Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 czerwca 2020
wtorek, 20 marca 2018
BRUDNE OKNA
Niby nie należę do grupy która podziela myśl, że warto na "coś" czekać, raczej znajduję się w opozycji, która jak mantrę powtarza, że czekanie na to "coś" tylko sprawia, że nie doceniamy tego wszystkiego co nas aktualnie otacza a jak wiadomo cieszmy się tym co jest teraz bo zaraz może tego nie być. No aaale ja naprawdę czekam już na wiosnę i jakoś ciężko mi docenić kolejny zimny dzień, kolejny wietrzny dzień z deszczem, bądź jak w ostatnich dniach kolejny dzień z padającym za oknem śniegiem. Mamy w końcu marzec i myślę, że wszyscy czekamy już na cieplejsze, dłuższe dni, okraszone słoneczkiem, w które będzie można pójść na spacer bez parasola. Chociaż u nas i w deszczowe dni lepiej zabrać kurtkę bo parasol i tak wichura połamie. Więc skończymy mokrzy i źli ale z drugiej strony nikt o zdrowych zmysłach nie chadza na spacery w angielski deszcz(no chyba, że ma się psa no to niestety trzeba).
No więc w tym czekaniu piętrzę postanowienia o zdrowszym trybie życia, o jedzeniu mniejszej ilości cukru i wszechobecnej w naszym domu czekolady, o powrocie do biegania lub chociaż ćwiczenia w domu. Nieustannie rosło również moje marzenie o czystych oknach w domu. I ja wiem, że to nie takie trudne. Wystarczy wziąć ścierkę. płyn i te okna umyć alee to może w Polsce u nas mimo mieszkania na parterze tak się nie da. Niestety przy planowaniu przestrzennym ktoś wymyślił że ogromne krzaczaste rośliny tuż przed każdym ale to naprawdę każdym oknem to idealny pomysł. No i pomysł może idealny bo nikt mi się pod oknami kręcić nie może ale to tej kategorii zaliczam się również ja i Niejadek także umycie okien po ludzku samodzielnie odpada. A jak samodzielnie odpada no to zostaje nam firma zajmująca się tym na co dzień i nie tylko zaopatrzona w magiczne kije ze szczotką na końcu, z doprowadzeniem wody dzięki czemu możliwe jest umycie okien i na parterze i na 4 piętrze. Szybko pięknie ładnie i podobno nawet nie drogo. Podobno bo debatuję do Niejadka by znalazł taką firmę, zamówił usługę bo zaraz nic przez nasze okna widać nie będzie. I nie żebym prosiła o niemożliwe bo tych firm tutaj mnóstwo bo nie tylko my mamy takie problemy z dojściem do okien inni też a do tego dodajmy grono ludzi którym się myć okien nie chce i biznes kwitnie. Także jako że nadal nie wiem ile usługa takowa kosztuje znaczy się tylko jedno Niejadek jeszcze nie zamówił takiej usługi ale co go winić sama też mogłam to zrobić.
Więc nie uwierzycie w moje szczęście, siedzę dzisiaj z kawiszonem na kanapie, rozmyślam nad sensem życia i wtem widzę dwóch jegomościów myjących okna w budynku na przeciw.Zbieram całą odwagę w sobie, podążam ku nim z zapytaniem o numer do zamówienia takowej usługi. Na co czcigodni wykonawcy raczą mnie odpowiedzią, że oni przecież cztery razy w roku myją na naszym osiedlu wszystkie okiennice również moje. Zdziwiona podziękowałam, życzyłam miłego dnia, po czym szybko powróciłam na swoją kanapę do kawy i książki. I tak jak tu mieszkam ponad pół roku nikogo do okien nie było, upierdzielone BYŁY jak jasna dupka, no ale pełna wiary czekałam i faktycznie 10 minut później panowie umyli również nasze okna. Czy okna są teraz czyste, na pewno są czystsze, są również pomazane ale jaki mimo to mamy teraz widok, normalnie więcej światła wpada do mieszkania. Dzięki czemu moja lista postanowień ma odhaczony pierwszy punkt dotyczący okien. Nad resztą nadal pracujemy ale nie można mieć wszystkiego, powoli i resztę odhaczymy bo w końcu do pogodowej wiosny jeszcze sporo czasu więc małymi kroczkami idziemy w stronę wiosny.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was swoimi małymi marzeniami. Póki co życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania.
sobota, 15 kwietnia 2017
DORASTANIE TO PUŁAPKA
Witam Was serdecznie po krótkiej nieobecności. Zastanawiam się czasem czy tylko ja będąc dzieckiem chciałam tak bardzo dorosnąć? I ilekroć się na tym łapię pytam siebie "Co ci do cholery nie pasowało w tym leżakowaniu..." Oczywiście bycie dorosłym samo w sobie ma mnóstwo zalet, mama czy tata nie mówią nam, że tego lub tamtego nam nie wolno, nie wtrącają się w nasze wydatki. No chyba, że dotyczy to wesela, które w większości opłacanie jest z ich kieszeni. Ale tak poza tym to mamy wolną rękę. Spać możemy iść o której nam się żywnie podoba. Jeść zasadniczo też możemy co chcemy a co nie chce mi się gotować to przez caluteńki tydzień będę jadła zupę z puszki. Dodatkowo jak to czasem bywało za szkolnych lat nikt nam nie mówi jak mamy chodzić ubrani - bo ta sukienka jest za krótka a paznokcie to można malować dopiero w liceum (i tutaj sama powątpiewam czy którakolwiek młoda osoba jeszcze słyszy takie słowa ale trudno, dla dobra wpisu załóżmy że tak) - czyli wszystko zasadniczo brzmi cudownie. Tylko, że wszyscy wiemy, że nie do końca jest tak kolorowo. Z góry zaznaczam to nie jest wpis typu będę Wam tu marudziła aż do końca, chcę się z Wami za to podzielić kilkoma spostrzeżeniami.
Jak dobrze wiemy niby we wszystko jako dorośli możemy się ubrać ale przecież jako ci sami dorośli pracujemy i w 99% obowiązuje nas określony strój w pracy - pomijając kilka miejsc w których nasz ubiór nie jest istotny - a to zazwyczaj ogranicza znacznie nasze możliwość. Po drugie w pewnym wieku już pewne zestawienia ubrań są nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś czuję się młodo/ma bogate wnętrze/ itp to droga wolna ale zazwyczaj po 25 roku życia wypadałoby bardziej przykładć uwagę do tego jak się wygląda. Dodatkowo niby możemy iść spać o której chcemy ale przecież nikt za nas rano do pracy nie wstanie, wiec nie licząc piątku czy soboty (jeżeli akurat weekend to nasz czas wolny od pracy) raczej chodzenie spać o której chcemy, myśląc o spotkaniach z przyjaciółmi jest ciężkie do osiągnięcia. Jeżeli spojrzeć na nasze wydatki to i owszem w założeniu czysto teoretycznym możemy nasze ciężko zarobione pieniądze wydawać na co zechcemy ale po odliczeniu czynszu, rachunków za prąd, gaz, samochód, internet, telefon, telewizję, oraz codzienne zakupy nie zawsze zostaje tego tyle ile byśmy chcieli.
I mniej więcej do tego momentu bycie dorosłym mnie zachwyca, wolność wyboru, poczucie odpowiedzialności, możliwość samodzielnego planowania swojego czasu wolnego - to wszystko jest zachwycające. Ale właśnie ten czas wolny w porównaniu do czasu wolnego z czasów szkoły lub co gorsza studiów często mnie dobija. Od jakiegoś czasu uważam, że młodzież ma za dużo wolnego, co później negatywnie odbija się na życiu dorosłym. Od małego uczą nas że na Boże Narodzenie mamy ponad tydzień wolnego, podobnie w Wielkanoc, w międzyczasie są ferie, które dawały dodatkowe dwa tygodnie i oczywiście wakacje letnie dające dwa miesiące wolności. Cudownie przekształcane w trzy miesiące w czasie studiów. Oczywiście osoby łączące pracę ze studiami traciły czas wakacji ale bądźmy szczerzy większość młodych ludzi studiuje dziennie łapiąc te ostatnie chwile wolności. To wszystko za czasów studiów wydawało mi się piękne teraz jednak uważam, że od dziecka bardziej mi to szkodziło niż pomagało. Nigdy nikt nie przygotowywał mnie, iż po rozpoczęciu pracy moje (nie licząc dokładnie) cztery miesiące wolnego w roku zmniejszą się do około 20 dni na cały rok... I tak zazwyczaj na początku czerwca muszę usilnie walczyć ze spadkiem dobrego humoru bo dopada mnie syndrom straconych wakacji. Dobija mnie myśl o konieczności planowania zaledwie 20 dni na wszystkie ważne okazje w roku dla mnie i Niejadka i jak bym się nie starała nie da się tego pogodzić tak by być w 100% zadowolonym. Możliwe że nasi rodzice czy dziadkowie łatwiej przetrwali ten okres przechodzenia w dorosłe życie ponieważ po szkole mieli dużo więcej obowiązków w domu, dzięki czemu nie mieli aż tyle wolnego co moje pokolenie. Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że to właśnie nasze pokolenie jako jedno z pierwszych sobie z tym nie radzi, aż boję się co będzie z kolejnymi, które mają mniej obowiązków dzięki bezstresowemu wychowaniu. Jestem ciekawa czy i wy macie takie rozterki utraconych wakacji i oczywiście jak sobie z nimi radzicie. Możliwe, że niektórzy z czytających ten wpis dopiero uświadomią sobie, że też mają ten syndrom wakacyjnego spadku nastroju.
Powoli kończę moje rozważaniu o dorosłości, jeżeli wpis jest nieskładny to wybaczcie ale pisałam go na dwie raty więc możliwe, że gdzieś zgubiłam wątek :P
Dodatkowo wszystkim czytelnikom chciałabym życzyć spokojnej Wielkanocy, życzę Wam odpoczynku, radości, miłości oraz dużo słońca i ciepła za oknem. Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania.
środa, 1 marca 2017
DOMOWY "SZPITAL"
Zastanawialiście się kiedyś ile jest prawdy w żarcie, iż kobieta zrozumie jak to jest gdy mężczyzna choruje gdy będzie rodziła? Cóż początkowo uważałam go za typowy męski żart ale myślę, że jest w nim trochę prawdy. Ostatnie trzy tygodnie od powrotu z Polski na zmianę jesteśmy mocniej przeziębieni nasz stan nadal jest daleki od bycia ciężko chorym ale jednak uporczywy katar połączony z podwyższoną temperaturą i węzłami chłonnymi potrafi być bardzo męczący i dać w kość jeżeli trzeba w trakcie takiego przeziębienia ochoczo udawać się do pracy. Oczywiście to, że ta sytuacja ciągnie się trzy tygodnie mogłoby być niepokojące ale jednak trochę w tym naszej winy. Zarówno ja jak i Niejadek mamy problem by trzymać się w takim czasie z dala od siebie z okazywaniem uczuć. Ciągle myślimy, że zwykły całus nic nie pogorszy, lub picie herbaty z jednego kubka.. W ten właśnie sposób prawie już zdrowy Niejadek załatwił sobie ode mnie powiększone węzły chłonne, silny ból gardła połączone z podwyższoną temperaturą. Ja natomiast której już gardło nie bolało znowu je lekko odczuwam. Dotarło do nas dzisiaj, że musimy się postarać i koniec na najbliższy czas z okazywaniem uczuć, całus w czoło lub trzymanie za rękę musi wystarczyć. Ponieważ ile można w dni wolne próbować się doleczyć by potem znowu w dni pracujące się doprawić przebywaniem w chłodnych pomieszczeniach (tak w IKEA też może być czasem zimno, nie mówiąc już o miejscu pracy Niejadka). I tak ostatnia moja nieobecność na blogu spowodowana była, leżeniem w łóżku, kichaniem, smarkaniem, połykaniem tabletek na przeziębienie jak również piciem "herbatek" na grypę oraz naturalnego syropu z cebuli, oczywiście we wszystkich tych czynnościach uczestniczył Niejadek. Tak, tak w tej ostatniej również z czego jestem z niego bardzo dumna. Moja kochana osoba, która po znalezieniu najmniejszego kawałka cebuli w jakimkolwiek dani żądała rozmowy z kierownikiem restauracji w czasie choroby grzecznie (chociaż z miną skwaszonego i ubolewającego mężczyzny) pije dwa razy dziennie ten syrop. Oczywiście można się spierać na ile działają takie domowe leki więc na wszelki wypadek udaliśmy się też do apteki po pomoc. Tak wyposażeni mamy wspólny cel na najbliższe dni - wyzdrowieć.
Wracając do początkowego pytania. Myślę, że w tym żarcie jest sporo prawdy, nie żebym chciała być nie miła i napiszę teraz, że mężczyźni gdy chorują stają się słabi, bezbronni i męczący z punktu widzenia kobiety. Ale coś w tym jest. Nie wiem czy to kwestia wychowania w czasie gdy kobiety były jeszcze dziewczynkami, czy wieloletnie obserwowanie naszych mam ale jakoś gdy my chorujemy świat się nie wali, no może przynajmniej nie tak mocno. Wiedząc, że i tak muszę iść do pracy (mimo tego kataru, temperatury i reszty nieprzyjemnych objawów mocnego przeziębienia), czując potrzebę ugotowania Niejadkowi obiadu, zrobienia prania i wielu innych rzeczy pozwoliłam sobie na jeden wieczór po pracy gdy na prawdę nie mogłam ruszyć się z łóżka, nadal byłam jednak miła i potulna wystarczyło mnie utulić i dać herbatkę bym rano była w stanie jako tako funkcjonować mimo tych samych objawów co wieczór wcześniej. Niejadek ma teraz ten sam ból gardła co ja i dobrze, że miał biedak dzisiaj wolne bo mógł cały dzień leżeć biednie w łóżku i przysłowiowo umierać. To że był przy tym nieznośny i markotny nawet mu wybaczę bo w końcu się poprawił gdy uświadomił sobie że przesadza. Fakt faktem to samo z czym ja lepiej lub gorzej funkcjonowałam jego powaliło chwilowo na łopatki. Ma jednak moje pełne wsparcie. Zaplecze leków i umówioną wizytę u lekarza. Także prognozy są powalająco dobre bo żadne przeziębienie nie trwa wiecznie a wspólnymi staraniami wyleczymy się szybciej.
Miłego wieczoru i do przeczytania.
poniedziałek, 13 lutego 2017
WALENTYNKI
Jutro międzynarodowe święto miłości a mianowicie walentynki. Zawsze w ten dzień zastanawiam się nad sensownością tego święta. Kwiaty w kwiaciarniach są zawsze droższe niż w pozostałe miesiące roku, z każdej strony zalewają nas oferty romantycznych kolacji, wycieczek czy prostych prezentów w postaci słodkiego misia z serduszkiem. Dzięki czemu osoby chcące kupić mi kwiatka na urodziny czy imieniny zazwyczaj potem skarżą się, że dla reszty członków rodziny kwiaty są zwyczajnie tańsze. Dlatego też od kilku lat jasno wszystkim obwieszczam nie kupujcie mi kwiatów ciętych, poproszę za to o kartkę lub książkę. Swoją drogą muszę się z Wami podzielić w tym miejscu swoją wyjątkowością, w większości przypadków owa kartka jest dla mnie ważniejsza niż sam prezent (pomijam znaczącą różnicę cenową pomiędzy kartką a prawie każdym podarkiem), po prostu lubię do nich powracać wczytać się w ich treść. Bo to właśnie ona się dla mnie liczy, lubię przeczytać od bliskiej mi osoby coś od serca. I nawet jeżeli miało by być to coś w stylu "w ostatnim roku byłaś strasznie nieznośna/marudna ale i tak jesteś najważniejsza" bo te słowa/życzenia są szczere, mogą zawierać żartobliwe wspomnienia lub gorące pragnienia. Sama często kupuje kartki dla bliskich mi osób z dużym wyprzedzeniem, gdy odnajdę tą wyjątkową chowam ją gdzieś między książki, gdzie czeka na tą ważną okazję. Niejadku poznając miejsca składowania kartek dla Ciebie proszę Ciebie o wytrwałość i nie zaglądanie tam.
Wracając jednak do tematu dzisiejszego wpisu. Walentynki moim zdaniem przestały być już dawno świętem zakochanych stały się za to ogromną skarbonką dla supermarketów, restauracji, kin czy kwiaciarni. I nie żebym nie świętowała tego dnia owszem świętujemy go z Niejadkiem. Staramy się jednak by ten dzień nie stał się tym jednym w roku w trakcie którego okazujemy sobie oddanie, wsparcie, ciepło czy zrozumienie. Wierzę, że przysłowiowe walentynki powinny trwać cały rok, bo jeżeli mieszkam z Niejadkiem to trudno bym starała się jakoś znacząco mocniej 14 lutego a w pozostałe dni roku liczyła, że ten jeden dzień wystarczy by czuć się ważnym i kochanym. Dzięki czemu nasze obchodzenie walentynek sprowadza się do podarowania sobie kartki zawierającej słowa płynące z serca, a pozostała część dnia jest zazwyczaj taka jak pozostałe dni. Bo dla nas walentynki są na co dzień, więc mamy romantyczne kolacje w domu lub poza nim również w inne miesiące roku, podobnie z prezentami/ kwiatami/ wyznaniami miłosnymi. Dzięki czemu myślę, że tworzymy zgrany związek szanujących się, wspierających się, mających wspólne plany czy pasje i co najważniejsze kochających się dwóch osobowości. Oboje dobrze wiemy, że ta druga połowa nie da nam poczucia szczęścia jeżeli sami nie będziemy szczęśliwi, podobnie jest z poczuciem bezpieczeństwa czy uczuciem miłości. Już w poprzednich wpisach dzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami dotyczącymi uczuć jakimi sami siebie powinniśmy obdarzać by móc być szczęśliwym z partnerem. Nie jestem psychologiem (chociaż przeczytałam kilka książek z psychologii) więc nie musicie się ze mną zgadzać, wierzę jednak, że dopóki nie pogodzimy się ze swoimi wadami, błędami, słabościami, dopóki nie będziemy szczęśliwi sami ze sobą dopóty w naszych związkach nie zaznamy pełni szczęścia i miłości. Jest to praca nad sobą, długotrwała i często mozolna ale warto się starć by później spotkana osoba nie była dla nas jedynym i wyczekiwanym dostarczycielem szczęścia bo tak nie będzie. Jesteśmy w pewnych kwestiach różni z Niejadkiem w innych bardziej podobni niż myśleliśmy ale gdybyśmy nie akceptowali od początku samych siebie nie bylibyśmy w stanie być szczęśliwi ze sobą na co dzień.
Dzięki samoakceptacji, oraz wielu rozmowom stworzyliśmy z Niejadkiem własną wyspę na której walentynki są codziennie a małpa potrafi znaleźć wspólny język z koczkodanem. Na naszej wyspie są zakątki wspólne, miejsca w których dzielimy nasze wspólne pasje ale pojawiają się również miejsca sąsiadujące ze sobą terytorium ale jednak przebywamy tam osobno, pielęgnując nasze osobiste pasje. Oczywiście mamy do tych miejsc wzajemny wstęp, jednak szanujemy nasz czas i nasze pasje pozwalając sobie na chwile odosobnienia. Dzięki wzajemnemu zaufaniu nie zamartwiamy się co robi to drugie nawet gdy jest dość daleko od nas lub gdy nie rozmawiamy przez dłuższy czas bo mimo, że obok siebie to jednak każde z nas w danej chwili robi coś tylko swojego. Oczywiście mogą podnieść się głosy, że zbyt dużo zaufania może prowadzić do nadużyć - oczywiście, że takie osoby mają rację. Nie zapominajmy jednak, że zbyt dużo kontroli jest równie destrukcyjne dla związków.
Dzisiejszy wpis jest zawiera dużo moich rozważań dotyczących związków. Zaczynam zauważać, że od jakiegoś czasu piszę do Was swojego rodzaju felietony, jestem ciekawa czy podobają Wam się tego typu posty, czy nie zanudzam Was przypadkiem zanadto swoimi przemyśleniami. Będę wdzięczna za wszelkie informacje zwrotne. Z okazji walentynek życzę Wam, osób na tyle szalonych by szanowały Wasze osobowości, życzę Wam osób z którymi będziecie mogli dzielić plany i pasję, życzę Wam również miłości i akceptacji samych siebie bo od tego momentu będziecie szczęśliwi i spełnieni niezależnie kto będzie się wokoło Was znajdował.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!
piątek, 10 lutego 2017
"30 RZECZY DO ZROBIENIA PRZED 30" CZYLI URODZINOWE PRZEMYŚLENIA
Jakiś czas mnie nie było ale już jestem z nowym wpisem i kolejnymi pomysłami na wpisy więc mam nadzieję, że będziemy w regularnej interakcji. Kilka dni temu miałam urodziny pomysł na ten wpis narodził się już kilka miesięcy temu ale jakoś brakowało czasu na jego realizację. Dodatkowo urodziny spędziłam w Polsce co wpłynęło znacząco na ciszę na blogu. Jednakże już wróciliśmy z Niejadkiem do domu, (nadal jesteśmy zmęczeni bo urlop w Polce urlopem nie jest ale o tym w jednym z kolejnych wpisów) więc mam teraz więcej czasu na pisanie.
Urodziny to ważny dzień w życiu każdego z nas, niezależnie czy lubimy je obchodzić z znajomymi czy tylko z najbliższymi. Niektóre z urodzin wydają się bardziej znaczące niż inne i tak też narodził się pomysł na ten wpis. Chcąc nie chcą zbliżam się do trzydziestki. Jeszcze kilka lat temu ta myśl mnie przerażała bo czułam, że ucieka mi młodość, czas na beztroskie popełnianie błędów i upijanie się z koleżankami.Teraz podchodzę do trzydziestki całkowicie spokojnie nawet się na nią cieszę. Może to dlatego że od osiemnastki minęło prawie dziesięć lat? Sama nie wiem. W ostatnim roku bardziej doceniam "teraz" nie planując aż tak tego "później" bo zbyt dobrze wiem co świat robi z naszymi planami, zazwyczaj śmieje się nam w twarz, bo sam zaplanował nam zupełnie coś innego.
To nie tak, że nic nie planuje, bo owszem planuję ale trochę w inny sposób, staram wyznaczać się sobie cele do których sama bądź z Niejadkiem pragnę dążyć. I tym też jest ta lista na najbliższe 3 lata. Czy uzbieram 30 pozycji dzisiejszego wieczoru. Szczerzę wątpię, myślę, że dobrze jest zostawić puste miejsca, tak by wypełnić je w trakcie tych trzech lat. Jeżeli nie uda mi się wypełnić wszystkich celów to nic się nie stanie. Myślę jednak, że dobrze wyznaczać sobie cele tak by nie zastać się za długo w jednym miejscu. Jesteście gotowi na moją listę? Jeżeli tak to zapraszam poniżej.
- Rozwinąć swój angielski
- Pisać wpisy dla was w dwóch językach (po polsku i angielsku)
- Pisać na blogu bardziej regularnie (na początek jeden wpis w tygodniu)
- Nauczyć się trzeciego języka (najprawdopodobniej niemiecki w końcu uczyłam się go wiele lat)
- Czytać więcej książek
- Bardziej rozwinąć się w jodze (i nie chodzi tu by być bardziej rozciągniętą niż znajomi, chodzi mi bardziej o to błogie uczucie szczęścia w trakcie każdych zajęć)
- Nauczyć się medytować
- Bardziej dbać o swoje zdrowie
- Nauczyć się lepiej gotować (wiem Niejadku, że dobrze gotuje, ale dobrze się rozwijać i uczyć nowych rzeczy)
- Zwiedzać świat ten bliski i daleki z Niejadkiem (przyznam się wam, że podróżowanie z drugą osobą nigdy nie było tak przyjemne jak jest z Niejadkiem)
- Nauczyć się jeździć samochodem w UK (w Polsce jakoś to szło, tutaj cóż jeszcze długa droga do celu)
- Rozwijać się w pracy, co nie jest łatwe zważając na moją niecierpliwość
- Wyprowadzić się na swoje (bo bardzo dobrze mieszka się z współlokatorami ale cudownie byłoby mieć swój dom, swoje stałe miejsce)
- Zostać mamą
- Zostać żoną Niejadka
- Pogodzić się ze swoimi wadami i błędami (tutaj jestem na dobrej drodze ale jak na wszystko trzeba długo pracować, to na akceptację samej siebie myślę, że poświęcę jeszcze dużo czasu)
- Nauczyć się doprowadzać sprawy do końca (należę do osób mających dużo pomysłów, wiele z nich zaczynam realizować, niestety większość z nich nigdy nie doczekało się dokończenia)
- Dbać o swoją małą dwuosobową rodzinę jeszcze bardziej (i to nie tak, że reszta rodziny jest mniej ważna, dbam o nich równie mocno, chodzi tu głównie o pamięć o tym co jest w życiu ważne)
- ...
Tak jak myślałam na ten moment nie jestem w stanie ukończyć tej listy a z biegiem czasu będę ten wpis aktualizowała o kolejne pozycje, tak by po trzydziestce móc usiąść przeczytać ten wpis i zastanowić się co z tej listy udało mi się zrealizować. Co było zbędne, a o czym zapomniałam. Jestem ciekawa czy wy macie swoje listy do wykonania przed jakimś terminem (i nie myślę tutaj o listach w pracy). Będzie mi bardzo miło jeżeli podzielicie się nimi ze mną w komentarzach.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!
poniedziałek, 30 stycznia 2017
NAUCZMY SIĘ ODPOCZYWAĆ
Tytuł dzisiejszego wpisu może wydawać się dość banalny, bo przecież każdy z nas umie odpoczywać ale czy na pewno? Przyznam się Wam, że ja nadal mam z tym czasami problemy. Myślę, że kobiety mają z tym większe problemy. Cofając się w zakamarki mojej pamięci, przypominam sobie nie raz tatę, który po pracy zasiadał w fotelu z kawą lub herbatą, czytał ulubioną gazetę lub oglądał ulubiony kanał w telewizji, jadł obiad przygotowany przez mamę, później kolejna kawa, odpoczynek na kanapie, zabawa z psem i jakoś tak dzień po pracy mijał na odpoczynku. Mama natomiast zaraz po pracy leciała na zakupy, po powrocie do domu przygotowywała obiad, podawała go mi i tacie z uśmiechem, później pranie, pomoc w lekcjach, kolacja, przygotowanie do pracy i jakoś tak mijał dzień a odpoczynek był, przecież mama usiadła do kawy na dziesięć minut a dłuższy odpoczynek może jutro, pojutrze albo w weekend. I tak mam nieodparte wrażenie, że polki trwają tak cały rok, od porządków do przygotowywania posiłków, cały czas na 100% żeby przypadkiem nie wyjść na złą matkę, żonę, narzeczoną, dziewczynę, ogólnie rzecz biorąc na złą kobietę. I tak na wigilię czy wielkanoc przygotowania zaczynają się co najmniej tydzień wcześniej. Nie do pomyślenia w kanonie polskiej kobiety jest przeleżeć całe popołudnie tak nic nie robiąc (i dodam tu, że jednak coś się robi - odpoczywa), nauczyłyśmy się tego od naszych matek oraz babć i to nic złego na prawdę jednak tempo życia naszych babć było inne od tego teraz.
Obecnie kobieta (i przepraszam wszystkich mężczyzn że tak w tym wpisie skupiam się na kobietach)
oprócz przygotowywania posiłków, dbania o dzieci, porządek w domu no i oczywiście o męża dodatkowo zajmują się karierą zawodową, próbując dorównać mężczyzną oraz udowodnić szefowi, że kobieta jako matka wcale nie jest gorszym pracownikiem mimo iż czasem wcześniej musi wyjść z pracy bo dziecko zachorowało itp. I tak często gęsto zabieramy pracę do domu tylko dokładając sobie obowiązków, których w domu jest aż nadto.
Pierwszy raz złapałam się że nie umiem odpoczywać kilka miesięcy temu gdy po kolejnym wolnym weekendzie od pracy złapałam się w poniedziałek, że wcale nie czuję się wypoczęta a przecież miałam cały weekend by znaleźć czas dla siebie. I tak postanowiłam cofnąć się pamięcią jak wyglądała moja sobota i niedziela i co się okazało sama dokładałam sobie obowiązków. Mimo iż pamiętam jak Niejadek wychodząc prosił mnie bym odpoczęła, że nie muszę nic robić. I co zrobiła przykładna matka polka. Wstała, uszykowała śniadanie, w międzyczasie wypiła zimną kawę bo na ciepła nie było czasu. Posprzątałam łazienkę, pokój, zrobiłam pranie, siadając do zimnej kawy w salonie uznałam, że okna na ogród są brudne (i oczywiście, że będą brudne bo nikt ich nie mył przez ostatnie 4 miesiące) i chodziłam wokół nich jak sroka wmawiając sobie, że nic im się nie stanie jak będą jeszcze brudne. Ugotowałam obiad, uszykowałam listę zakupów na poniedziałek, obmyśliłam listę dań na kolejny tydzień, zrobiłam jeszcze kilka rzeczy i tak przyszedł Niejadek. Jak się okazało nie odpoczęłam na własne życzenie. W tym momencie postanowiłam coś zmienić.
Od teraz w wolne dni uczę siebie że leżenie na łóżku z książką to nie jest marnotrawienie czasu to jest mój czas dla siebie, na odpoczynek. I nadal jest trudno bo ciężko przyznać się, że w sumie dziś nic nie robiłam (bo matka polka wewnątrz mówi mi że zmarnowałam dzień) ale przecież robiłam ładowałam baterie by być szczęśliwą, promienną dla siebie, dla Niejadka. Oczywiście form odpoczynku jest wiele, musicie tylko zastanowić się co dla Was jest najlepsze.
Do wyboru macie aktywny odpoczynek: bieganie, rower, siłownia, pływanie - przyznam, że wybieram tą formę wiosną i latem. Nigdy nie myślałam, że bieganie może tak wyciszyć, uwielbiam to uczucie gdy biegam 30 minut, słucham rapu i wracam mokra jak świnka do domu, zmęczona padnięta ale jednak lekka, szczęśliwa, wolna od trosk. Ta forma odpoczynku sprawdza się u mnie jednak tylko wiosną i latem. Zimną wolę spokojniejszą formę odpoczynku do której zaliczam leżenie na łóżku, czytanie książek, oraz jogę. Póki co odpoczywam najlepiej w trakcie jogi, proces wyjścia z domu na zajęcia jest zbawienny ponieważ nie mogę szukać w głowie co powinnam zrobić zamiast leżeć teraz na kanapie. Czy uda mi się kiedyś odpocząć bez wyrzutu sumienia nie wiem. Zazdroszczę Niejadkowi tej prostej umiejętności odcięcia się od obowiązków, chciałabym tak usiąść w fotelu odpalić konsolę i poświęcić się jej w 100% by po jej wyłączeniu czuć się wypoczętą bez poczucia winy, że tyle mogłam zrobić w tym czasie. Liczę, że kiedyś mi się uda bo przecież będzie tylko trudniej, w momencie gdy pojawią się u nas w rodzinie kolejne m&m będzie mi tylko trudniej. Wiec za cel ustawiłam sobie naukę odpoczynku, prostego i przyjemnego.
Jestem ciekawa czy wy macie swój sposób na odpoczynek, czy wolicie odpoczynek aktywny czy raczej ten kanapowy. Będzie mi bardzo miło przeczytać w komentarzu jakie są wasze sposoby na zdystansowanie się do piegu o pierwsze miejsce w realizacji obowiązków codziennych.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!
piątek, 13 stycznia 2017
KAŻDY MA CZASEM GORSZY DZIEŃ
Każdego z nas to czasem dopada, jednych częściej niż innych ja mam nadzieję, że należę do tej grupy, którą dopadają one rzadziej. Mowa o gorszych dniach. Czasami budzimy się i zanim wstaniemy z łóżka wiemy, że to nie jest nasz dzień - nawet nie trzeba lewą nogą wstać z łóżka; od otwarcia oczu wiemy co jest grane. Też je czasem mam, zazwyczaj gdy w nocy dopadają mnie koszmary - a tyle razy mówiłam sobie - nie jedź tylu ciastków na noc bo będą koszmary - ale nic. Ryzykuje wciągając całą ich paczkę, licząc że przyśnią mi się tylko obłoczki i baranki. Budzę się rano i już wiem, że to nie mój dzień. Herbata z cytryną jest za kwaśna, ciaski za mało słodkie, ulubiony obiad smakuje nie tak, drapanie po pleckach nie takie jak powinno i tak dalej. Zdaję sobie sprawę, że takie nastroje nie są niczym złym, staram się jednak pamiętać by nie zepsuć przy okazji dnia Niejadkowi. Wybacz kochanie jeżeli nie zawsze mi to wychodzi. Dodatkowo staram się przekuć taki dzień w lepszy. Jeżeli nie idę do pracy to zazwyczaj układam sobie listę rzeczy do zrobienia w domu, zazwyczaj jest ona tak długa, że nie udaje mi się jej wykonać ale jednak zajmuje mi czas i odpędza pochmurne myśli. Zazwyczaj robię pranie, nie wiem co w tym praniu jest ale zapach czystych ubrań rozwieszanych na suszarce mnie odpręża, później biorę długą gorącą kąpiel, myję włosy by później więcej czasu zajęło mi doprowadzenie się do stanu używalności. Zazwyczaj się mocniej nie maluję, uważam, że naturalność jest dobra, wystarczy dobry krem do twarzy lub lekki makijaż. W swoje złe dni jednak bardziej przykładam wagę do wyglądu więc zazwyczaj robię staranny makijaż - nadal nie za mocny ale jednak widoczny - widok zadbanej siebie w lustrze poprawia mi humor. Staram się też znaleźć czas dla siebie, nadrabiając czytanie blogów lub książek na które w codziennym pędzie nie mam czasu. Jeżeli to wszystko nie pomaga tak jak powinno szukam pomocy w naturze, spacer lub siedzenie z nosem w oknie i patrzenie w niebo zawsze pomaga. Tak często nie zwracamy uwagi na pogodę, mówimy dziś jest brzydko bo pada a ja w te dni szukam tęczy lub liczę na piękny zachód słońca. Gdy po złym dniu uznaję, że nie był on najgorszy szykuję wisienkę na torcie. Mianowicie przytulaski, uwielbiam po trudnym dniu (co ja mówię codziennie to uwielbiam) wtulić się w Niejadka, schować się w jego ramionach, poczuć zapach jego skóry. Jest to nasz rytuał o którym nie zapominamy (przed czytaniem książek, oglądaniem filmów w necie i pójściem spać) pamiętamy, że po każdym dniu dobrze jest poczuć bliskość drugiej osoby tak po prostu, zwyczajnie. Jestem ciekawa jakie są wasze sposoby na ciężkie dni kto wie może macie jakieś lepsze od moich. :)
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!
niedziela, 1 stycznia 2017
NOWY ROK TA SAMA JA
Macie takie wrażenie, że ostatnio bardzo modne zrobiły się postanowienia noworoczne? Często tworzy się je z nastawieniem, że i tak się ich nie wykona, bo przecież na fb musi być widać, że nowy rok, nowa ja itp. Od stycznia większość siłowni jest przepełniona a trwa to zazwyczaj do końca lutego maksymalnie do połowy marca, ludzie prześcigają się kto jak się zmieni. Ten schudnie, ta będzie więcej czytała, tamten poświęci więcej czasu rodzinie a tamta zacznie medytować.
Dla mnie to jakaś kpina, nie wierzę by magicznie ta jedna noc zmieniła moje podejście do życia lub inaczej by należało czekać do końca roku i na początku następnego nagle zacząć żyć inaczej, lepiej tak by znajomy mógł nam zazdrościć noworocznej przemiany... Dlatego też odważnie już od kilku lat nie mam żadnych postanowień, nowy rok ta sama JA. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta, założyłam swojego czasu, że od dziś jestem najlepszą wersją siebie dla siebie nie dla innych. Nie żebym nie starała się być najlepszą sobą dla Niejadka, oczywiście, że mam to na uwadze. Jednak mimo wszystko (jaka jestem stara zaczynam się mądrować...) wychodzę z założenia "jeżeli ja nie będę ze sobą szczęśliwa, jeśli siebie nie polubię to nikt tego nie zmieni, ja nikogo nie uszczęśliwię". Więc staram się akceptować siebie dzięki czemu Niejadek ma mnie w mam nadzieję miłym, troskliwym ale wiedzącym czego chce wydaniu. I tak cały czas uczę się lubić w sobie tą Małą.Mi, która jasno wyznacza sobie granice, nie przejmuje się światem, jedynie najbliższymi, uwielbia czekoladę, czasem przesadzi z alkoholem, jest wybuchowa, wredna i niemiła i przyznam Wam się ciężko jest ciężko tak akceptować siebie cały czas. Ale widzę w sobie swoje dobre cechy: jak wielkie serce dla najbliższej rodziny i znajomych których traktuję jak rodzinę. Dzięki takiemu podejściu jestem lwicą broniącą swojego stada, polującą na to na co ma ochotę, nie tracąc energii na osoby postronne. Jakby na to nie spojrzeć możliwe, że kilka lat temu miałam postanowienie noworoczne typu wyluzuje, skupię się na tym co ważne dla mnie i na tym co chcę robić i tak trwam w tym jednym postanowieniu już lata.
Pracując nad sobą raz mocniej, raz mniej. W zależności od samopoczucia ale staram się by na pracę nad sobą nie miało wpływu otoczenie. Tego Wam też życzę, jeżeli chodzi za Wami myśl by coś postanowić to zastanówcie się czy lubicie siebie i tu powinny zacząć się ewentualne zmiany. I nie dotyczy to tylko wyglądu, ale głównie waszej osobowości czasami wystarczy sobie tylko odpuścić, odsunąć osoby lub rzeczy które nas niszczą, gaszą nasze gwiazdy w oczach, tworzą z nas pustą czarną dziurę. Wiem to trudne bo każdy lubi swoją bezpieczną przystań niezależnie jak ocieka wewnętrznym nieszczęściem. Bo zawsze milej wiedzieć ile wpłynie na nasze konto bankowe, jakie są godziny naszej pracy lub z punktu osobowego lepiej mieć z kim obejrzeć film (chociaż samemu wybrałoby się może coś innego), zjeść obiad czy po prostu lepiej śpi się z kimś niż samemu. Ale to do nikąd nie prowadzi, siedząc puści w środku w tym samym miejscu nie będziecie szczęśliwi. Warto czasem podjąć ryzyko, opuścić bezpieczną przystań i dla przykładu rzucić pracę która nas wkurza, w końcu zawsze można iść pracować do McDonald's lub do IKEA (gdzie akurat w moim przypadku jest to na ten moment wyczekane miejsce pracy) do czasu aż znajdzie się swoje miejsce. Czasem lepiej zakończyć związek, który i tak sami od dawna skazaliśmy na przegraną ale nadal w nim tkwimy bo tak łatwiej. Czasem lepiej być jakiś czas samemu by spotkać kogoś dzięki któremu będziemy lepsi dla siebie i innych. W których może uda się Wam znaleźć odbicie samego siebie, podobne plany życiowe, marzenia o podróżach, rodzinie. Nie żebyście musieli mieć swojego klona, dla przykładu mnie rozluźnia słuchanie rapu, w trakcie jego słuchania najlepiej mi się pisze a Niejadek nie jest go w stanie znieść. Nie przeszkadza mi to bo nigdy nie chciałam być ze samą sobą. Mam wrażenie, że w dzisiejszym wpisie płynę po temacie rzucając tematami jak magik sztuczkami. Jeśli tak jest to wybaczcie ale mam tak z tematami które zahaczają o psychologię, poglądy na świat i życie. Postaram się skupić na jednym i doprowadzić ten wpis zwarcie do końca.
Wracając do postanowień noworoczno-życiowych jeżeli macie co do nich plany to proszę nie zmuszajcie się do zmiany całego siebie, wierzę że odpuszczając sobie bycie najlepszym we wszystkim na raz wystarczy na początek, później można zastanowić się czego nam w sobie brakuje i powoli to wprowadzać a jak się nie uda to trudno macie przed sobą całe życie a nie ten jeden rok. Pamiętajcie o tym. Jeżeli mogę Wam czegoś życzyć na ten nowy rok to życzę Wam odpuszczania sobie, nie wymagajcie od siebie zbyt wiele bo nikt nie jest idealny, życzę Wam byście nauczyli się nie przejmować się całym światem i jego opinią, życzę Wam skupienia się na rzeczach ważnych oraz małych dających Wam najwięcej szczęścia. Dla mnie to na przykład wieczorna herbata i patrzenie w niebo, słuchanie wiatru bycie tu i teraz a nie trwanie w planach. Co ma być to będzie, czas może pokazać, że plany zmienią się jak kalejdoskop. Życzę Wam uśmiechu i radości takiej na co dzień oraz mniej smutku. Ten świat jest i tak już dosyć smutny może postanowimy sobie razem więcej się uśmiechać do siebie w lustrze i do innych np na ulicach czy w autobusach? Co wy na to?
Wracając do postanowień noworoczno-życiowych jeżeli macie co do nich plany to proszę nie zmuszajcie się do zmiany całego siebie, wierzę że odpuszczając sobie bycie najlepszym we wszystkim na raz wystarczy na początek, później można zastanowić się czego nam w sobie brakuje i powoli to wprowadzać a jak się nie uda to trudno macie przed sobą całe życie a nie ten jeden rok. Pamiętajcie o tym. Jeżeli mogę Wam czegoś życzyć na ten nowy rok to życzę Wam odpuszczania sobie, nie wymagajcie od siebie zbyt wiele bo nikt nie jest idealny, życzę Wam byście nauczyli się nie przejmować się całym światem i jego opinią, życzę Wam skupienia się na rzeczach ważnych oraz małych dających Wam najwięcej szczęścia. Dla mnie to na przykład wieczorna herbata i patrzenie w niebo, słuchanie wiatru bycie tu i teraz a nie trwanie w planach. Co ma być to będzie, czas może pokazać, że plany zmienią się jak kalejdoskop. Życzę Wam uśmiechu i radości takiej na co dzień oraz mniej smutku. Ten świat jest i tak już dosyć smutny może postanowimy sobie razem więcej się uśmiechać do siebie w lustrze i do innych np na ulicach czy w autobusach? Co wy na to?
Kończąc ten wpis życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!
niedziela, 18 grudnia 2016
I PO CO BYŁY MI TE STUDIA "2"
Przyznam, że ostatni wpis nie krzyczał radością ale był to swoisty protest młodej kobiety która stoi przed dość trudnym wyborem: inwestować w wiedzę czyli karierę czy w najbliższych i planowanie rodziny. Sam wpis moim zdaniem posiadał nutkę humorystyczną ale możliwe, że jedynie ja ją zauważyłam bo pisałam o sobie.
W zasadzie to nie żałuję pójścia na studia, nauczyły mnie one bardzo dużo, nie tylko z zakresu ekonomii ale również o samej sobie. Przede wszystkim walki o rzeczy i osoby na których mi zależy. I jest to dość ważna umiejętność gdy na Twoim roku studiuje mnóstwo osób. Dzięki studiom posiadłam wiedzę z zakresu psychologi dzięki czemu łatwiej mi postępować z ludźmi, nie mówiąc już o wiedzy ekonomicznej dzięki, której łatwiej poruszać się w codziennym świecie. Poprzedni wpis nie zakładał również, że da się pogodzić rodzinę oraz rozwój zawodowy. Po dłuższym przemyśleniu tematu wydaję mi się, że jest to możliwe. Zakładam, że nie będzie tak idealnie by jednocześnie być osobą zarządzającą innymi a dodatkowo spełnioną mamą dwulatka. Liczę jednak, że uda mi się znaleźć sposób by po powrocie do pracy nadal się rozwijać, być wartościowym pracownikiem a nie mamą na pół etatu.
Duże znaczenie ma tu nastawienie. Jeżeli z góry założy się przegraną to nie warto startować w wyścigu. A biorąc pod uwagę fakt, że planujemy z Niejadkiem powiększenie naszej radosnej dwuosobowej gromadki o jeszcze dwa m&m-sy to dobrze nastawić się pozytywnie na najbliższe lata. Zacząć muszę od siebie, bo Niejadek ma dużo pozytywniejsze nastawienie niż ja. Możliwe, że wynika to z faktu iż jego rozwój zawodowy jest mniej zagrożony.
Naszą wspólną zmianę nastawienia zaczynamy od teraz dzięki czemu, gdy postanowimy starać się o potomstwo będzie nam dużo łatwiej a dodatkowo nie warto niczego odkładać na później. Zaczęliśmy od ustalenia faktu, iż nie chcemy być niedzielnymi rodzicami, czyli nie robimy kariery kosztem rodziny - i nie piszę tu tylko o dzieciach ale również o naszej dwójce. Po drugie będziemy siebie wspierać i po równo wypełniać obowiązki domowo - rodzinne, czyli w zasadzie nic się nie zmieni w tej kwestii bo już teraz całkiem dobrze sobie z tym radzimy. Umówiliśmy się również, że zarówno przed, w trakcie jak i po samej ciąży Niejadek będzie mi pomagał rozwijać moje pasje oraz podnosić lub utrzymywać na bieżąco umiejętności potrzebne do pracy dzięki czemu po powrocie z macierzyńskiego nie wypadnę z obiegu.I najważniejsze w tym zestawieniu, wiem, że Niejadek będzie świetnym tatą, ma ogromne poczucie humoru, nieskończone pokłady troski i opiekuńczości dla najbliższych, ogromne kochające serce a do tego potrafi być stanowczy, można na nim polegać w trudnych momentach a także zna się na sprawach domowo - budowlano - elektronicznych wyśmienicie co daje już teraz dla mnie zestawienie idealnego przyszłego męża i jestem pewna, że te wszystkie cechy stworzą z niego idealnego tatę i wzór do naśladowania.
Mam nadzieję, że wszystkich zaniepokojonych poprzednim wpisem uspokoiłam troszeczkę tymczasem miłego wieczoru i do przeczytania
poniedziałek, 12 grudnia 2016
I PO CO BYŁY MI TE STUDIA
Gimnazjum to były piękne czasy człowiek nie wiedział co chce robić w życiu. On po prostu był tu i teraz nie martwiąc się zbytnio jutrem. I byli też rodzice którzy w całym swoim przekonaniu z dobrymi intencjami dbali o dobre wykształcenie tego człowieka. I tak ganiali za każdą pałę z matmy czy biologi opowiadali o tym, że uczymy się dla siebie (czyli w założeniu na samych 2 dla samego siebie dałoby się przeżyć) ale jednak mamy mieć dobre stopnie bo liceum a potem to i studia czekają. Przy rodzinnym stole większość takich młodych ludzi w oczach swojej rodziny była magistrami / inżynierami z dobrze płatną pracą, no ewentualnie myśleli że może ten ciołek skończy chociaż licencjat i będzie wstanie zarobić na siebie. Jednym słowem zanim młody człowiek zrozumiał co chce robić w życiu miał już to życie zaplanowane. I każde zdanie przy obiedzie, że może jednak pójdę do technikum odbijało się, nie lepiej nie, tam nie ma przyszłości, tylko liceum Ciebie dobrze wykształci a potem to już studia i będziesz szczęśliwym człowiekiem. Znacie to skądś?
U mnie było podobnie, nie żebym nie była wdzięczna moim rodzicom za ich zapał, w sumie to należałam do osób lubiących mieć dobre oceny i nie że lubiłam się uczyć, ja po prostu uwielbiam być najlepsza co jest też moją wadą częściowo, bo nie umiem odpuszczać. Ale wróćmy do tematu. Idąc do liceum nie miałam pojęcia co chce robić w życiu, ba napiszę więcej nie wiedziałam czym jest życie. Bo co może wiedzieć 13 letnia gówniara o tym jak wygląda codzienność dorosłego. Więc idąc do liceum wybrałam klasę bez dużej ilości matmy (bo jej nie dzierżyłam - zawsze uważałam, że jedyne co człowiekowi dorosłemu potrzebne z matmy to dodaj odejmij by dobrze zapłacić w kasie, oraz podstawy ekonomii by rozumieć założenia podatków, rozliczeń, oraz zarobków i tyle), chemii i biologii. Wybrałam za to geografię i historię bo świat mnie zawsze ciekawił oraz angielski bo przyda się przy poznawaniu świata. Tyle i aż tyle, nie wiedziałam więcej nic.
I tak dwa lata liceum minęły jak mrugnięcie oczu a tu trzeba wybrać przedmioty zdawane na maturze, na podstawie których dostanie się człowiek na studia lub się niedostanie. I tu drugie aaaa jakie studia?? Człowiek nie wie co chce robić a tu studia. I tak wybrałam przedmioty, zdałam nie najgorzej maturę. Wybrałam 3 kierunki studiów, dostałam się na jeden: geografia ze specjalnością ochrona środowiska. I uwaga wylali mnie po semestrze, gdyż nie byłam w stanie wykuć wszystkich stolic i krajów świata łącznie z ich ustrojami politycznymi. I tak jako bodajże 19 letni człowiek usiadłam na przystanku znowu nie wiedząc co dalej...
Jak w większości podobnych historii rodzice wzięli sprawę w swoje ręce, znaleźli uczelnie która przyjęła mnie na zarządzanie po połowie semestru i tak stałam się po tygodniu starań studentką zarządzania. Po latach wiem, że wywalenie ze studiów to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała. Trzy lata studiów minęły mi ponownie za szybko, ponownie sama sobie udowodniłam, że może nie jestem najlepsza ale zaliczam się do najlepszej 3 na roku, co roku ze stypendium powiecie miód malina. Ehh no cóż może i miałam świetne wyniki, dobrą pracę licencjacką z bardzo dobrym wynikiem z obrony. Ale po tych trzech latach znowu wypadało uczyć się więcej bo tym razem usłyszałam zapewne jak większość ludzi w moim wieku: "jak to chcesz zakończyć edukację na licencjacie, magister jest bardzo ważny, to tylko dwa lata". Jak się domyślacie nie zakończyłam edukacji na licencjacie. Postanowiłam iść na studia magisterskie. Po szybkim przekalkulowaniu ofert uczelni (UAM odpadł od razu - wystarczy, że już raz mnie wywalili i mieli fatalne jedzenie na stołówce wydziału geografii) Tak stałam się studentką Uniwersytetu Ekonomicznego na kierunku Ekonomii. Po semestrze szybko trzeba było wybrać specjalizację i padło na Publicystykę Ekonomiczną oraz PR - na którym odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi pisanie (i tu wybaczcie mi za długość tego posta, nawet nie zbliżyłam się do tematu wpisu). I tak studiowałam sobie kolejne dwa piękne lata. Dużo cudownych ludzi, niezapomniane imprezy i długie nocne powroty, ciekawe wykłady, miałam nawet kilka sukcesów. Rąsia rąsia z Panem Balcerowiczem. (Swoją drogą popieram poglądy profesora jeżeli chodzi o ekonomię). Wracając do tematu wpisu, skończyłam studia, znowu z dobrym wynikiem, nie byłam najlepsza ale było dobrze.
Wszystko byłoby dobrze ale tu nagle dzień po obronie (no może dwa po bo najpierw wypadało oblać magistra) wypadało wstać i zacząć być dorosłym. I tu u większości młodych ludzi pojawia się problem. Nie żebym nic nie robiła w trakcie studiów, bo pracowałam w wakacje ale były to prace dorywcze a uzbierane finanse w założeniu miały pójść na pierdoły. W tym momencie pierwszy raz zakiełkowało mi w głowie, że może obrałam złą drogę bo mam 23 - 24 lata, magistra na karku i w sumie nie wiem jak chce zarabiać na życie. Wiem, że jest grono osób, które idąc na studia wiedzą co chcą robić w życiu ale zakładam, że większość płynie myślą jakoś to będzie. I tak trafiłam do firmy eventowej w której poznałam świetnych ludzi, w między czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się, by po czasie z Niejadkiem wyjechać do Anglii. Tutaj owszem docenili moje studia ale byłam średnio 6 lat do tyłu z doświadczeniem w pracy w porównaniu z miejscowymi dzieciakami. Które kończą edukacje plus minus mając 18 lat. Ale co tam powiedziałam sobie doświadczenie zbuduję, mam wiedzę, której im brakuje zawojuje świat! Żyłabym z tą myślą pewnie jeszcze jakiś czas ale w między czasie spotkaliśmy się z Niejadkiem z jego kuzynem i jego narzeczoną. Faceci omawiali xboxa a my przy dobrym piwku (no ok tego piwka było ciut więcej) zaczęłyśmy plotkować. Z oczywistych tematów jak praca, nasi faceci itp. przeszłyśmy do planowania przyszłości. I tu spadło to na nas jak kometa na dinozaury.. Z pozoru śmiech zamienił się w smutną prawdę. Kobieta która planuje mieć dziecko około 30 roku życia zamyka swój rozwój osobisty prawie na 14 lat (przynajmniej w UK bo odbierasz tu dziecko ze szkoły do około 12 roku życia) zakładając 2 dzieci. I tak obliczając 5 lat studiów do 30 pracuje się około 5 lat potem ciąża/ dwie ciąże i czas spędzamy na pracy na pół etatu a powrotem do dziecka do domu. I tak przez czas pół etatowania pracodawca statystycznie nie da nam awansu bo przecież skupimy się na dziecku a nie na zarywaniu życia dla pracy. Oczywiście można zapłacić opiekunce ale czy warto pracować na pełen etat by połowę oddawać obcej kobiecie. Hmm chyba lepsze pół etatu i czas spędzony z dzieckiem. Po tych 15 latach (zaokrąglijmy będzie łatwiej liczyć) mamy 45 lat. Faceci w naszym wieku mają około 25 lat doświadczenia w pracy w międzyczasie porobili kilka kursów dokształcających i są na bieżąco w sytuacji na rynku. Powiedzmy szczerze wypadają lepiej w drodze po awans i wielką karierę, którą obiecywali nam rodzice gdy miałyśmy 16 lat. Po takim rozrachunku łatwo ustaliłam hmm mogłaś zrobić błąd, bo trzeba było zrobić technikum, mieć kwalifikacje, zacząć pracować, zdobywać doświadczenie, studia/ kursy (może i jest trudniej) mogłam robić w międzyczasie i tak w takiej sytuacji myśląc o dziecku miałabym już jakieś doświadczenie i kwalifikacje, dzięki czemu po okresie "z dzieckiem" łatwiej byłoby wrócić do pracy bo byłoby się bardziej wartościowym. A tak cóż zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać swoją przyszłość na kolejne 15 lat bo Marysia czy Majlo mogą dać znać o swoim istnieniu cóż w każdej chwili. I będziemy się z Niejadkiem bardzo cieszyć ale muszę się przygotować by nie patrzeć jak partner wzbija się po szczeblach sukcesu a ja zmieniam pieluszki i gotuję obiadki. Owszem nadal będę z tego dumna bo to równie ciężka praca i będę wspierać Niejadka w każdym momencie jego kariery ale do cholery nie chcę skończyć kariery w miejscu w którym teraz jestem. W końcu zrobiłam studia, mam duże zasoby wiedzy teraz wystarczy ustalić plan by nie wypaść z rynku, utrzymać pozycję a nawet wzrastać. Czy się uda, tego nie wiem, życie pokaże, mam nadzieję, że skłoniłam Was do przemyśleń.
Kończę ten wpis bo przyznam się, że mogłabym go ciągnąć i ciągnąć ale nie chcę dobić Was zbyt mocno a może nie chcę dobić siebie. Miłego wieczoru i do przeczytania. :)
sobota, 10 grudnia 2016
WSPÓLNE PASJE
Mam nadzieję że wiecie jak dobrze być z osobą z którą można dzielić wspólnie pasje lub chociaż gdy ta osoba nie neguje Twoich zainteresowań. Dzięki czemu w ramach zdrowego rozsądku można oddawać się własnemu hobby. Z tego co wiem niestety nie każdy ma to szczęście dlatego też bardzo się cieszę, gdy Niejadek nie ma nic przeciwko gdy godzinami siedzę nad blogiem, książkami lub ręcznie robionymi zabawkami. W drugą stronę myślę, że Niejadek też nie ma najgorzej bo na prawdę lubię gdy on gra na xboxie, nie raz siadam za nim na łóżku i wpatruję się w ekran i jego skupienie. Sam nie wiesz Niejadku jakie fajne miny strzelasz grając :P Ale nie jestem takim biernym podglądaczem, dobrym przykładem może być tu ostatnio rozgrywany Wiedźmin. Gdy Niejadek próbował ustalić co w danym momencie powinien zrobić ja już dawno wiedziałam bo zdążyłam wyszukać potrzebne informacje w internecie. Wiem wiem nie powinno się oszukiwać ale w końcu ja mogłam bo to nie ja byłam graczem. Ja przecież tylko zaspokajałam swoją ciekawość bo jak wiadomo jestem bardzo niecierpliwą osobą.
Muszę się też do czegoś przyznać Niejadek dostał na ostatnie urodziny drugiego pada nie tylko dlatego że o nim marzył ale również bo ja też lubię grać. Chciałam zagarnąć starego pada dla siebie. Wybacz kochanie wydało się ale myślę, że domyślałeś się prawdy :D.
Jeżeli chodzi o mój sposób grania to cóż myślę, że jest z czego się pośmiać. Gram dopiero od roku i to z dużymi przerwami, upodobałam sobie gry wyścigowe. Myślę, że są one najprostsze dla początkujących. Chociaż każdy z moich samochodów po wyścigu wygląda tak, że do prawdziwego samochodu sama bym siebie nie wpuściła. Dodatkowo osoby przyglądający się mojej grze muszą przyzwyczaić się, że na każdym podjeździe podnoszę głowę by zobaczyć co jest dalej, przy każdym zakręcie przechylam się odpowiednio na prawo lub lewo jakby miało to jakkolwiek pomóc. Wiem, że takie zachowania mogą być śmieszne dla kogoś przyglądającego się z boku ale zbyt dużą radość sprawia mi uczenie się grania by się tym przejmować. Swoją drogą czy tylko ja tak późno zauważyłam, że w każdej grze z wyścigami na jezdni są takie strzałki które pokazują jak powinno się jechać? Masakra gdy Niejadek powiedział mi o nich w trakcie gdy już grałam nie wiedziałam o co mu chodzi tak przejęłam się całą resztą ekranu, że żadnej strzałki nie widziałam...
Dodatkowym elementem który jest nieodłączny przy każdym moim graniu (i przyznam się, że nie jestem z niego dumna) jest przeklinanie... Wiem kobiecie nie wypada ale w trakcie takich gier coś we mnie puszcza i nie mogę się pohamować. Może to jest mój taki wentyl emocji po całym stresie w pracy, sama nie wiem. Ale jeżeli miałabym wyobrazić sobie idealne zestawienie wieczoru z Niejadkiem to była by to: gra wyścigowa, rap w tle, wygodna bluza, bokserki i kocyk. Tylko czy Niejadek przeżyje ten rap? To się okaże, przy wspólnym wyborze muzyki do wyścigów ale nie będę się upierać bo wystarczająco mile jest móc coś porobić razem co obojgu nam sprawia przyjemność.
Zmierzając do końca wpisu życzę Wam udanego dnia i do przeczytania.
Zmierzając do końca wpisu życzę Wam udanego dnia i do przeczytania.
piątek, 21 października 2016
OSTATNI ROK
Rok. Dla jednych to bardzo długi okres dla innych bardzo krótki. Biorąc pod uwagę fakt, iż mam 26 lat, rok nie jest niczym aż tak długim a jednak. Przez ostatni rok w moim życiu przytrafiło się wiele rzeczy które zmieniły moje życie o 360 stopni, przez ten rok miałam bardzo wiele wzlotów i upadków, skakałam z radości i tonęłam we łzach. Przez ten rok zdążyłam się rozwieść, zmienić pracę kilkakrotnie, zmienić kraj zamieszkania, ale przede wszystkim zmieniłam swoje podejście do życia. Obecnie staram się nie planować zbyt długo do przodu bo nauczyłam się (w końcu), że życie i tak napisze swój scenariusz a my możemy rozgrywać go tylko na bieżąco.
Nauczyłam się brać życie takim jakim jest, że lepiej się pozytywnie zaskoczyć niż zawieść. Zaczęłam omijać ludzi którzy mi szkodzą, odbierają mi radość, sprawiają, że gasnę. Staram otaczać się osobami, które pomagają mi wzrastać, rozbudzają we mnie radość, sprawiają, że jestem lśniącą gwiazdą. Nauczyłam się też brać ludzi takimi jakimi są, z ich wadami i zaletami, pomagając im przejść przez problemy najlżej jak się da oraz wspierać w ich celach. Oczywiście mówię tu o najbliższych - reszta ludzi mnie lekko mówiąc nie obchodzi, może to wredne ale w zasadzie to nie jestem zbyt miłą osobą, troszczę się o bliskich a nie o cały świat to o wiele łatwiejsze i zdrowsze.
Ten rok jest dla mnie bardzo ważnym okresem ponieważ w moim życiu pojawił się Niejadek - oczywiście był w moim życiu już dużo wcześniej ale jako kolega z pracy - tak znienacka jak tylko można, tak bardzo, że aż samą mnie to zaskoczyło. I jestem wdzięczna za to losowi bo przez ten rok Niejadek nauczył mnie, że na najbliższej osobie można polegać, że jest tak po prostu nie oczekując, akceptując, nawet wtedy gdy na środku pokoju po obudzeniu tupie się nogami, że po co zostało się obudzonym wyrażając się przy tym dość niecenzuralnie, nawet gdy płacze się bez powodu i wtedy gdy samemu opowiedziało się sobie kawał i śmieje się przez 30 minut jak mysz do sera. Niejadek nauczył mnie, że o problemach należy rozmawiać a nie zamiatać je pod dywan. Wcześniej nie umiałam mówić, że coś jest nie tak, nawet najbliższej rodzinie, trzymałam wszystko w sobie czekając na moment przekroczenia poziomu cierpliwości, trzymając na zewnątrz idealną szczęśliwą postawę. Teraz wiem, że to nie było zdrowe, że powinno się rozmawiać, czasem tylko po to by się wygadać bez oczekiwania rad (swoją drogą dawanie rad to najgorszy pomysł, potem będzie, że to co kogoś spotkało to Wasza wina) a czasem by jednak usłyszeć czyjąś opinie, przemyśleć ją i podjąć swoją decyzję co dalej z owym fantem.
Mam wrażenie, że Niejadek sprawił, że jestem lepszą osobą, dzięki niemu zaczęłam kochać siebie całą taką jaką jestem, przestałam udawać kogoś kim nie jestem, zaakceptowałam swoje wady i zalety, powiem więcej zaczęłam pracować nad wadami. Zaakceptowałam to, że jestem wredna i zaczęłam to lubić i nagle życie stało się łatwiejsze, stałam się szczęśliwsza, poczułam się bezpieczna i kochana i zaczęłam kochać szczerze tak po prostu. Oczywiście nadal pojawiają się problemy bo życie to nie bajka, bo życie to pułapka i po co człowiek chciał dorastać, ale łatwiej iść przez codzienne problemy z osobami, które mnie, nas wspierają. Nawet jeżeli część tych osób jest daleko to dobrze czuć ich wsparcie, mam też nadzieję, że te osoby czują, że mogą liczyć na nas, zawsze (jeżeli to możliwe) odbierzemy telefon i będziemy słuchać, gadać lub milczeć, kto co woli. A jeżeli te osoby to czytają i czują, że piszę o nich, to chciałabym Wam tutaj za to wsparcie podziękować. Dziękuję, że jesteście :) Ten rok chciałabym zakończyć z przytupem, więc zrobię dzisiaj jakąś dobrą kolację i przegadam pół nocy z Niejadkiem a potem położę się grzecznie spać bo jutro czas iść ponownie do pracy.
Pisanie do Was tak późną porą jest ryzykowne. I jest takie z kilku powodów, raz, że pisze mi się zbyt dobrze co może przynieść tekst pełen, pierdoł lub niepotrzebnych wyznań, po drugie mało kto może ten tekst przeczytać. Czego oczywiście bym nie chciała bo zależy mi na kontakcie z czytelnikami, jeżeli jacyś istnieją. :) Po trzecie późne pisanie tekstów to późne pójście spać a ja bardzo mało śpię ostatnimi czasy, więc życzę Wam wszystkim udanego roku, otwartości, nieprzespanych nocy wypełnionych rozmowami, dystansu do życia, siebie i innych oraz oczywiście nieprzejmowania się innymi.
Dobranoc i do przeczytania.
poniedziałek, 11 lipca 2016
MAŁE RZECZY
Macie może takie filmy lub książki, które oglądacie regularnie nie tylko dlatego, że je bardzo lubicie ale też dlatego, że przypominają Wam o czymś ważnym? Osobiście mam taki jeden "Ps. I love you", oglądam go zazwyczaj raz na pół roku albo czytam kolejny raz książkę. Przypomina mi on o docenianiu tego co ma się teraz, tych codziennych małych rzeczy o których w pośpiechu zaczynamy zapominać. Zazwyczaj nasze życie składa się z oczekiwania na coś. Bo za rok pojedziemy "tam" na wakacje, za ok dwa lata weźmiemy ślub, bo za pół roku to wynajmiemy już cały dom i będzie nam wygodniej a za kolejne dwa kupimy swój wymarzony domek a przecież jeszcze za kilka miesięcy będą święta więc będzie tak rodzinnie i romantycznie... Robimy tak codziennie. I właśnie dzięki " Ps. I love you" przypominam sobie by doceniać to co jest teraz, te wszystkie małe rzeczy dzięki którym życie jest radośniejsze. Część z Was pewnie prowadzi ostatnio modne słoiczki szczęścia ale to niestety nie dla mnie bo systematyczność nie jest moją mocną stroną :) . I tak na przykład dzisiaj, zmuszona byłam wracać z pracy pieszo bo Niejadek miał inną zmianę niż ja i trasa którą samochodem pokonuje w 15 minut po pracy zajęła mi 1,5 godziny. Ale po drodze miałam okazję przystanąć i podziwiać dziko żyjące króliki, całe stado liczące ok 15 zwierzaków które radośnie kicały po trawniku przy ścieżce, ciesząc się, że akurat teraz wyszło słońce i chwilowo nie pada. Innego dnia miło zaskoczyły mnie nasionka bazylii, które posialiśmy kilka dni temu z Niejadkiem, wieczorem nie było nic widać a rano znienacka wszystkie wykiełkowały. Kolejnym razem po powrocie do domu miałam przemiłą niespodziankę - Niejadek kupił mi muffinkę z okazji pierwszego dnia w nowej pracy, mały gest a ucieszył mnie jak dziecko. Warto doceniać takie drobne rzeczy które przynosi nam życie lub partner, bardziej miło jest dostawać regularnie buziaka w nos na dobranoc niż oczekiwać od partnera dużych prezentów o których i tak zapomnimy a te małe rzeczy wracają w pamięci często, to na przerwie w pracy gdy ze zmęczenia już nie rozumiesz kolegów bo ich angielski jest tak różny od tego uczonego w szkole, lub w trakcie długich wieczorów gdy ukochany pracuje a Ty właśnie wróciłaś z pracy i masz kilka godzin tylko dla siebie. Jestem ciekawa jak u Was idzie docenianie codzienności w porównaniu z planowaniem. Bo jak wiemy życie jest kapryśne i lubi zmieniać nasze plany w sekundę. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przemyślenia i docenienia małych rzeczy. Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











