub przy mokrej ziemi ciężko było by się tam przemieszczać. Na farmie było dużo ludzi ale spokojnie nie czuło się ich natłoku czego można było się spodziewać po sobocie. Na samym polu małym minusem było to, że nie zrywało się dyń a jedynie zbierało się je z ziemi. Mimo to zabawa była świetna co chwile debatowaliśmy z Niejadkiem, która dynia będzie najlepsza na ciasto a która na wykrawanie w niej strasznej postaci. Do tego dużo radości dostarczał widok małych dzieci ledwo niosących z dumą swoją dynię, część z nich była nawet przebrana za księżniczki bądź w tematyczne dyniowe koszulki. Mamy wkładały dynie do dziecięcych wózków a tatusiowie pchali taczki pełne dyń z dumnymi pociechami na szczycie. Bajeczny widok. Nasze cztery dynie wyglądały dość samotnie wśród liczby dyń pozostałych uczestników. Ale dla nas była to liczba idealna, dwie na ciasta dwie do wykrawania i wystarczy. Za dynie zapłaciliśmy 10 funtów więc całkiem przystępna cena za taką dawkę radości. Zebrane dynie odnieśliśmy po zapłaceniu do samochodu i wróciliśmy jeszcze na pola słodkiej kukurydzy, tam również mieliśmy dużo radości z wybierania tych idealnych kolb dla nas. Wybraliśmy ponownie cztery kolby, które zjemy dziś ugotowane na kolację. :)



                          Po zakończonych zbiorach udaliśmy się do sklepiku, którego odwiedzenie bardzo Wam polecam. W sklepie jest również kawiarnia więc po czasie na świeżym powietrzu możecie wypić tutaj coś ciepłego oraz zjeść miejscowe słodkości. W samym sklepie znajdziecie miejscowe warzywa i owoce świeże i mrożone, świeże jajka, wędliny, sery, domowego wypieku chleby, mnóstwo przetworów słodkich i wytrawnych, przyprawy, napoje zwykłe i alkohole, miejscowe miody a do tego słodycze. Na pewno ominęłam jakieś produkty ale dziś chłonęłam te wszystkie widoki starając zapamiętać się jak najwięcej. W sklepie zakupiliśmy domowy chlebek - pachniał przepysznie, miejscowy miód - wypróbowałam, jest genialny oraz dżem z malinojeżyny - jeszcze nie wiemy jak smakuje ale dziś będę go próbowała z herbatą to postaram się Wam dać znać na facebooku jak smakował. Ceny w sklepie uznaję za odpowiednie, nie było tu tak tanio jak w supermarketach ale ceny za miejscowe dobra nie były wygórowane jeżeli pamiętamy o świeżości produktów.



                         Sam wyjazd oceniam bardzo dobrze, miejsce dobrze zorganizowane, pola odpowiednio duże, w ciągu roku możecie tu zbierać najróżniejsze owoce, a do tego zakupić zioła, kwiaty i rośliny do ogrodu, a zimą możecie udać się tutaj po choinkę. Ceny są bardzo przystępne, obsługa przemiła, sklepik i kawiarnia urocze, jedyny minusik za stan toalety, mogłoby w niej być czyściej ale przy całości można przymknąć na to oko. Na ich stronie możecie znaleźć wszystkie szczegóły kiedy jakie produkty są dostępne do zakupu i zbioru. Na samej stronie możecie również założyć kartę klubową i zbierać punkty itp. Zresztą znajdźcie ich stronę i zobaczcie sami jak tam fajnie. Zapraszam Was do oglądania zdjęć i zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, my z Niejadkiem będziemy tu częstymi gośćmi. Miłego wieczoru i do przeczytania :)     









                 

wtorek, 27 września 2016

CHESTER



                   W ostatnim tygodniu mieliśmy z Niejadkiem pierwszego gościa. Odwiedziła nas mama. Na sam jej przyjazd przygotowywaliśmy się sumiennie ja sprzątałam, Niejadek zaopatrzony w turbo odkurzacz zabijał pająki, uzupełnialiśmy lodówkę i dodatkowo kupiliśmy tonę niepotrzebnych rzeczy. Koniec końców we wtorek byliśmy gotowi na przyjęcie pierwszej osoby w nowym domku na noc. Cały pobyt był dość intensywny bo razem z Niejadkiem chcieliśmy pokazać jak najwięcej rzeczy. Znacie to uczucie gdy odwiedza Was ta pierwsza osoba i nagle w 4 dni chcecie jej pokazać 8 atrakcji gdzie Wam ich poznanie zajęło miesiące? :P Podobno z każdą kolejną osobą pokazuje się mniej a dodatkowo już na miejscu - załóżmy w mieście wartym pokazania- wręcza się dyplomatycznie mapę z dopiskiem jak się znudzisz/zmęczysz/zgubisz to zadzwoń to przyjedziemy po Ciebie. A samemu w tym czasie grzeję się dupkę w ciepłej kawiarni przy dobrej kawie, delektując się ciszą i odpoczynkiem. I tak po takim dniu osoba odwiedzająca (mająca nadal pełno wrażeń) wraca do domu padnięta a gospodarze spokojnie, wypoczęci w domu mają czas na dalsze odpoczywanie bo gość szybko zasnął. Czy to złe podejście? Genialne w swojej prostocie, pomijając fakt lenistwa - bo komu chciałoby się dygać setny raz tymi samymi uliczkami - to dodatkowo właśnie przez to, że widzi się tę samą atrakcję kolejny raz odbiera się radość jej poznawania naszym bliskim. Podsumowując: goście śpieszcie się bo zapał zwiedzania szybko odchodzi :D



                   Wracając do tytułu wpisu, jednym z miejsc jakie pokazaliśmy mamie było miasteczko Chester, naszym zdaniem jedno z najbardziej urokliwych miejsc w okolicy z dodatkowym bonusem w postaci wszędobylskich wiewiórek, zamieszkujących park, które bardzo chętnie przyjmą każdego orzeszka, którego wypatrzą w Waszych dłoniach. Samo miasto może nie robi aż takiego wrażenia ale centrum z Budyneczkami osadzonymi w dawnym stylu zapiera dech w piersiach. Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przekonają Was do odwiedzenia tego miasta.



                  Dzięki dobrze rozmieszczonym parkingom możecie ze spokojem wybrać się tutaj samochodem, nie martwiąc się również o to, że wydacie zbyt wiele na pozostawienie samochodu w bezpiecznym miejscu, a nie jak to czasem bywa, chcemy przyoszczędzić, pozostawiamy autko gdzieś w bocznej uliczce a po powrocie czeka na nas piękny mandat. W samym Chester poza ścisłym centrum polecamy spacer murami miasta, spacer nad rzeką a kto wie może nawet kurs stateczkiem po rzece (my jeszcze nie korzystaliśmy z tej atrakcji), zwiedzenie katedry - samo zwiedzenie jest bezpłatne zostaniecie tylko zachęceni do wrzucenia datku w wysokości 3 funtów od osoby na dalszą działalność katedry. Sama katedra jest bardzo urokliwa, pełna przepięknych malowideł oraz mozajek, dzięki zamieszczonym wszędzie opisom poznacie jej historię a za dodatkową opłatą 1 funta możecie pomóc w budowie makiety Katedry z klocków LEGO. Przyznam się, że ta forma wspomagania Katedry bardzo przypadła mi do gustu i na pewno przy kolejnej wizycie w tym mieście razem z Niejadkiem dołożymy się do budowy jednocześnie świetnie się przy tym bawiąc. Na koniec zwiedzania będziecie mieli możliwość wypicia kawy lub zjedzenia posiłku w restauracji znajdującej się w Katedrze. Jak to również w przybytkach do zwiedzania bywa na samym wyjściu macie również możliwość zakupienia pamiątek różnej maści. I tutaj z autopsji warto wydać tutaj ciut więcej i kupić pamiątkę z UK bo potem to zostanie Wam zakup kubka w Starbucks swoją mojej ulubionej kawiarni lub na samym lotnisku tuż przed wylotem. Prawie przez to głowy nie utraciliśmy bo oboje z Niejadkiem zarzekaliśmy się mamie, że to w Katedrze przepłaci, że w Warrington to mnóstwo pamiątek itp. I co i pamiątek nie ma, spędziliśmy pół dnia szukając czegokolwiek, głodni wróciliśmy z kubeczkami z mojej kawiarni a później pozostało lotnisko.



                Wspomniałam Wam już o wiewiórkach, które ludzi traktują troszkę jak kochane kotełki daj jeść jak już zakłóciłeś nasz spokój. Z tym, że wiewiórki są tak urocze, że człowiekowi się serce cieszy jak te małe psotniki swoimi delikatnymi łapkami opierają się ufnie na dłoni by odebrać najdelikatniej jak potrafią orzeszka, albo dwa bo akurat zauważyły, że są dwa to przecież nie może się nic zmarnować. I tak będą wracały do Was tak długo aż będą wiedziały, że macie orzeszki. By uspokoić Was na wstępie nie utyją zbyt mocno bo każda z nich większość tego co zabierała zakopywała w ziemi na zimę zapewne. Będę z Wami szczera w Chester mogłabym spędzić cały dzień tylko w tym parku dokarmiając te małe nicponie.


                
               Dlatego jeżeli będziecie mieli dzień wolnego gorąco polecam Wam to miasto jest idealne dla starszych i młodszych, zakochanych i podróżujących samotnie. Tymczasem do napisania, wracam do obserwowania Niejadka przed konsolą mój ulubiony sposób na spędzenie wieczoru. Ja grzeję się jak kotek na łóżku z książką a Niejadek oddaje się grze.




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

DARESBURY - RODZINNE MIASTECZKO AUTORA ALICJI W KRAINIE CZARÓW

           Kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem było miasteczko rodzinne Lewisa Carroll autora Alicji w Krainie Czarów. Osoby wzbudzającej pewne kontrowersje odnoszące się do pasji fotografowania wyłącznie dziewczynek. Przygotowując się do tej wycieczki na którą wybraliśmy się dodatkowo przy zwiedzaniu innej większej atrakcji poczytałam trochę o samym autorze wspomnianej Alicji. Lewis Carroll urodził się 27 stycznia 1832 roku w Daresbury, był znanym matematykiem, fotografem, jednak zasłynął z książek opisujących losy Alicji w zaczarowanej krainie. Warto dodać, że postać ta nazywa się tak na prawdę inaczej a mianowicie Charles Lutwidge Dodgson, jednak światu znany jest głównie pod pseudonimem autora książki. Autor Alicji wydał około 250 prac naukowych obejmujących tematykę matematyki, był wykładowcą, prekursorem fotografii portretowej i artystycznej. I to właśnie ze względu na fotografię portretową jego postać wzbudza kontrowersje. Ponieważ swoje prace tworzył podczas uroczystości w których potrafiło brać udział około 100 dziewczynek, warto dodać że ów artysta tracił swoje zainteresowanie nimi gdy one dorastały. Mimo, że nigdy nie został oskarżony o molestowanie zachowanie to nawet dziś jest zastanawiające. 



         Część z Was zastanawia się po co zrobiłam ten przydługi wstęp zamiast przejść do sedna wpisu i opowiedzieć o rodzinnej miejscowości, domu rodzinnym, centrum pamięci itp. Już odpowiadam Wam na to pytanie. Nie ma co opisywać... Trasę po okolicy można przebyć na dwa sposoby: pieszo i samochodem. My na szczęście wybraliśmy samochód bo po przejściu kilku kilometrów by zobaczyć polanę byłabym mocno zawiedziona. Dlatego też mimo, że nadal uważam, że warto było odwiedzić to miejsce polecam je Wam jako dodatek do innej wycieczki, maksymalnie godzinka dodatkowo samochodem. 



         Późnym popołudniem podjechaliśmy pod kościół w Daresbury który był jednocześnie centrum pamięci. W środku zastała nas malutka salka z plakatami na ścianach zawierającymi szczątkowe informacje oraz zagadki dla dzieci. Jedynym fajnym elementem tego centrum był sklep z pamiątkami, zawierający okoliczne specjały oraz pamiątki dotyczące samej książki o Alicji. 



         Po zwiedzeniu kościoła oraz centrum wsiedliśmy do samochodu przejechaliśmy kilka minut na mikro parking przy ulicy - zwykłe pobocze, na prawdę szło go przejechać. Po zaparkowaniu udaliśmy się polną drogą pod tabliczkę z informacjami o autorze i książce. Z samej tabliczki dowiedzieliśmy się, że mamy podążać za białym królikiem - jedyny miły element wycieczki. Królik prowadził nas krzaczastym tunelem na polanę na której można było zobaczyć układ mieszkania dzięki pozostałościom fundamentów wyłaniającym się w trawie. Na tej samej polanie czekała na nas jeszcze jedna tabliczka z informacjami i to wszystko. Przyznam, że byliśmy oboje lekko zawiedzeni, spodziewaliśmy się większej ilości atrakcji zważając na sukces jaki zrobiła sama książka tego autora na świecie. Niestety nie czekały na nas żadne ochy i achy. Mimo to cieszę się że odwiedziliśmy to miejsce. Bardzo lubię opowieść o Alicji i jakoś tak nie wyobrażam sobie nie odwiedzić tego miejsca mieszkając tak blisko. 




Jak się spodziewacie zbliżamy się do końca tego wpisu ale już teraz chciałabym Wam dać znać, że w sobotę na blogu będzie na Was czekał wpis z przepisem na tartę ze śliwkami i kremem mascarpone z białą czekoladą. Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!  

sobota, 30 lipca 2016

DUNHAM MASSEY HALL

     Dawno mnie tutaj nie było ale tak się składa, że czasami dni zlewają się w pośpiechu w bezkształtną masę. Mimo małych rzeczy które wyciągam z każdego z nich nie ma czasami o czym pisać. Na całe szczęście dostałam w grafiku dwa dni wolnego pod rząd dzięki czemu mogę się z Wami podzielić dzisiejszą wycieczką, którą Niejadek zaplanował dla mnie w ramach odstresowania i spotkań z naturą. Na początek polecę Wam (jeżeli mieszkacie w Wielkiej Brytanii) członkostwo w National Trust, dzięki czemu przy płatności 9 funtów za dwie osoby miesięcznie macie do swojej dyspozycji prawie 500 miejsc do zwiedzania za darmo. 



     Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla nas wcześnie bo przed 12:00 :P Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanko i mój Niejadek oświadczył zabieram Cię na wycieczkę. Podekscytowana spakowałam się i wyszykowałam w 20 minut. No dobra w 40 w końcu musiałam się wymalować. Dunham Massey Hall znajduje się od Warrington ok 10 mil w związku z czym trasę tę pokonuje się bardzo szybko. Na miejscu czeka na Was ogromny parking więc nawet w weekend spokojnie znajdziecie miejsce. Bilety wstępu bez członkostwa to około 30 funtów na 2 osoby. Do dyspozycji na miejscu po wykupieniu biletów macie przepiękny pałac. W samym pałacu w każdej z sal znajdziecie chętnego do opowieści członka National Trust (chociaż słowo członek jakoś dziwnie nie pasuje:) ). 



        Sam Pałac jest świetnie zachowany unosi się w nim zapach starego drewna, w pomieszczeniach znajdziecie mnóstwo eksponatów w bardzo dobrym stanie. Z góry zaznaczę, że na zwiedzenie samego pałacu potrzebujecie dobrą godzinę więc jest czym się zachwycać. Ja w nim znalazłam jedno miejsce w którym mogliby mnie zamknąć i nie wypuszczać. No może na chwile do łazienki i żeby coś zjeść. Mowa o rodzinnej biblioteczce co tam bibliotece z prawdziwego zdarzenia! Pięknie zdobione stare książki, którymi pachniało w całym pomieszczeniu, o tak różnorodnej tematyce, że każdy znalazłby coś dla siebie. Od geografii po Króla Artura. Jedyny maleński minus za brak możliwości obejrzenia samych książek w środku ale zdaję sobie sprawę, że gdyby tak tysiące osób rocznie oglądało te książki to pewnie dla mnie na dziś nie zostało by nic do oglądania :). 



       W samym pałacu zobaczycie przepiękne sypialnie, pokoje rozrywek, łazienki, kuchnie, spiżarnie, czytelnię, pałacową pralnię. Po zwiedzeniu pałacu możecie się udać do świetnie zachowanego młyna, w którym miły Pan przedstawi Wam historię i opowie jak tutaj wszystko działało. Kolejnym punktem wycieczki jest ogród, który w Polskich realiach można by nazwać parkiem bo był tak ogromy. Sam ogród podzielony jest na kilka części, zimową, różaną, oraz te inne których nazw już nie pamiętam. Zrobił on na nas przepiękne wrażenie, zapach roznoszący się w części różanej był nie do opisania. Kolejnym miejscem do którego warto się udać do park, który jest przeogromny. Warto ponieważ żyje w nim na wolności 150 jeleni, które spacerują swobodnie między zwiedzającymi. I chociaż liczba tych zwierząt powala to przy tak dużym terenie myślę, że mieliśmy ogromne szczęście spotkać dziś dwa z nich.



         Na sam koniec mogę Wam polecić sklepik w którym nabyliśmy magnes na lodówkę - takie moje hobby by zbierać magnesy z miejsc w których byłam. A do tego mnóstwo przetworów od nalewek, piwa, po marmolady, musztardy, herbaty, czekolady i tonę innych pamiątek. 
      Cały obiekt wyposażony jest w bardzo czyste toalety, rozmieszczone dość często dzięki czemu nie ma problem u gdy podróżujecie z dziećmi, nie jestem pewna czy każda z nich, ale ta w głównym budynku ma dodatkowo pokoje dla mam i maluszków. Cały obiekt jest przyjazny naszym pupilom, bardzo często spotkacie porozstawiane miski ze świeżą wodą. Znajdziecie tu również restaurację - nie dam jednak jej opinii bo po prostu do niej nie zaszliśmy. 



       Z rzeczy ciekawych mając członkostwo w dziedzictwie narodowym możecie się nastawić na darmową wycieczkę ale uszykujcie jednak drobniaki, na jednej z dróg dojazdowych zaskoczył nas płatny odcinek drogi w wysokości 12 pensów :D. Tym radosnym akcentem kończę dzisiejszy wpis, zapraszam Was do obejrzenia zdjęć poniżej, życzę Wam również udanego wieczoru :)