Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2018

BRUDNE OKNA


       Niby nie należę do grupy która podziela myśl, że warto na "coś" czekać, raczej znajduję się w opozycji, która jak mantrę powtarza, że czekanie na to "coś" tylko sprawia, że nie doceniamy tego wszystkiego co nas aktualnie otacza a jak wiadomo cieszmy się tym co jest teraz bo zaraz może tego nie być. No aaale ja naprawdę czekam już na wiosnę i jakoś ciężko mi docenić kolejny zimny dzień, kolejny wietrzny dzień z deszczem, bądź jak w ostatnich dniach kolejny dzień z padającym za oknem śniegiem. Mamy w końcu marzec i myślę, że wszyscy czekamy już na cieplejsze, dłuższe dni, okraszone słoneczkiem, w które będzie można pójść na spacer bez parasola. Chociaż u nas i w deszczowe dni lepiej zabrać kurtkę bo parasol i tak wichura połamie. Więc skończymy mokrzy i źli ale z drugiej strony nikt o zdrowych zmysłach nie chadza na spacery w angielski deszcz(no chyba, że ma się psa no to niestety trzeba).
         No więc w tym czekaniu piętrzę postanowienia o zdrowszym trybie życia, o jedzeniu mniejszej ilości cukru i wszechobecnej w naszym domu czekolady, o powrocie do biegania lub chociaż ćwiczenia w domu. Nieustannie rosło również moje marzenie o czystych oknach w domu. I ja wiem, że to nie takie trudne. Wystarczy wziąć ścierkę. płyn i te okna umyć alee to może w Polsce u nas mimo mieszkania na parterze tak się nie da. Niestety przy planowaniu przestrzennym ktoś wymyślił że ogromne krzaczaste rośliny tuż przed każdym ale to naprawdę każdym oknem to idealny pomysł. No i pomysł może idealny bo nikt mi się pod oknami kręcić nie może ale to tej kategorii zaliczam się również ja i Niejadek także umycie okien po ludzku samodzielnie odpada.  A jak samodzielnie odpada no to zostaje nam firma zajmująca się tym na co dzień i nie tylko zaopatrzona w magiczne kije ze szczotką na końcu, z doprowadzeniem wody dzięki czemu możliwe jest umycie okien i na parterze i na 4 piętrze. Szybko pięknie ładnie i podobno nawet nie drogo. Podobno bo debatuję do Niejadka by znalazł taką firmę, zamówił usługę bo zaraz nic przez nasze okna widać nie będzie. I nie żebym prosiła o niemożliwe bo tych firm tutaj mnóstwo bo nie tylko my mamy takie problemy z dojściem do okien inni też a do tego dodajmy grono ludzi którym się myć okien nie chce i biznes kwitnie. Także jako że nadal nie wiem ile usługa takowa kosztuje znaczy się tylko jedno Niejadek jeszcze nie zamówił takiej usługi ale co go winić sama też mogłam to zrobić. 
Więc nie uwierzycie w moje szczęście, siedzę dzisiaj z kawiszonem na kanapie, rozmyślam nad sensem życia i wtem widzę dwóch jegomościów myjących okna w budynku na przeciw.Zbieram całą odwagę w sobie, podążam ku nim z zapytaniem o numer do zamówienia takowej usługi. Na co czcigodni wykonawcy raczą mnie odpowiedzią, że oni przecież cztery razy w roku myją na naszym osiedlu wszystkie okiennice również moje. Zdziwiona podziękowałam, życzyłam miłego dnia, po czym szybko powróciłam na swoją kanapę do kawy i książki. I tak jak tu mieszkam ponad pół roku nikogo do okien nie było, upierdzielone BYŁY jak jasna dupka, no ale pełna wiary czekałam i faktycznie 10 minut później panowie umyli również nasze okna. Czy okna są teraz czyste, na pewno są czystsze, są również pomazane ale jaki mimo to mamy teraz widok, normalnie więcej światła wpada do mieszkania. Dzięki czemu moja lista postanowień ma odhaczony pierwszy punkt dotyczący okien. Nad resztą nadal pracujemy ale nie można mieć wszystkiego, powoli i resztę odhaczymy bo w końcu do pogodowej wiosny jeszcze sporo czasu więc małymi kroczkami idziemy w stronę wiosny. 

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was swoimi małymi marzeniami. Póki co życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania.

wtorek, 26 grudnia 2017

CHRISTMAS




                Mam nadzieję, że już wszyscy jesteście najedzeni pysznym świątecznym jedzeniem, objedzeni smacznymi ciastami, wysłuchani w świąteczne utwory bądź kolędy, ucieszeni z rodzinnej atmosfery świąt. My z Niejadkiem właśnie skończyliśmy sernik, który na te święta wyszedł naprawdę przepyszny. Jedyne co zostało to pierniki od mamy i ogromna ilość wszelakiej maści cukierków. Ale spokojnie jako, że na co dzień jestem pełnoetatową Małą Mi to bardzo często łączę to z bywaniem ciasteczkowym potworem co sprawia, że potrafię wcisnąć w siebie ogromne ilości słodyczy. 
                 Tegoroczne święta były dla nas magiczne. Spędziliśmy je w swoim domu, we własnym towarzystwie, niespiesznie, leniwie, jednocześnie z dużą ilością śmiechu, uciechy i dobrej zabawy. Jak co roku przygotowania szły nam dość dobrze, jesteśmy dość dobrze zorganizowaną parą więc łatwo dzielimy i przydzielamy obowiązki. Jak zawsze Niejadek stał na straży porządku, ja natomiast stałam na straży dobrego smaku. I tak oto on sprzątał i podjadał a ja gotowałam i bałaganiłam. W tym roku udało nam się przygotować nasze ulubione potrawy w tym premierowo specjalnie z dedykacją dla Niejadka pierogi bez farszu aka kopytka, bo jeśli zapytacie Niejadka co jest najsmaczniejsze w domowych pierogach to odpowiedź będzie prosta - ciasto. Jedyny farsz jaki Niejadek toleruje do pierogów to owoce. Także tego w tym roku rozpoczęłam naszą nową tradycję pierogów bez farszu dla niego oraz ze szpinakiem dla mnie. Swoją drogą niejadkowe pierogi zrobiły mega furorę, cała rodzina prosiła o fotorelację, kto wie może powinniśmy to opatentować. Oprócz pierogów jak zawsze pojawiła się kapusta z grzybami, zupa grzybowa, kompot z suszu, mięsko, ciasto czekoladowe oraz sernik. Może nie jest to tradycyjne 12 potraw ale dodając owoce oraz inne słodycze będące w domu to jedzenia mieliśmy aż za dużo.
                   Dodatkowo stałym elementem naszych świąt było składanie klocków lego, które Święty Mikołaj zostawił nam pod choinką. W tym roku pierwszy raz otworzyliśmy je po angielsku, czyli w świąteczny poranek 25 grudnia. Troszkę pomogła nam w tym rodzina bo samą wigilię spędzaliśmy poza domem w związku z czym prezenty dla siebie nawzajem pozostawiliśmy w domu. Dzięki utrzymaniu tej tradycji oboje otrzymujemy prezenty, które bardzo nam się podobają, dodatkowo spędzamy świąteczny czas wspólnie na ich składaniu. 
                 Po całym świątecznym obżarstwie postanowiliśmy wybrać się dzisiaj na krótki spacer i jak przystało na porządnych obywateli uk udaliśmy się po drodze do pobliskiego sklepu zobaczyć wyprzedaże i udało nam się znaleźć kilka perełek. Przepiękną poduszkę z kocim akcentem, kilka kosmetyków, oraz kartki świąteczne które zapewne wykorzystamy w przyszłym roku. Zostaje nam jeszcze obejrzeć film, podjeść jeszcze kilka smakołyków i czas wrócić do normalności, bo niestety ale jutro trzeba iść już do pracy. Póki co cieszymy się smakiem pierników, oraz suszonych owoców. 
Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację z naszych świąt.
Życzę Wam miłego wieczoru do przeczytania! 









sobota, 2 września 2017

NO TO ZAGRAJMY W GOLFA



                      Przyznam się Wam na wstępie, że grę w golfa uważałam za nudną. Był to dla mnie jeden z tych sportów w którym w mojej opinii odbija się nudnie piłeczkę bez żadnego och i ach, jedyne co mogłoby zachęcić mnie do golfa to wpuszczenie mnie na pole z aparatem. Może wtedy biorąc pod uwagę otaczającą zieleń i krajobrazy wydałoby mi się to interesujące. Od dłuższego czasu sprzeczałam się z Niejadkiem w żartach, że owszem pojadę z nim poćwiczyć uderzenia ale będę tylko patrzeć i zapewne się zanudzę. No i pojechałam wypożyczyłam nawet dla siebie kij damski i po krótkim przypatrywaniu się Niejadkowi, uznałam, że wiem już wszystko co jest mi potrzebne by wykonać swoje pierwsze idealne uderzenie. I słowo idealne ma tu dość duże znaczenie, kto mnie zna wie że nie lubię próbować nowych rzeczy, w których nie będę dobra, nie lubię się ośmieszać, że coś mi nie wychodzi. Mam z tym dość duży problem ale że na miejscu nie było zbyt wielu ludzi, wszyscy uderzali prawo-ręcznie więc nie było szansy by ośmieszyć się na oczach pozostałych uczestników. No może tylko przed Niejadkiem ale sam dobrze on wie, że gromki śmiech z mojej porażki może poskutkować groźbą braku obiadu (nie ważne, że nie spełnioną bo jak porządna narzeczona zostawiłaby ukochanego bez posiłku). No i staję w końcu na wyznaczonym polu, naprężam się, wyginam jak ten węgorz, gotowa do skoku niczym Małysz na belce startowej, jednym słowem jestem spięta, zwarta i gotowa. Wyginam śmiało swe ciało i wtem słyszę, że źle, źle, źle. Że niby mam wykręcać kolana, pamiętając by były przy tym zgięte, plecy prostować a kijem to nie drapać się po dupce tylko zakręcić za głową jakoś bardziej z gracją. Gotując się w środku myślę, ja Ci jeszcze pokażę... próbuję raz drugi, trzeci ale zawsze moje ciało jakoś się dziwnie wykręca, ręce tańczą swoje cza-cza a nie pięknego walca jak to w golfie etykieta nakazuje. 
Jednym słowem impas głowa wie (tak jej się wmówiło) co ma robić a ciało ni w dziób nie chce tego wykonać i wtem jak ten grom z nieba, jak to jabłko z drzewa w głowę newtona, wpadliśmy z Niejadkiem na niegłupi pomysł. Mimo, że kij dostałam dla praworęcznych, dla leworęcznych nawet nie było. To spróbowałam zrobić zamach jak leworęczna i bach udało się. Tzn. ja nie oceniam, to Niejadek stwierdził, że w końcu, że za pierwszym razem ciało zgrało się z kijem i wykręciło tak jak powinno. Moja oburęczność zaskoczyła nas ponownie jak widać w golfa to ja jestem leworęczna i już... 
Kończąc to rozwodzenie się o moich początkach z golfem już wypatrujemy kupić mi pierwszy jeden tani kij dla leworęcznych kobiet, zapewne z elementami różu tak dla podkreślenia, że to mój. Pojedziemy ponownie razem poćwiczyć i zobaczyć jak mi będzie szło uderzanie dostosowanym do moich potrzeb kijem. Bo przyznać muszę niechętnie, że spodobał mi się golf. No dobra jego podstawy bo z golfem dzisiejsza przygoda nie miała nic wspólnego. Ale spodobało mi się, nawet ten rytmiczny hałas uderzania piłeczek, otaczająca przyroda, króliki biegające w oddali pola, samo ćwiczenie uderzeń no i fakt, że możemy to robić razem z Niejadkiem, dzięki czemu mamy szansę oboje bywać częściej na łonie natury. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

sobota, 15 kwietnia 2017

DORASTANIE TO PUŁAPKA



             Witam Was serdecznie po krótkiej nieobecności. Zastanawiam się czasem czy tylko ja będąc dzieckiem chciałam tak bardzo dorosnąć? I ilekroć się na tym łapię pytam siebie "Co ci do cholery nie pasowało w tym leżakowaniu..." Oczywiście bycie dorosłym samo w sobie ma mnóstwo zalet, mama czy tata nie mówią nam, że tego lub tamtego nam nie wolno, nie wtrącają się w nasze wydatki. No chyba, że dotyczy to wesela, które w większości opłacanie jest z ich kieszeni. Ale tak poza tym to mamy wolną rękę. Spać możemy iść o której nam się żywnie podoba. Jeść zasadniczo też możemy co chcemy a co nie chce mi się gotować to przez caluteńki tydzień będę jadła zupę z puszki. Dodatkowo jak to czasem bywało za szkolnych lat nikt nam nie mówi jak mamy chodzić ubrani - bo ta sukienka jest za krótka a paznokcie to można malować dopiero w liceum (i tutaj sama powątpiewam czy którakolwiek młoda osoba jeszcze słyszy takie słowa ale trudno, dla dobra wpisu załóżmy że tak) - czyli wszystko zasadniczo brzmi cudownie. Tylko, że wszyscy wiemy, że nie do końca jest tak kolorowo. Z góry zaznaczam to nie jest wpis typu będę Wam tu marudziła aż do końca, chcę się z Wami za to podzielić kilkoma spostrzeżeniami.

              Jak dobrze wiemy niby we wszystko jako dorośli możemy się ubrać ale przecież jako ci sami dorośli pracujemy i w 99% obowiązuje nas określony strój w pracy - pomijając kilka miejsc w których nasz ubiór nie jest istotny - a to zazwyczaj ogranicza znacznie nasze możliwość. Po drugie w pewnym wieku już pewne zestawienia ubrań są nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś czuję się młodo/ma bogate wnętrze/ itp to droga wolna ale zazwyczaj po 25 roku życia wypadałoby bardziej przykładć uwagę do tego jak się wygląda. Dodatkowo niby możemy iść spać o której chcemy ale przecież nikt za nas rano do pracy nie wstanie, wiec nie licząc piątku czy soboty (jeżeli akurat weekend to nasz czas wolny od pracy) raczej chodzenie spać o której chcemy, myśląc o spotkaniach z przyjaciółmi jest ciężkie do osiągnięcia. Jeżeli spojrzeć na nasze wydatki to i owszem w założeniu czysto teoretycznym możemy nasze ciężko zarobione pieniądze wydawać na co zechcemy ale po odliczeniu czynszu, rachunków za prąd, gaz, samochód, internet, telefon, telewizję, oraz codzienne zakupy nie zawsze zostaje tego tyle ile byśmy chcieli.

               I mniej więcej do tego momentu bycie dorosłym mnie zachwyca, wolność wyboru, poczucie odpowiedzialności, możliwość samodzielnego planowania swojego czasu wolnego - to wszystko jest zachwycające. Ale właśnie ten czas wolny w porównaniu do czasu wolnego z czasów szkoły lub co gorsza studiów często mnie dobija. Od jakiegoś czasu uważam, że młodzież ma za dużo wolnego, co później negatywnie odbija się na życiu dorosłym. Od małego uczą nas że na Boże Narodzenie mamy ponad tydzień wolnego, podobnie w Wielkanoc, w międzyczasie są ferie, które dawały dodatkowe dwa tygodnie i oczywiście wakacje letnie dające dwa miesiące wolności. Cudownie przekształcane w trzy miesiące w czasie studiów. Oczywiście osoby łączące pracę ze studiami traciły czas wakacji ale bądźmy szczerzy większość młodych ludzi studiuje dziennie łapiąc te ostatnie chwile wolności. To wszystko za czasów studiów wydawało mi się piękne teraz jednak uważam, że od dziecka bardziej mi to szkodziło niż pomagało. Nigdy nikt nie przygotowywał mnie, iż po rozpoczęciu pracy moje (nie licząc dokładnie) cztery miesiące wolnego w roku zmniejszą się do około 20 dni na cały rok... I tak zazwyczaj na początku czerwca muszę usilnie walczyć ze spadkiem dobrego humoru bo dopada mnie syndrom straconych wakacji. Dobija mnie myśl o konieczności planowania zaledwie 20 dni na wszystkie ważne okazje w roku dla mnie i Niejadka i jak bym się nie starała nie da się tego pogodzić tak by być w 100% zadowolonym. Możliwe że nasi rodzice czy dziadkowie łatwiej przetrwali ten okres przechodzenia w dorosłe życie ponieważ po szkole mieli dużo więcej obowiązków w domu, dzięki czemu nie mieli aż tyle wolnego co moje pokolenie. Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że to właśnie nasze pokolenie jako jedno z pierwszych sobie z tym nie radzi, aż boję się co będzie z kolejnymi, które mają mniej obowiązków dzięki bezstresowemu wychowaniu. Jestem ciekawa czy i wy macie takie rozterki utraconych wakacji i oczywiście jak sobie z nimi radzicie. Możliwe, że niektórzy z czytających ten wpis dopiero uświadomią sobie, że też mają ten syndrom wakacyjnego spadku nastroju. 


        Powoli kończę moje rozważaniu o dorosłości, jeżeli wpis jest nieskładny to wybaczcie ale pisałam go na dwie raty więc możliwe, że gdzieś zgubiłam wątek :P 


       Dodatkowo wszystkim czytelnikom chciałabym życzyć spokojnej Wielkanocy, życzę Wam odpoczynku, radości, miłości oraz dużo słońca i ciepła za oknem. Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania. 

                   

sobota, 25 marca 2017

PIERWSZY ROK W WIELKIEJ BRYTANII


                         Dokładnie rok temu przybyliśmy do Wielkiej Brytanii, późnym wieczorem byliśmy na miejscu, z lotniska odebrał nas kuzyn Niejadka ze swoją narzeczoną, wtedy były to da mnie ledwo znane osoby, po roku zajmują ważne miejsce w moim sercu przeznaczone dla rodziny. Bo tak właśnie ich traktuję. Przyjeżdżając tutaj nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, nie mieliśmy nic załatwione, jedynie cudowne i przytulne miejsce do spania z wspaniałymi, troskliwymi gospodarzami. Jedyne co wiedzieliśmy, że jak my nie damy rady, to nikt inny nie da. Przekonani o wzajemnym wsparciu oraz szaleńczym zawzięciu by nam się udało dotarliśmy w piękną okolicę, którą teraz po roku oboje nazywamy domem, naszym miejscem na ziemi. 
                        Zacznijmy jednak od początku. Jakieś kilka miesięcy przed wylotem wpadliśmy na pomysł, że może by tak zamieszkać w innym kraju, gdzieś gdzie życie jest spokojniejsze, wynagrodzenie adekwatne do wykonywanej pracy, ludzie są szczęśliwsi a okolica będzie nadal zielona. Dość szybko pomyśleliśmy o Anglii, mieszka tutaj rodzina Niejadka, a to bardzo dobra informacja myśląc o starcie w nowym miejscu, o którym prawie nic nie wiemy. Dodatkowo obowiązujące tu prawo jest normalniejsze, ceny o niebo przystępniejsze, po porównaniu kilku czynników szybko podjęliśmy decyzję gdzie jedziemy. Zajęło to nam mniej więcej tyle co wypicie jednej kawy. Ale osoby, które mnie znają wiedzą, że decyzje podejmuję stosunkowo szybko. Po kilku tygodniach mieliśmy już przygotowaną listę rzeczy do zabrania, oraz listę rzeczy do zrobienia przed wylotem. Jeżeli jesteście jej ciekawi dajcie znać, chętnie opiszę ją w innym poście. Po załatwieniu wszystkich rzeczy oraz po zakupieniu prawie wszystkiego co powinniśmy (jak się okazało na miejscu nasza lista była niedoskonała, po czasie udoskonaliłam ją dość mocno) zaczęliśmy się pakować. Samo pakowanie przysporzyło nam trochę zabawy bo jak szybko się okazało 3 walizki na dwie osoby to za mało nawet gdy bierze się tylko te najpotrzebniejsze rzeczy. Dość szybko dokupiliśmy 4 walizkę bo bez niej nie spakowali byśmy się nigdy. Mimo wybrania tylko najpotrzebniejszych rzeczy nie byliśmy w stanie się spakować. Po dokupieniu 4 walizki, spakowaniu naszych rzeczy, dopakowaliśmy rzeczy zakupione dla naszych gospodarzy - statystycznie wódka, papierosy i pasztet ze śliweczką - tak spakowani byliśmy gotowi do odlotu. 
                       Po naszym przylocie spędziliśmy wspólnie Wielkanoc, później kilka dni spędziliśmy na zwiedzaniu, porównywaniu cen i odpoczywaniu lub jak kto woli obijaniu się. Ale jak wiadomo wszytko co dobre szybko się kończy. Przyszedł czas na znalezienie pracy, zadanie to wykonaliśmy dość szybko, dość szybko zaleźliśmy też wymarzony domek. Oczywiście tak jak oglądane wcześniej domy bywały straszne to tak, również pierwsza praca nie była idealna. Ale była, dobra na początek dała nam możliwość opłacenia rachunków oraz zakupu jedzenia. Dość szybko zmieniliśmy pierwszą pracę, zresztą zmienialiśmy ją kilkukrotnie z różnych powodów. Za to w wynajętym domu pozostaliśmy dłużej, znajdował się on w spokojnej okolicy, sąsiedzi byli przemili, jedyne co na mały minusik to odległość od pracy. Ale jak postanowiliśmy szukaliśmy plusów w minusach i tak dzięki dalekim odległościom do pokonywania bardzo szybko kupiliśmy samochód oraz dodatkowo rower, który znacznie ułatwił mi dojazd do pracy. Po zakupie samochodu rzeczy takie jak zakupy czy dojazd do pracy stały się dla nas przyjemności a dodatkowo mogliśmy w końcu zwiedzać okolicę na własną rękę co było dla nas ogromnym ułatwieniem i dawało nam zawsze dużo radości. Czas mijał, nasi współlokatorzy się zmieniali my trwaliśmy w tym samym domku. Z czasem ja dostałam się do IKEA gdzie jestem do teraz. Swoją drogą bardzo chwalę sobie to miejsce pracy, bardzo mili ludzie, dużo się tutaj nauczyłam, wiem, że jeszcze trochę w tym miejscu zostanę. Niejadek od dłuższego czasu też ma tą samą pracę, więc z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nasze życie tutaj jest stabilne. Dużo spokojniejsze, przepełnione szczęściem i radością. I nie twierdzę, że nie można swojego miejsca na ziemi zbudować w Polsce, zapewne można ale my wybraliśmy jednak inny kraj, jest nam tu dobrze, jak wszędzie bywają trudniejsze dni czy sytuacje, jednak w ogólnym rozrachunku wyszedł nam ten wyjazd na dobre. Po roku w Anglii nasze plany są bardziej sprecyzowane, obecnie myślimy nad zakupem domu, kupieniu kota, pobraniu się oraz założeniu rodziny. Jesteśmy pewni, że całego tego planu nie zrealizujemy w kolejnym roku ale jednak poczynimy pewne kroki by być tych marzeń bliżej. Jedno jest dla nas pewne wszystko jest możliwe, trzeba tylko bardzo tego chcieć. A my bardzo chcemy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 

środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!




piątek, 10 lutego 2017

"30 RZECZY DO ZROBIENIA PRZED 30" CZYLI URODZINOWE PRZEMYŚLENIA


        Jakiś czas mnie nie było ale już jestem z nowym wpisem i kolejnymi pomysłami na wpisy więc mam nadzieję, że będziemy w regularnej interakcji. Kilka dni temu miałam urodziny pomysł na ten wpis narodził się już kilka miesięcy temu ale jakoś brakowało czasu na jego realizację. Dodatkowo urodziny spędziłam w Polsce co wpłynęło znacząco na ciszę na blogu. Jednakże już wróciliśmy z Niejadkiem do domu, (nadal jesteśmy zmęczeni bo urlop w Polce urlopem nie jest ale o tym w jednym z kolejnych wpisów) więc mam teraz więcej czasu na pisanie. 
        Urodziny to ważny dzień w życiu każdego z nas, niezależnie czy lubimy je obchodzić z znajomymi czy tylko z najbliższymi. Niektóre z urodzin wydają się bardziej znaczące niż inne i tak też narodził się pomysł na ten wpis. Chcąc nie chcą zbliżam się do trzydziestki. Jeszcze kilka lat temu ta myśl mnie przerażała bo czułam, że ucieka mi młodość, czas na beztroskie popełnianie błędów i upijanie się z koleżankami.Teraz podchodzę do trzydziestki całkowicie spokojnie nawet się na nią cieszę. Może to dlatego że od osiemnastki minęło prawie dziesięć lat? Sama nie wiem. W ostatnim roku bardziej doceniam "teraz" nie planując aż tak tego "później" bo zbyt dobrze wiem co świat robi z naszymi planami, zazwyczaj śmieje się nam w twarz, bo sam zaplanował nam zupełnie coś innego. 
To nie tak, że nic nie planuje, bo owszem planuję ale trochę w inny sposób, staram wyznaczać się sobie cele do których sama bądź z Niejadkiem pragnę dążyć. I tym też jest ta lista na najbliższe 3 lata. Czy uzbieram 30 pozycji dzisiejszego wieczoru. Szczerzę wątpię, myślę, że dobrze jest zostawić puste miejsca, tak by wypełnić je w trakcie tych trzech lat. Jeżeli nie uda mi się wypełnić wszystkich celów to nic się nie stanie. Myślę jednak, że dobrze wyznaczać sobie cele tak by nie zastać się za długo w jednym miejscu. Jesteście gotowi na moją listę? Jeżeli tak to zapraszam poniżej.


  1. Rozwinąć swój angielski
  2. Pisać wpisy dla was w dwóch językach (po polsku i angielsku)
  3. Pisać na blogu bardziej regularnie (na początek jeden wpis w tygodniu)
  4. Nauczyć się trzeciego języka (najprawdopodobniej niemiecki w końcu uczyłam się go wiele lat)
  5. Czytać więcej książek 
  6. Bardziej rozwinąć się w jodze (i nie chodzi tu by być bardziej rozciągniętą niż znajomi, chodzi mi bardziej o to błogie uczucie szczęścia w trakcie każdych zajęć)
  7. Nauczyć się medytować
  8. Bardziej dbać o swoje zdrowie
  9. Nauczyć się lepiej gotować (wiem Niejadku, że dobrze gotuje, ale dobrze się rozwijać i uczyć nowych rzeczy)
  10. Zwiedzać świat ten bliski i daleki z Niejadkiem (przyznam się wam, że podróżowanie z drugą osobą nigdy nie było tak przyjemne jak jest z Niejadkiem)
  11. Nauczyć się jeździć samochodem w UK (w Polsce jakoś to szło, tutaj cóż jeszcze długa droga do celu)
  12. Rozwijać się w pracy, co nie jest łatwe zważając na moją niecierpliwość
  13. Wyprowadzić się na swoje (bo bardzo dobrze mieszka się z współlokatorami ale cudownie byłoby mieć swój dom, swoje stałe miejsce)
  14. Zostać mamą
  15. Zostać żoną Niejadka
  16. Pogodzić się ze swoimi wadami i błędami (tutaj jestem na dobrej drodze ale jak na wszystko trzeba długo pracować, to na akceptację samej siebie myślę, że poświęcę jeszcze dużo czasu)
  17. Nauczyć się doprowadzać sprawy do końca (należę do osób mających dużo pomysłów, wiele z nich zaczynam realizować, niestety większość z nich nigdy nie doczekało się dokończenia)
  18. Dbać o swoją małą dwuosobową rodzinę jeszcze bardziej (i to nie tak, że reszta rodziny jest mniej ważna, dbam o nich równie mocno, chodzi tu głównie o pamięć o tym co jest w życiu ważne)
  19. ...
             Tak jak myślałam na ten moment nie jestem w stanie ukończyć tej listy a z biegiem czasu będę ten wpis aktualizowała o kolejne pozycje, tak by po trzydziestce móc usiąść przeczytać ten wpis i zastanowić się co z tej listy udało mi się zrealizować. Co było zbędne, a o czym zapomniałam. Jestem ciekawa czy wy macie swoje listy do wykonania przed jakimś terminem (i nie myślę tutaj o listach w pracy). Będzie mi bardzo miło jeżeli podzielicie się nimi ze mną w komentarzach.

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!

poniedziałek, 23 stycznia 2017

OSTATNI TYDZIEŃ


                Ostatni tydzień minął mi pod znakiem nauki i egzaminów. I to na własne życzenie. Postanowiłam rozwinąć swoje kwalifikacje w pracy i spróbować zająć się zadaniami z zakresu pierwszej pomocy. Początkowo mój entuzjazm sięgał najwyższych szczytów górskich ale z biegiem i rozwojem zajęć zaczęłam uświadamiać sobie ile pojęć i zadań kryje się pod tym jakże pięknie brzmiącym FIRST AIDER. Ale co tam na zajęciach nie byłam sama więc grupowo się wspieraliśmy i jakoś nam to nawet zgrabnie poszło. W czwartek dotarliśmy to dnia egzaminów, zdaliśmy test pisemny i przeszliśmy to praktyki która, przyznam była na prawdę realistyczna, zaproszone osoby miały sztuczne skaleczenia okraszone sztuczną krwią a w połączeniu z ich krzykiem, lamentem człowiek porządnie się stresował. I mimo, iż dobrze wiedziałam, że to udawanie to starałam się zawijać poszkodowanego najdelikatniej jak mogę. Co w tym przypadku nie wiem czy świadczy o mnie najlepiej bo dałam się ponieść emocją. Jednak liczę, że jak w większości przypadków doświadczenie i opanowanie przyjdzie z czasem. Po powrocie do domu w czwartek przespałam całe popołudnie odreagowując stres. Na domiar złego okazało się, że zamówione przeze mnie książki dotarły do domu godzinę przede mną a co za tym idzie musiałam odebrać je z głównego punktu poczty bo biedne nie zmieściły się w otworze w drzwiach. Na szczęście udało się nam znaleźć czas w sobotę by je odebrać i mogę już spokojnie oddawać się czytaniu. Uwielbiam czytać, powiem więcej zawsze myślałam, że czytam dość dużo i dość szybko ale jak się okazało przy Niejadku wypadam na małego ślimaczka, który owszem dziarsko pnie się do mety ale jednak zostaje w tyle za innymi. I tak w tym roku przeczytałam już dwie książki, jestem w połowie trzeciej a Niejadek kończy już czwartą. Nie przejmuję się jednak tym za bardzo bo czytanie to dla mnie odskocznia od szybkiego tempa życia to czas na kawę lub herbatę, kocyk, jednym słowem odpoczynek. Myślę, że warto poszukać czegoś co pozwala nam się rozluźnić po pracy, po obowiązkach domowych czy zakupach.


            Co do zakupów to zrobiliśmy je w sobotę, łamiąc naszą umowę, że w sobotę to ew. po chleb na szybko można wyskoczyć. I tak namówiłam Niejadka do sobotnich zakupów, wiecej nadal są wyprzedaże i lodówka może jeszcze nie pusta ale jednak miło było by mieć większy wybór. Przyznam się Wam tak szybko jak wpadłam na ten genialny pomysł tak samo szybko zaczęłam go żałować. Nie żeby Niejadek był jakoś bardzo nieznośny, był raczej jak w każdą sobotę na zakupach, głodny, za dużo mu ludzi wokoło, za długie kolejki itp. nawet lubię go czasami w tym stanie bo przypominam sobie że kocham jego wszystkie wcielenia nawet tego małego marudę, który potrafi czasami dopiec. Na całe szczęście w momencie w którym uświadomił sobie jaki jest nieznośny uspokoił się i akurat wracaliśmy do domu. W domu jak to w domu, sprzątanie, gotowanie sami wiecie. Macie dzień wolny a jakoś tak odpocząć trudno. Dlatego też namawiam Was do zrobienia planu dnia na sobotę i niedzielę. I nie zalecam tu planu godzinowego. Rozpiszcie sobie co musicie zrobić, co chcecie zrobić lub ile chcecie nic nie robić. I tak dzięki takiemu planu przy śniadaniu szybko ustalicie kto czym się zajmie by później po wykonaniu wszystkich zadań mieć jeszcze trochę czasu dla siebie. Wraz z Niejadkiem nasz wolny czas zazwyczaj poświęcamy grze na konsoli lub czytaniu, w cieplejsze dni dokładamy spacery, bieganie, lub zwiedzanie okolicy. Dzięki czemu nasze wolne dni nie wydają nam się przeładowane zadaniami i jednak udaje nam się w nie trochę odpocząć. 
                Zbliżając się do końca tego wpisu chciałabym złożyć najlepsze życzenia wszystkim babcią i dziadkom, dużo zdrowia i uśmiechu.
                Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania! 



piątek, 13 stycznia 2017

KAŻDY MA CZASEM GORSZY DZIEŃ


                       Każdego z nas to czasem dopada, jednych częściej niż innych ja mam nadzieję, że należę do tej grupy, którą dopadają one rzadziej. Mowa o gorszych dniach. Czasami budzimy się i zanim wstaniemy z łóżka wiemy, że to nie jest nasz dzień - nawet nie trzeba lewą nogą wstać z łóżka; od otwarcia oczu wiemy co jest grane. Też je czasem mam, zazwyczaj gdy w nocy dopadają mnie koszmary - a tyle razy mówiłam sobie - nie jedź tylu ciastków na noc bo będą koszmary - ale nic. Ryzykuje wciągając całą ich paczkę, licząc że przyśnią mi się tylko obłoczki i baranki. Budzę się rano i już wiem, że to nie mój dzień. Herbata z cytryną jest za kwaśna, ciaski za mało słodkie, ulubiony obiad smakuje nie tak, drapanie po pleckach nie takie jak powinno i tak dalej. Zdaję sobie sprawę, że takie nastroje nie są niczym złym, staram się jednak pamiętać by nie zepsuć przy okazji dnia Niejadkowi. Wybacz kochanie jeżeli nie zawsze mi to wychodzi. Dodatkowo staram się przekuć taki dzień w lepszy. Jeżeli nie idę do pracy to zazwyczaj układam sobie listę rzeczy do zrobienia w domu, zazwyczaj jest ona tak długa, że nie udaje mi się jej wykonać ale jednak zajmuje mi czas i odpędza pochmurne myśli. Zazwyczaj robię pranie, nie wiem co w tym praniu jest ale zapach czystych ubrań rozwieszanych na suszarce mnie odpręża, później biorę długą gorącą kąpiel, myję włosy by później więcej czasu zajęło mi doprowadzenie się do stanu używalności. Zazwyczaj się mocniej nie maluję, uważam, że naturalność jest dobra, wystarczy dobry krem do twarzy lub lekki makijaż. W swoje złe dni jednak bardziej przykładam wagę do wyglądu więc zazwyczaj robię staranny makijaż - nadal nie za mocny ale jednak widoczny - widok zadbanej siebie w lustrze poprawia mi humor. Staram się też znaleźć czas dla siebie, nadrabiając czytanie blogów lub książek na które w codziennym pędzie nie mam czasu. Jeżeli to wszystko nie pomaga tak jak powinno szukam pomocy w naturze, spacer lub siedzenie z nosem w oknie i patrzenie w niebo zawsze pomaga. Tak często nie zwracamy uwagi na pogodę, mówimy dziś jest brzydko bo pada a ja w te dni szukam tęczy lub liczę na piękny zachód słońca. Gdy po złym dniu uznaję, że nie był on najgorszy szykuję wisienkę na torcie. Mianowicie przytulaski, uwielbiam po trudnym dniu (co ja mówię codziennie to uwielbiam) wtulić się w Niejadka, schować się w jego ramionach, poczuć zapach jego skóry. Jest to nasz rytuał o którym nie zapominamy (przed czytaniem książek, oglądaniem filmów w necie i pójściem spać) pamiętamy, że po każdym dniu dobrze jest poczuć bliskość drugiej osoby tak po prostu, zwyczajnie. Jestem ciekawa jakie są wasze sposoby na ciężkie dni kto wie może macie jakieś lepsze od moich. :) 
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

niedziela, 1 stycznia 2017

NOWY ROK TA SAMA JA


                 Macie takie wrażenie, że ostatnio bardzo modne zrobiły się postanowienia noworoczne? Często tworzy się je z nastawieniem, że i tak się ich nie wykona, bo przecież na fb musi być widać, że nowy rok, nowa ja itp. Od stycznia większość siłowni jest przepełniona a trwa to zazwyczaj do końca lutego maksymalnie do połowy marca, ludzie prześcigają się kto jak się zmieni. Ten schudnie, ta będzie więcej czytała, tamten poświęci więcej czasu rodzinie a tamta zacznie medytować. 
                 Dla mnie to jakaś kpina, nie wierzę by magicznie ta jedna noc zmieniła moje podejście do życia lub inaczej by należało czekać do końca roku i na początku następnego nagle zacząć żyć inaczej, lepiej tak by znajomy mógł nam zazdrościć noworocznej przemiany... Dlatego też odważnie już od kilku lat nie mam żadnych postanowień, nowy rok ta sama JA. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta, założyłam swojego czasu, że od dziś jestem najlepszą wersją siebie dla siebie nie dla innych. Nie żebym nie starała się być najlepszą sobą dla Niejadka, oczywiście, że mam to na uwadze. Jednak mimo wszystko (jaka jestem stara zaczynam się mądrować...) wychodzę z założenia "jeżeli ja nie będę ze sobą szczęśliwa, jeśli siebie nie polubię to nikt tego nie zmieni, ja nikogo nie uszczęśliwię". Więc staram się akceptować siebie dzięki czemu Niejadek ma mnie w mam nadzieję miłym, troskliwym ale wiedzącym czego chce wydaniu.  I tak cały czas uczę się lubić w sobie tą Małą.Mi, która jasno wyznacza sobie granice, nie przejmuje się światem, jedynie najbliższymi, uwielbia czekoladę, czasem przesadzi z alkoholem, jest wybuchowa, wredna i niemiła i przyznam Wam się ciężko jest ciężko tak akceptować siebie cały czas. Ale widzę w sobie swoje dobre cechy: jak wielkie serce dla najbliższej rodziny i znajomych których traktuję jak rodzinę. Dzięki takiemu podejściu jestem lwicą broniącą swojego stada, polującą na to na co ma ochotę, nie tracąc energii na osoby postronne. Jakby na to nie spojrzeć możliwe, że kilka lat temu miałam postanowienie noworoczne typu wyluzuje, skupię się na tym co ważne dla mnie i na tym co chcę robić i tak trwam w tym jednym postanowieniu już lata. 
             Pracując nad sobą raz mocniej, raz mniej. W zależności od samopoczucia ale staram się by na pracę nad sobą nie miało wpływu otoczenie. Tego Wam też życzę, jeżeli chodzi za Wami myśl by coś postanowić to zastanówcie się czy lubicie siebie i tu powinny zacząć się ewentualne zmiany. I nie dotyczy to tylko wyglądu, ale głównie waszej osobowości czasami wystarczy sobie tylko odpuścić, odsunąć osoby lub rzeczy które nas niszczą, gaszą nasze gwiazdy w oczach, tworzą z nas pustą czarną dziurę. Wiem to trudne bo każdy lubi swoją bezpieczną przystań niezależnie jak ocieka wewnętrznym nieszczęściem. Bo zawsze milej wiedzieć ile wpłynie na nasze konto bankowe, jakie są godziny naszej pracy lub z punktu osobowego lepiej mieć z kim obejrzeć film (chociaż samemu wybrałoby się może coś innego), zjeść obiad czy po prostu lepiej śpi się z kimś niż samemu. Ale to do nikąd nie prowadzi, siedząc puści w środku w tym samym miejscu nie będziecie szczęśliwi. Warto czasem podjąć ryzyko, opuścić bezpieczną przystań i dla przykładu rzucić pracę która nas wkurza, w końcu zawsze można iść pracować do McDonald's lub do IKEA (gdzie akurat w moim przypadku jest to na ten moment wyczekane miejsce pracy) do czasu aż znajdzie się swoje miejsce. Czasem lepiej zakończyć związek, który i tak sami od dawna skazaliśmy na przegraną ale nadal w nim tkwimy bo tak łatwiej. Czasem lepiej być jakiś czas samemu by spotkać kogoś dzięki któremu będziemy lepsi dla siebie i innych. W których może uda się Wam znaleźć odbicie samego siebie, podobne plany życiowe, marzenia o podróżach, rodzinie. Nie żebyście musieli mieć swojego klona, dla przykładu mnie rozluźnia słuchanie rapu, w trakcie jego słuchania najlepiej mi się pisze a Niejadek nie jest go w stanie znieść. Nie przeszkadza mi to bo nigdy nie chciałam być ze samą sobą. Mam wrażenie, że w dzisiejszym wpisie płynę po temacie rzucając tematami jak magik sztuczkami. Jeśli tak jest to wybaczcie ale mam tak z tematami które zahaczają o psychologię, poglądy na świat i życie. Postaram się skupić na jednym i doprowadzić ten wpis zwarcie do końca.
                  Wracając do postanowień noworoczno-życiowych jeżeli macie co do nich plany to proszę nie zmuszajcie się do zmiany całego siebie, wierzę że odpuszczając sobie bycie najlepszym we wszystkim na raz wystarczy na początek, później można zastanowić się czego nam w sobie brakuje i powoli to wprowadzać a jak się nie uda to trudno macie przed sobą całe życie a nie ten jeden rok. Pamiętajcie o tym. Jeżeli mogę Wam czegoś życzyć na ten nowy rok to życzę Wam odpuszczania sobie, nie wymagajcie od siebie zbyt wiele bo nikt nie jest idealny, życzę Wam byście nauczyli się nie przejmować się całym światem i jego opinią, życzę Wam skupienia się na rzeczach ważnych oraz małych dających Wam najwięcej szczęścia. Dla mnie to na przykład wieczorna herbata i patrzenie w niebo, słuchanie wiatru bycie tu i teraz a nie trwanie w planach. Co ma być to będzie, czas może pokazać, że plany zmienią się jak kalejdoskop. Życzę Wam uśmiechu i radości takiej na co dzień oraz mniej smutku. Ten świat jest i tak już dosyć smutny może postanowimy sobie razem więcej się uśmiechać do siebie w lustrze i do innych np na ulicach czy w autobusach? Co wy na to? 

Kończąc ten wpis życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH



         Wybaczcie mi brak obecności przed Świętami ale okazało się, że samodzielne przygotowywanie Wigilii (tzn. gotowałam ja nie mama) jest dość pracochłonne. Co w połączeniu z pracą okazało się nie lada wyzwaniem. W piątek udało mi się zamienić z kolegą i skończyć o 18:30, szybko przejechałam rowerem do domu, wskoczyłam pod prysznic, wypiłam kawę i zaczęłam gotować. Wszystkie przepisy wysłała mi mama więc miałam czym się posiłkować. Na naszej Wigilii zagościły pierogi z kapustą i grzybami, kapusta z grzybami, zupa grzybowa, makiełki, kompot z suszu oraz indyk, którego przygotowywał Niejadek. Sama nie myślałam, że gotowanie zajmie mi aż tyle czasu, tego dnia gotowałam do 2:30 i skończyłam o tej godzinie tylko dlatego bo zaraz po pracy dzielnie pomagał mi Niejadek. Ucierając warzywa na zupę, oraz pomagając w zmywaniu. Przyznam się Wam, że przygotowywanie Wigilii było męczące ale we dwójkę było bardzo przyjemne. Dzięki czemu czas minął nam szybko a zmęczenie nie było tak dokuczliwe. 


                 Po kilku godzinach gotowania pozostało nam położyć się do łóżka, wyspać odrobinę i od rana szykować się dalej. Po śniadaniu zabraliśmy się za sprzątanie i dokończenie potraw dzięki czemu po wspólnej pracy, pozostało nam trochę czasu na spokojny prysznic i wyszykowanie się do kolacji. Do samej kolacji zasiedliśmy z 40 minutowym opóźnieniem bo jak się okazało z współlokatorką przeliczyłyśmy nasze umiejętności podgrzania wszystkiego na czas. Dzięki temu przygotowania minęły nam na zabawnej i radosnej atmosferze. Gdy jedzenie było gotowe połamaliśmy się opłatkiem życząc sobie tego co najlepsze, na szybko zrobiliśmy wspólne zdjęcie przy choince (teraz tylko trzeba je wywołać i będzie zdobić nasz salon) po czym zasiedliśmy do stołu by spałaszować naprawdę dobrą kolację. Jedyne co nie wyszło tak jak miało to pierogi, które wyszły bardziej jak kopytka z dodatkiem nadzienia w środku, dodam, że z tego faktu najbardziej był zadowolony Niejadek, który nie przepada za farszem, więc z przyjemnością zjadł pierogi z zbyt dużą ilością ciasta.



              Po kolacji wprowadziliśmy nietypową tradycję, mianowicie zamiast zabrać się za otwieranie prezentów, kawę i ciasta, postanowiliśmy pozmywać by mieć przyjemniejszy poranek. Później nastał czas na kawę oraz ciasto czekoladowe i makowiec. Idealne zestawienie. Po kolejnej dawce obrzarstwa nadszedł czas na utęsknione prezenty. Wraz z współlokatorami ustaliliśmy sobie budżet na małe podarki dzięki czemu mogliśmy się cieszyć dodatkowymi prezentami. I przyznam, że mimo ich nisko-budżetowości wszyscy się z nich cieszyli (mam przynajmniej taką nadzieję). W moim przypadku był to przeuroczy chodzący renifer, który śpiewa świąteczną piosenkę. Cieszyłam się jak małe dziecko, męcząc wszystkich słuchaniem jego śpiewania przez resztę wieczoru. Dodatkowo okazało się że z Niejadkiem kupiliśmy sobie prezent w tym samym sklepie, mianowicie obdarowaliśmy się lego! Wspólne budowanie naszych prezentów w pierwszy dzień Świąt tak nam się spodobało, że spróbujemy wprowadzić to jako coroczną tradycję. Pod choinką czekało na nas nadal kilka podarków, z których szczególnie jeden wprowadził mnie w niemałe zdumienie. Mianowicie nagle okazało się, że mam jeden prezent za dużo, a za tym prezentem krył się szczery uśmiech Niejadka. Nie czekając długo zabrałam się za jego otwieranie. Jak się szybko okazało zawierał on mikro-zemstę za nadmiernie zapakowany przeze mnie prezent mikołajkowy. W pierwszym pudełku kryły się jeszcze dwa mniejsze, przestrzeń między pudełkami skrywała wnętrze poduszki imitujące śnieg. Na każdym pudełku znajdywałam kolejny bilecik który zmierzał do pewnego pytania związanego z ostatnim pudełeczkiem Przyznam się Wam, że po przeczytaniu ostatniego bileciku jednocześnie zgłupiałam i byłam bardzo szczęśliwa (myślę, że w tej sekundzie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie). Ostatni bilecik pismem Niejadkowym zapytał czy zostanę jego żoną. Oczywiście zgodziłam się i od teraz Święta, które należały do moich ulubionych dni w roku, stały się jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej wyczekiwane. 




                    Wieczór zakończyliśmy wspólną grą karcianą, zakrapianą winem, przepełnioną gromkim śmiechem w przyjacielskiej atmosferze, bez pośpiech czy zazwyczaj wszechobecych zgrzytów rodzinnych. Dla mnie te Święta były dość krótkie bo dzisiaj byłam już w pracy, na szczęście jestem już w domu dzięki czemu mogłam do Was napisać i podzielić się z Wami opowieścią Wigilijną Niejadków. Jeżeli mogę mieć dla Was jakieś rady po przygotowaniu pierwszej Wigilii to na pewno nie warto przygotowywać na siłę 12 potraw. Nam było łatwiej gotując w dwie pary uzbierało się tego trochę. Jednak myślę, że gdy będziemy gotować tylko dla siebie to ugotujemy tylko te ulubione. Ponieważ nie warto szykować zbyt wiele ponad siły, nie potrzebnie tracąc wspólny czas na odpoczynek i przeżywanie ducha Świąt. To samo tyczy się porządków, miło gdy uda nam się odkurzyć pomieszczenie w którym będzie Wigilia, uszykować obrus, zastawę ale sprzątanie w stresie na siłę nie ma sensu - uwierzcie mi na słowo. Myślę, że do kolejnych Świąt przy opiswaniu dla Was przepisów świątecznych dodam jeszcze kilka rad. Póki co wracam do Niejadka cieszyć się świętami. 
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 






niedziela, 18 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA "2"



                        Przyznam, że ostatni wpis nie krzyczał radością ale był to swoisty protest młodej kobiety która stoi przed dość trudnym wyborem: inwestować w wiedzę czyli karierę czy w najbliższych i planowanie rodziny. Sam wpis moim zdaniem posiadał nutkę humorystyczną ale możliwe, że jedynie ja ją zauważyłam bo pisałam o sobie. 
                        W zasadzie to nie żałuję pójścia na studia, nauczyły mnie one bardzo dużo, nie tylko z zakresu ekonomii ale również o samej sobie. Przede wszystkim walki o rzeczy i osoby na których mi zależy. I jest to dość ważna umiejętność gdy na Twoim roku studiuje mnóstwo osób. Dzięki studiom posiadłam wiedzę z zakresu psychologi dzięki czemu łatwiej mi postępować z ludźmi, nie mówiąc już o wiedzy ekonomicznej dzięki, której łatwiej poruszać się w codziennym świecie. Poprzedni wpis nie zakładał również, że da się pogodzić rodzinę oraz rozwój zawodowy. Po dłuższym przemyśleniu tematu wydaję mi się, że jest to możliwe. Zakładam, że nie będzie tak idealnie by jednocześnie być osobą zarządzającą innymi a dodatkowo spełnioną mamą dwulatka. Liczę jednak, że uda mi się znaleźć sposób by po powrocie do pracy nadal się rozwijać, być wartościowym pracownikiem a nie mamą na pół etatu. 
                       Duże znaczenie ma tu nastawienie. Jeżeli z góry założy się przegraną to nie warto startować w wyścigu. A biorąc pod uwagę fakt, że planujemy z Niejadkiem powiększenie naszej radosnej dwuosobowej gromadki o jeszcze dwa m&m-sy to dobrze nastawić się pozytywnie na najbliższe lata. Zacząć muszę od siebie, bo Niejadek ma dużo pozytywniejsze nastawienie niż ja. Możliwe, że wynika to z faktu iż jego rozwój zawodowy jest mniej zagrożony. 
                      Naszą wspólną zmianę nastawienia zaczynamy od teraz dzięki czemu, gdy postanowimy starać się o potomstwo będzie nam dużo łatwiej a dodatkowo nie warto niczego odkładać na później. Zaczęliśmy od ustalenia faktu, iż nie chcemy być niedzielnymi rodzicami, czyli nie robimy kariery kosztem rodziny - i nie piszę tu tylko o dzieciach ale również o naszej dwójce. Po drugie będziemy siebie wspierać i po równo wypełniać obowiązki domowo - rodzinne, czyli w zasadzie nic się nie zmieni w tej kwestii bo już teraz całkiem dobrze sobie z tym radzimy. Umówiliśmy się również, że zarówno przed, w trakcie jak i po samej ciąży Niejadek będzie mi pomagał rozwijać moje pasje oraz podnosić lub utrzymywać na bieżąco umiejętności potrzebne do pracy dzięki czemu po powrocie z macierzyńskiego nie wypadnę z obiegu.I najważniejsze w tym zestawieniu, wiem, że Niejadek będzie świetnym tatą, ma ogromne poczucie humoru, nieskończone pokłady troski i opiekuńczości dla najbliższych, ogromne kochające serce a do tego potrafi być stanowczy, można na nim polegać w trudnych momentach a także zna się na sprawach domowo - budowlano - elektronicznych wyśmienicie co daje już teraz dla mnie zestawienie idealnego przyszłego męża i jestem pewna, że te wszystkie cechy stworzą z niego idealnego tatę i wzór do naśladowania. 
                      Mam nadzieję, że wszystkich zaniepokojonych poprzednim wpisem uspokoiłam troszeczkę tymczasem miłego wieczoru i do przeczytania  

poniedziałek, 12 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA




                  Gimnazjum to były piękne czasy człowiek nie wiedział co chce robić w życiu. On po prostu był tu i teraz nie martwiąc się zbytnio jutrem. I byli też rodzice którzy w całym swoim przekonaniu z dobrymi intencjami dbali o dobre wykształcenie tego człowieka. I tak ganiali za każdą pałę z matmy czy biologi opowiadali o tym, że uczymy się dla siebie (czyli w założeniu na samych 2 dla samego siebie dałoby się przeżyć) ale jednak mamy mieć dobre stopnie bo liceum a potem to i studia czekają. Przy rodzinnym stole większość takich młodych ludzi w oczach swojej rodziny była magistrami / inżynierami z dobrze płatną pracą, no ewentualnie myśleli że może ten ciołek skończy chociaż licencjat i będzie wstanie zarobić na siebie. Jednym słowem zanim młody człowiek zrozumiał co chce robić w życiu miał już to życie zaplanowane. I każde zdanie przy obiedzie, że może jednak pójdę do technikum odbijało się, nie lepiej nie, tam nie ma przyszłości, tylko liceum Ciebie dobrze wykształci a potem to już studia i będziesz szczęśliwym człowiekiem. Znacie to skądś? 
                 U mnie było podobnie, nie żebym nie była wdzięczna moim rodzicom za ich zapał, w sumie to należałam do osób lubiących mieć dobre oceny i nie że lubiłam się uczyć, ja po prostu uwielbiam być najlepsza co jest też moją wadą częściowo, bo nie umiem odpuszczać. Ale wróćmy do tematu. Idąc do liceum nie miałam pojęcia co chce robić w życiu, ba napiszę więcej nie wiedziałam czym jest życie. Bo co może wiedzieć 13 letnia gówniara o tym jak wygląda codzienność dorosłego. Więc idąc do liceum wybrałam klasę bez dużej ilości matmy (bo jej nie dzierżyłam - zawsze uważałam, że jedyne co człowiekowi dorosłemu potrzebne z matmy to dodaj odejmij by dobrze zapłacić w kasie, oraz podstawy ekonomii by rozumieć założenia podatków, rozliczeń, oraz zarobków i tyle), chemii i biologii. Wybrałam za to geografię i historię bo świat mnie zawsze ciekawił oraz angielski bo przyda się przy poznawaniu świata. Tyle i aż tyle, nie wiedziałam więcej nic.
                   I tak dwa lata liceum minęły jak mrugnięcie oczu a tu trzeba wybrać przedmioty zdawane na maturze, na podstawie których dostanie się człowiek na studia lub się niedostanie. I tu drugie aaaa jakie studia?? Człowiek nie wie co chce robić a tu studia. I tak wybrałam przedmioty, zdałam nie najgorzej maturę. Wybrałam 3 kierunki studiów, dostałam się na jeden: geografia ze specjalnością ochrona środowiska. I uwaga wylali mnie po semestrze, gdyż nie byłam w stanie wykuć wszystkich stolic i krajów świata łącznie z ich ustrojami politycznymi. I tak jako bodajże 19 letni człowiek usiadłam na przystanku znowu nie wiedząc co dalej...
                  Jak w większości podobnych historii rodzice wzięli sprawę w swoje ręce, znaleźli uczelnie która przyjęła mnie na zarządzanie po połowie semestru i tak stałam się po tygodniu starań studentką zarządzania. Po latach wiem, że wywalenie ze studiów to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała. Trzy lata studiów minęły mi ponownie za szybko, ponownie sama sobie udowodniłam, że może nie jestem najlepsza ale zaliczam się do najlepszej 3 na roku, co roku ze stypendium powiecie miód malina. Ehh no cóż może i miałam świetne wyniki, dobrą pracę licencjacką z bardzo dobrym wynikiem z obrony. Ale po tych trzech latach znowu wypadało uczyć się więcej bo tym razem usłyszałam zapewne jak większość ludzi w moim wieku: "jak to chcesz zakończyć edukację na licencjacie, magister jest bardzo ważny, to tylko dwa lata". Jak się domyślacie nie zakończyłam edukacji na licencjacie. Postanowiłam iść na studia magisterskie. Po szybkim przekalkulowaniu ofert uczelni (UAM odpadł od razu - wystarczy, że już raz mnie wywalili i mieli fatalne jedzenie na stołówce wydziału geografii) Tak stałam się studentką Uniwersytetu Ekonomicznego na kierunku Ekonomii. Po semestrze szybko trzeba było wybrać specjalizację i padło na Publicystykę Ekonomiczną oraz PR - na którym odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi pisanie (i tu wybaczcie mi za długość tego posta, nawet nie zbliżyłam się do tematu wpisu). I tak studiowałam sobie kolejne dwa piękne lata. Dużo cudownych ludzi, niezapomniane imprezy i długie nocne powroty, ciekawe wykłady, miałam nawet kilka sukcesów. Rąsia rąsia z Panem Balcerowiczem. (Swoją drogą popieram poglądy profesora jeżeli chodzi o ekonomię). Wracając do tematu wpisu, skończyłam studia, znowu z dobrym wynikiem, nie byłam najlepsza ale było dobrze.
           Wszystko byłoby dobrze ale tu nagle dzień po obronie (no może dwa po bo najpierw wypadało oblać magistra) wypadało wstać i zacząć być dorosłym. I tu u większości młodych ludzi pojawia się problem. Nie żebym nic nie robiła w trakcie studiów, bo pracowałam w wakacje ale były to prace dorywcze a uzbierane finanse w założeniu miały pójść na pierdoły. W tym momencie pierwszy raz zakiełkowało mi w głowie, że może obrałam złą drogę bo mam 23 - 24 lata, magistra na karku i w sumie nie wiem jak chce zarabiać na życie. Wiem, że jest grono osób, które idąc na studia wiedzą co chcą robić w życiu ale zakładam, że większość płynie myślą jakoś to będzie. I tak trafiłam do firmy eventowej w której poznałam świetnych ludzi, w między czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się, by po czasie z Niejadkiem wyjechać do Anglii. Tutaj owszem docenili moje studia ale byłam średnio 6 lat do tyłu z doświadczeniem w pracy w porównaniu z miejscowymi dzieciakami. Które kończą edukacje plus minus mając 18 lat. Ale co tam powiedziałam sobie doświadczenie zbuduję, mam wiedzę, której im brakuje zawojuje świat! Żyłabym z tą myślą pewnie jeszcze jakiś czas ale w między czasie spotkaliśmy się z Niejadkiem z jego kuzynem i jego narzeczoną. Faceci omawiali xboxa a my przy dobrym piwku (no ok tego piwka było ciut więcej) zaczęłyśmy plotkować. Z oczywistych tematów jak praca, nasi faceci itp. przeszłyśmy do planowania przyszłości. I tu spadło to na nas jak kometa na dinozaury.. Z pozoru śmiech zamienił się w smutną prawdę. Kobieta która planuje mieć dziecko około 30 roku życia zamyka swój rozwój osobisty prawie na 14 lat (przynajmniej w UK bo odbierasz tu dziecko ze szkoły do około 12 roku życia) zakładając 2 dzieci. I tak obliczając 5 lat studiów do 30 pracuje się około 5 lat potem ciąża/ dwie ciąże i czas spędzamy na pracy na pół etatu a powrotem do dziecka do domu. I tak przez czas pół etatowania pracodawca statystycznie nie da nam awansu bo przecież skupimy się na dziecku a nie na zarywaniu życia dla pracy. Oczywiście można zapłacić opiekunce ale czy warto pracować na pełen etat by połowę oddawać obcej kobiecie. Hmm chyba lepsze pół etatu i czas spędzony z dzieckiem. Po tych 15 latach (zaokrąglijmy będzie łatwiej liczyć) mamy 45 lat. Faceci w naszym wieku mają około 25 lat doświadczenia w pracy w międzyczasie porobili kilka kursów dokształcających i są na bieżąco w sytuacji na rynku. Powiedzmy szczerze wypadają lepiej w drodze po awans i wielką karierę, którą obiecywali nam rodzice gdy miałyśmy 16 lat. Po takim rozrachunku łatwo ustaliłam hmm mogłaś zrobić błąd, bo trzeba było zrobić technikum, mieć kwalifikacje, zacząć pracować, zdobywać doświadczenie, studia/ kursy (może i jest trudniej) mogłam robić w międzyczasie i tak w takiej sytuacji myśląc o dziecku miałabym już jakieś doświadczenie i kwalifikacje, dzięki czemu po okresie "z dzieckiem" łatwiej byłoby wrócić do pracy bo byłoby się bardziej wartościowym. A tak cóż zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać swoją przyszłość na kolejne 15 lat bo Marysia czy Majlo mogą dać znać o swoim istnieniu cóż w każdej chwili. I będziemy się z Niejadkiem bardzo cieszyć ale muszę się przygotować by nie patrzeć jak partner wzbija się po szczeblach sukcesu a ja zmieniam pieluszki i gotuję obiadki. Owszem nadal będę z tego dumna bo to równie ciężka praca i będę wspierać Niejadka w każdym momencie jego kariery ale do cholery nie chcę skończyć kariery w miejscu w którym teraz jestem. W końcu zrobiłam studia, mam duże zasoby wiedzy teraz wystarczy ustalić plan by nie wypaść z rynku, utrzymać pozycję a nawet wzrastać. Czy się uda, tego nie wiem, życie pokaże, mam nadzieję, że skłoniłam Was do przemyśleń. 
Kończę ten wpis bo przyznam się, że mogłabym go ciągnąć i ciągnąć ale nie chcę dobić Was zbyt mocno a może nie chcę dobić siebie. Miłego wieczoru i do przeczytania. :) 

sobota, 10 grudnia 2016

WSPÓLNE PASJE



                      Mam nadzieję że wiecie jak dobrze być z osobą z którą można dzielić wspólnie pasje lub chociaż gdy ta osoba nie neguje Twoich zainteresowań. Dzięki czemu w ramach zdrowego rozsądku można oddawać się własnemu hobby. Z tego co wiem niestety nie każdy ma to szczęście dlatego też bardzo się cieszę, gdy Niejadek nie ma nic przeciwko gdy godzinami siedzę nad blogiem, książkami lub ręcznie robionymi zabawkami. W drugą stronę myślę, że Niejadek też nie ma najgorzej bo na prawdę lubię gdy on gra na xboxie, nie raz siadam za nim na łóżku i wpatruję się w ekran i jego skupienie. Sam nie wiesz Niejadku jakie fajne miny strzelasz grając :P Ale nie jestem takim biernym podglądaczem, dobrym przykładem może być tu ostatnio rozgrywany Wiedźmin. Gdy Niejadek próbował ustalić co w danym momencie powinien zrobić ja już dawno wiedziałam bo zdążyłam wyszukać potrzebne informacje w internecie. Wiem wiem nie powinno się oszukiwać ale w końcu ja mogłam bo to nie ja byłam graczem. Ja przecież tylko zaspokajałam swoją ciekawość bo jak wiadomo jestem bardzo niecierpliwą osobą. 
                    Muszę się też do czegoś przyznać Niejadek dostał na ostatnie urodziny drugiego pada nie tylko dlatego że o nim marzył ale również bo ja też lubię grać. Chciałam zagarnąć starego pada dla siebie. Wybacz kochanie wydało się ale myślę, że domyślałeś się prawdy :D.
                   Jeżeli chodzi o mój sposób grania to cóż myślę, że jest z czego się pośmiać. Gram dopiero od roku i to z dużymi przerwami, upodobałam sobie gry wyścigowe. Myślę, że są one najprostsze dla początkujących. Chociaż każdy z moich samochodów po wyścigu wygląda tak, że do prawdziwego samochodu sama bym siebie nie wpuściła. Dodatkowo osoby przyglądający się mojej grze muszą przyzwyczaić się, że na każdym podjeździe podnoszę głowę by zobaczyć co jest dalej, przy każdym zakręcie przechylam się odpowiednio na prawo lub lewo jakby miało to jakkolwiek pomóc. Wiem, że takie zachowania mogą być śmieszne dla kogoś przyglądającego się z boku ale zbyt dużą radość sprawia mi uczenie się grania by się tym przejmować. Swoją drogą czy tylko ja tak późno zauważyłam, że w każdej grze z wyścigami na jezdni są takie strzałki które pokazują jak powinno się jechać? Masakra gdy Niejadek powiedział mi o nich w trakcie gdy już grałam nie wiedziałam o co mu chodzi tak przejęłam się całą resztą ekranu, że żadnej strzałki nie widziałam...
                  Dodatkowym elementem który jest nieodłączny przy każdym moim graniu (i przyznam się, że nie jestem z niego dumna) jest przeklinanie... Wiem kobiecie nie wypada ale w trakcie takich gier coś we mnie puszcza i nie mogę się pohamować. Może to jest mój taki wentyl emocji po całym stresie w pracy, sama nie wiem. Ale jeżeli miałabym wyobrazić sobie idealne zestawienie wieczoru z Niejadkiem to była by to: gra wyścigowa, rap w tle, wygodna bluza, bokserki i kocyk. Tylko czy Niejadek przeżyje ten rap? To się okaże, przy wspólnym wyborze muzyki do wyścigów ale nie będę się upierać bo wystarczająco mile jest móc coś porobić razem co obojgu nam sprawia przyjemność.
Zmierzając do końca wpisu życzę Wam udanego dnia i do przeczytania. 

wtorek, 6 grudnia 2016

MIKOŁAJKI



      Witam wszystkich serdecznie rozpoczął się grudzień, rozpoczęło się odliczanie do Bożego Narodzenia. Dzisiejszy wpis miałam zamiar tworzyć przy dźwiękach świątecznych utworów ale jak się okazało miałam dużo przyjemniejsze dźwięki a mianowicie mruczenie Niejadka (no dobra pochrapywanie ale przyznacie sami mruczenie lepiej brzmi). Jak to w grudniu zazwyczaj bywa rozpoczyna się życie na zwiększonych obrotach. Tak też jest w naszym przypadku. Ostatnio mamy strasznie dużo zadań w pracy co skutkuje większym uczuciem zmęczenia po powrocie do domu. I tak na zmianę chwile po powrocie do domu jedno z nas od razu idzie spać. Muszę Wam się przyznać, że to zazwyczaj ja zasypiam jak mały kotek, wystarczy że ułożę się w wygodnej pozycji (podłoga też może być wygodna) i od razu zasypiam. Dodatkowo często gdy Niejadek jest gdzieś blisko i rozmawiamy to zasnę zanim dokończę wypowiadać swoje zdanie na jakiś temat...



     Cóż grudzień jest krótki a tyle rzeczy do zrobienia: ustalenie potraw na wigilię, wymyślenie prezentów oraz sposobu ich zapakowania, wysłanie kartek świątecznych, posprzątanie domu, zakupy a do tego praca. Ciężko to pogodzić a jeszcze ciężej nie zatracić ducha świąt, więc zdrowo ustaliliśmy z współlokatorami, że na siłę nie będziemy szykować 12 potraw, w tym tygodniu na spokojnie siadamy przy herbacie i ustalamy kto co przygotuje tak by było miło i rodzinnie a nie w pełnym stresie. Co do prezentów, większość z nich mamy już ustaloną ja tylko jeszcze nie jestem pewna co Niejadkowi sprezentować ale możecie być spokojni mam kilka pomysłów. 



      Część przygotowań już za nami, zakupiliśmy świąteczne ozdoby, ubraliśmy choinkę już tydzień temu bo akurat odwiedzała nas moja mama więc wprowadziliśmy rodzinną, radosną atmosferę odrobinę wcześniej. Dzięki czemu już od tygodnia jeżeli sen mnie nie dopadnie mogę sobie pozwolić na czytanie książki przy zapachu i migoczących światełkach choinki. A gdy jednak sen za mną chodzi to mogę ułożyć się przy kaloryferze, przykryć kocykiem włączyć cichutko świąteczne piosenki i zasypiać przy migoczącym radośnie drzewku - jednym słowem zawsze wychodzę na swoje. Jak wspominałam wcześniej zarówno u mnie jak i u Niejadka jest teraz mnóstwo pracy, dodatkowo często mijamy się w domku bo pracujemy na inne zmiany dlatego też mikołajki obchodziliśmy wczoraj wieczorem - no dobra przyznam się, była 17:00 a ja uargumentowałam, że chociaż jest już ciemno więc ja chcę prezent. Zrobiłam słodkie oczka, potupałam nóżką i tak świętowaliśmy wczesne mikołajki. Co wyszło mi na dobre bo miałam czas na zabawę prezentem. Niejadku podziękuj Mikołajowi to najlepszy prezent mikołajkowy ever! Zapewne jesteście ciekawi co znalazłam w paczuszce? Już mówię słodycze - byłam tak łakoma, że zjadłam całe opakowanie Areo mint w pół godziny :P A do tego obiektywy do mojego telefonu, kiedyś je oglądałam i zachwycałam się nimi jak dziecko ale jak to u dzieci z pamięcią, zapomniałam o nich tak szybko jak je znalazłam. Na całe szczęście Niejadek słucha co tam trajkoczę pod nosem i zarejestrował moje uwielbienie dla tego cudu techniki. Czego efekty znajdziecie poniżej. 



      Jako, że dzisiaj mikołajki życzę Wam radosnej atmosfery oczekiwania i białego puchu za oknami, liczę, że znaleźliście w swoich bucikach coś słodkiego albo chociaż ktoś do Was zawitał z miłym słowem. 
Miłego dnia i do przeczytania!