Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CODZIENNOŚĆ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CODZIENNOŚĆ. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 października 2018

BRUUUUM!


                       Witam Was serdecznie po tej długiej nieobecności. Sama nie wiem skąd się wzięła ale nic na nią nie poradzę. Czasem tak mam, że mimo planów na napisanie kilku postów do przodu, nie piszę przez bardzo długi czas. Ostatnio w naszym świecie sporo się dzieję i jakoś tak nie starczało czasu na pisanie. W tym roku czytam dużo więcej niż przez wszystkie ostatnie lata. Dodatkowo rozpoczęłam ostatnio kurs języka angielskiego, któremu obiecałam poświęcić więcej czasu. W końcu nikt mnie nie zmuszał by go rozpocząć, sama za niego płacę więc nie chce go "odbębnić" i byle jak zdać egzamin końcowy. Dodatkowo nadeszła jesień a wraz z nią wcześniej robi się ciemno i jest generalnie dużo chłodniej przez co nic mi się nie chce. Wszytko to spowodowało, że wraz z Niejadkiem ponownie zaczęliśmy szukać dla mnie samochodu. Tak bym w tym roku już nie jeździła na rowerze w deszczu i nie marzła a dodatkowo nie wykończyła się dojazdami na zajęcia z angielskiego. Tak jak to zawsze gdy ja szukałam samochodu to nic nigdzie nie było, ale gdy tylko Niejadek odpalił jedną stronę to od razu znalazł moją Hope (bo takie autko dostało imię) rezerwując ją po kolejnych 15 minutach. 
I tak oto od trzech tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem swoich własnych uroczych czterech kółek. Przyznam się Wam, że początki były stresujące, nie lubię gdy ktoś mnie poprawia a tutaj jakby się nie dało inaczej. Bo nie da się pamiętać jak dobrze prowadzić po 4 latach nie prowadzenia wcale. W wyniku czego Niejadek musiał rozpocząć nierówną walkę z moją pamięcią i to po nowej właściwej stronie drogi. Ja jak to ja jak zawsze przez pierwsze dwie godziny ziałam ogniem niczym rasowa smoczyca, która przecież wie co robi, by po kolejnych dwóch stać się ponownie małym kotkiem który mruczy jak się go zacznie chwalić. 
Tak oto po trzech dniach krótkich przejażdżek z domu do pracy i z pracy do domu rozpoczęłam swoją pierwszą w pełni samodzielną jazdę moim własnym autkiem do pracy. Mimo początkowego stresu okazało się, że na prawdę lubię prowadzić po angielskiej stronie a
moja Hope jest cudowna. Mimo, że czasem przyspiesza wolniej niż bym chciała to w zupełności spełnia moje wszelkie zapotrzebowania. Teraz już spokojnie wstaje rano, nie stresując się jak jest zimno oraz czy pada, tak samo w pracy bez strachu spoglądam na przerwie przez szybę na moją deszczową okolicę. Nadal mam wiele do pokonania w szczególności parkowanie, które na zatłoczonych parkingach sprawia mi najwięcej trudności ale to tylko kwestia czasu jak i parkowanie będzie bezstresowe. Podsumowując bardzo się cieszę, że Niejadek znalazł to autko a ja stałam się jeszcze bardziej niezależna i otworzyły się przede mną nowe możliwości, które przy jeździe rowerem były nieosiągalne.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

wtorek, 20 marca 2018

BRUDNE OKNA


       Niby nie należę do grupy która podziela myśl, że warto na "coś" czekać, raczej znajduję się w opozycji, która jak mantrę powtarza, że czekanie na to "coś" tylko sprawia, że nie doceniamy tego wszystkiego co nas aktualnie otacza a jak wiadomo cieszmy się tym co jest teraz bo zaraz może tego nie być. No aaale ja naprawdę czekam już na wiosnę i jakoś ciężko mi docenić kolejny zimny dzień, kolejny wietrzny dzień z deszczem, bądź jak w ostatnich dniach kolejny dzień z padającym za oknem śniegiem. Mamy w końcu marzec i myślę, że wszyscy czekamy już na cieplejsze, dłuższe dni, okraszone słoneczkiem, w które będzie można pójść na spacer bez parasola. Chociaż u nas i w deszczowe dni lepiej zabrać kurtkę bo parasol i tak wichura połamie. Więc skończymy mokrzy i źli ale z drugiej strony nikt o zdrowych zmysłach nie chadza na spacery w angielski deszcz(no chyba, że ma się psa no to niestety trzeba).
         No więc w tym czekaniu piętrzę postanowienia o zdrowszym trybie życia, o jedzeniu mniejszej ilości cukru i wszechobecnej w naszym domu czekolady, o powrocie do biegania lub chociaż ćwiczenia w domu. Nieustannie rosło również moje marzenie o czystych oknach w domu. I ja wiem, że to nie takie trudne. Wystarczy wziąć ścierkę. płyn i te okna umyć alee to może w Polsce u nas mimo mieszkania na parterze tak się nie da. Niestety przy planowaniu przestrzennym ktoś wymyślił że ogromne krzaczaste rośliny tuż przed każdym ale to naprawdę każdym oknem to idealny pomysł. No i pomysł może idealny bo nikt mi się pod oknami kręcić nie może ale to tej kategorii zaliczam się również ja i Niejadek także umycie okien po ludzku samodzielnie odpada.  A jak samodzielnie odpada no to zostaje nam firma zajmująca się tym na co dzień i nie tylko zaopatrzona w magiczne kije ze szczotką na końcu, z doprowadzeniem wody dzięki czemu możliwe jest umycie okien i na parterze i na 4 piętrze. Szybko pięknie ładnie i podobno nawet nie drogo. Podobno bo debatuję do Niejadka by znalazł taką firmę, zamówił usługę bo zaraz nic przez nasze okna widać nie będzie. I nie żebym prosiła o niemożliwe bo tych firm tutaj mnóstwo bo nie tylko my mamy takie problemy z dojściem do okien inni też a do tego dodajmy grono ludzi którym się myć okien nie chce i biznes kwitnie. Także jako że nadal nie wiem ile usługa takowa kosztuje znaczy się tylko jedno Niejadek jeszcze nie zamówił takiej usługi ale co go winić sama też mogłam to zrobić. 
Więc nie uwierzycie w moje szczęście, siedzę dzisiaj z kawiszonem na kanapie, rozmyślam nad sensem życia i wtem widzę dwóch jegomościów myjących okna w budynku na przeciw.Zbieram całą odwagę w sobie, podążam ku nim z zapytaniem o numer do zamówienia takowej usługi. Na co czcigodni wykonawcy raczą mnie odpowiedzią, że oni przecież cztery razy w roku myją na naszym osiedlu wszystkie okiennice również moje. Zdziwiona podziękowałam, życzyłam miłego dnia, po czym szybko powróciłam na swoją kanapę do kawy i książki. I tak jak tu mieszkam ponad pół roku nikogo do okien nie było, upierdzielone BYŁY jak jasna dupka, no ale pełna wiary czekałam i faktycznie 10 minut później panowie umyli również nasze okna. Czy okna są teraz czyste, na pewno są czystsze, są również pomazane ale jaki mimo to mamy teraz widok, normalnie więcej światła wpada do mieszkania. Dzięki czemu moja lista postanowień ma odhaczony pierwszy punkt dotyczący okien. Nad resztą nadal pracujemy ale nie można mieć wszystkiego, powoli i resztę odhaczymy bo w końcu do pogodowej wiosny jeszcze sporo czasu więc małymi kroczkami idziemy w stronę wiosny. 

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was swoimi małymi marzeniami. Póki co życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania.

piątek, 26 stycznia 2018

URLOPOWO



           To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.

            Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce. 

          Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...

         Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie. 

         Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.










wtorek, 26 grudnia 2017

CHRISTMAS




                Mam nadzieję, że już wszyscy jesteście najedzeni pysznym świątecznym jedzeniem, objedzeni smacznymi ciastami, wysłuchani w świąteczne utwory bądź kolędy, ucieszeni z rodzinnej atmosfery świąt. My z Niejadkiem właśnie skończyliśmy sernik, który na te święta wyszedł naprawdę przepyszny. Jedyne co zostało to pierniki od mamy i ogromna ilość wszelakiej maści cukierków. Ale spokojnie jako, że na co dzień jestem pełnoetatową Małą Mi to bardzo często łączę to z bywaniem ciasteczkowym potworem co sprawia, że potrafię wcisnąć w siebie ogromne ilości słodyczy. 
                 Tegoroczne święta były dla nas magiczne. Spędziliśmy je w swoim domu, we własnym towarzystwie, niespiesznie, leniwie, jednocześnie z dużą ilością śmiechu, uciechy i dobrej zabawy. Jak co roku przygotowania szły nam dość dobrze, jesteśmy dość dobrze zorganizowaną parą więc łatwo dzielimy i przydzielamy obowiązki. Jak zawsze Niejadek stał na straży porządku, ja natomiast stałam na straży dobrego smaku. I tak oto on sprzątał i podjadał a ja gotowałam i bałaganiłam. W tym roku udało nam się przygotować nasze ulubione potrawy w tym premierowo specjalnie z dedykacją dla Niejadka pierogi bez farszu aka kopytka, bo jeśli zapytacie Niejadka co jest najsmaczniejsze w domowych pierogach to odpowiedź będzie prosta - ciasto. Jedyny farsz jaki Niejadek toleruje do pierogów to owoce. Także tego w tym roku rozpoczęłam naszą nową tradycję pierogów bez farszu dla niego oraz ze szpinakiem dla mnie. Swoją drogą niejadkowe pierogi zrobiły mega furorę, cała rodzina prosiła o fotorelację, kto wie może powinniśmy to opatentować. Oprócz pierogów jak zawsze pojawiła się kapusta z grzybami, zupa grzybowa, kompot z suszu, mięsko, ciasto czekoladowe oraz sernik. Może nie jest to tradycyjne 12 potraw ale dodając owoce oraz inne słodycze będące w domu to jedzenia mieliśmy aż za dużo.
                   Dodatkowo stałym elementem naszych świąt było składanie klocków lego, które Święty Mikołaj zostawił nam pod choinką. W tym roku pierwszy raz otworzyliśmy je po angielsku, czyli w świąteczny poranek 25 grudnia. Troszkę pomogła nam w tym rodzina bo samą wigilię spędzaliśmy poza domem w związku z czym prezenty dla siebie nawzajem pozostawiliśmy w domu. Dzięki utrzymaniu tej tradycji oboje otrzymujemy prezenty, które bardzo nam się podobają, dodatkowo spędzamy świąteczny czas wspólnie na ich składaniu. 
                 Po całym świątecznym obżarstwie postanowiliśmy wybrać się dzisiaj na krótki spacer i jak przystało na porządnych obywateli uk udaliśmy się po drodze do pobliskiego sklepu zobaczyć wyprzedaże i udało nam się znaleźć kilka perełek. Przepiękną poduszkę z kocim akcentem, kilka kosmetyków, oraz kartki świąteczne które zapewne wykorzystamy w przyszłym roku. Zostaje nam jeszcze obejrzeć film, podjeść jeszcze kilka smakołyków i czas wrócić do normalności, bo niestety ale jutro trzeba iść już do pracy. Póki co cieszymy się smakiem pierników, oraz suszonych owoców. 
Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację z naszych świąt.
Życzę Wam miłego wieczoru do przeczytania! 









piątek, 15 grudnia 2017

HOMEMADE CHRISTMAS


           Ostatnie tygodnie spędzamy na przygotowaniach świątecznych. Od dawna mamy ustalone co należy przygotować na wigilię, od dłuższego czasu wszystkie prezenty pochowane są w zakamarkach domu. Choinka stoi w salonie przepięknie ubrana i pachnąca. Jesteśmy praktycznie przygotowani na święta. W ostatnich dniach robiłam przymiarki obrusów, teraz wystarczy je tylko wyprasować by prezentowały się należycie na stole. Ale nie wyobrażajcie sobie że będziemy sprzątać nie wiadomo jak mocno, owszem w planach na nadchodzący tydzień mam sprzątanie ale nie mam zamiaru zepsuć sobie nim humoru czy coś. Będzie czysto ale nie przesadnie czysto. Na początku przyszłego tygodnia mamy w planach przysiąść z Niejadkiem i stworzyć listę świątecznych zakupów, którą później ja zgram z gotowaniem. W tym roku spróbuję rozpocząć gotowanie kilka dni wcześniej tak by nie szykować dań wigilijnych noc przed. W zeszłym roku właśnie tak było i gdyby nie wsparcie Niejadka to nie wiem czy nie zasnęłabym nad pierogami. Dzięki jego wsparciu i żartom udało mi się wszystko ugotować a do tego wyszło to bardzo smacznie. Swoją drogą część z Was zapewne zastanawia się czy Niejadek je cokolwiek na wigilii. A no zjadł i to sporo. Wszystkiego spróbował, pierogi smakowały mu szczególnie w wersji bez farszu i mimo że mogłabym się tu podśmiechiwać to z pełną szczerością muszę przyznać, że zaskoczyło mnie jak chętnie próbował potraw, pomagał w ich przygotowaniu, tym że polubił zupę grzybową oraz kilka innych dań. Jednym słowem zeszłoroczna wigilia była dla nas magiczna, oboje wierzymy że ta również taka będzie. 
            W tym roku postanowiliśmy również wcześniej wysłać wszystkie kartki świąteczne do naszych najbliższych tak by dotarły do nich na czas. Samo wypisywanie życzeń oraz adresów zajęło nam trochę czasu ale w wysyłaniu kartek do bliskich jest jakaś magia. Coś co sprawia, że człowiekowi cieplej w środku na myśl, że jego kartka niedługo dotrze do najbliższych i wywoła uśmiech na ich twarzach. 
          Grudzień to dla nas również czas mikołajek w tym roku przeszliśmy samych siebie kupując sobie wzajemnie dokładnie to samo. Stwierdziliśmy, że jesteśmy sobie tak bliscy iż myślimy bardzo podobnie i stąd ten sam prezent. Dzięki czemu oboje mieliśmy radość z ułożenia zestawu klocków lego dotyczącego kobiet NASA. Sam zestaw układało się bardzo przyjemnie, brakowały tylko podziałów klocków na pod-zestawy przynależące osobno do każdej ze składanych postaci. Ale pomijając ten fakt spędziliśmy cudowny wieczór celebrując wspólną pasję. Z okazji Mikołajek udaliśmy się również do LEGOLANDU w Manchesterze  na wieczór tylko dla dorosłych, gdzie spędziliśmy około trzech godzin na podziwianiu złożonych zestawów, bawiąc się na placu zabaw oraz składając swoje własne dzieła z klocków lego. Niczego nie wygraliśmy ale i tak świetnie było spotkać się z innymi ludźmi podobnie zakręconymi jak my na punkcie LEGO. Łatwo wysnuć wnioski iż grudzień w naszym domu jest pod znakiem tej właśnie marki. I jest w tym dużo prawdy ponieważ ustaliliśmy, że na gwiazdkę możemy zaszaleć z prezentami i kupić sobie wybrane zestawy do składania. Dlatego też już po świętach możecie spodziewać się zdjęć tutaj lub na moim insta z procesu składania. 
            Grudzień to też dla mnie czas prezentów w pracy. W tym roku od secret Santa dostałam gorącą czekoladę oraz płatki śniadaniowe o smaku czekoladowym. Bo jak się okazało połączenie śniadaniowe płatków czekoladowych z gorącą czekoladą jest w Anglii dość specyficzne. Przez co w pracy większość kolegów stwierdziła że moje upodobania śniadaniowe są dziwne i tak ich tą dziwnością zaintrygowałam, że dostałam zestaw śniadaniowy na święta bym mogła celebrować je po swojemu. Przyznam się Wam że to najlepszy prezent do 5 funtów jaki kiedykolwiek dostałam. Z humorem, smakiem wskazujący że osoba obdarowująca dobrze mnie znała. Czy na prawdę moje śniadania są dziwne? Who cares :P Mogę być nawet dziwa w kwestii śniadań nie przeszkadza mi czy innym to odpowiada, dziwi ich, lub obrzydza. Moje śniadanie, nie innych, nie należę do osób które dzielą się z innymi więc nie ma się czym martwić. No może Niejadek ma czym się martwić bo jest jedyną osobą z którą bez namysłu mogę wszystkim się podzielić, jednak wątpię by w tej kwestii chciał z tego korzystać. 
          Powoli kończę ten wpis, tym razem możecie jednak być pewni iż już niedługo do Was znowu napiszę. Także życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 







środa, 15 listopada 2017

KILKA DNI WOLNEGO Z PRZEZIĘBIENIEM



               W ostatnim tygodniu udało mi się złapać kilka dni wolnego tylko dla siebie. 
Od samego początku Niejadek ustalił mi zasadę "odpoczywasz Niunia" czy mi się to udało? W dużym stopniu na pewno, nie oznaczało to jednak zapuszczenia domu i siebie, nadal biegałam z przysłowiowym mopem i ścierą by dom wyglądał tak jak lubię, czyli czysto i przytulnie. I owszem nigdy nie zdam testu perfekcyjnej pani domu. Bo zawsze o czymś zapomnę lub oleję ale WHO CARES! Nasz dom, nasze zasady, ważne, że nam się tu dobrze mieszka i dla nas poziom czystości jest zadowalający. Pomijając sprzątanie w końcu miałam czas skupić się na swoim hobby i powiem Wam szyłam tak intensywnie, że mi poduszek zabrakło z których mogłam wyjmować wnętrze do wypychania moich cudeniek. W ostatnim czasie skupiłam się na ozdobach choinkowych, niektórymi z nich podzielę się z Wami na końcu wpisu. Dodatkowo zadbałam o to by w domu w końcu nie było tak zimo. Bo mimo, że nasz cudowny apartament ma tylko dwa latka (jakbym świętowała urodziny własnego dziecka:P ) to i tak przez okna i parapety tracimy sporo ciepła, wszystko to skłoniło mnie do uszycia pięknych długich poduch na okna, które w okresie jesienno-zimowym dodają uroku i przytulności a dodatkowo pomagają utrzymać ciepło w domu. Już po kilku godzinach od ich uszycia i położenia na ich nowym miejscu w domu zrobiło się cieplej a ja sama paradowałam po domu dumna ze swoich dzieci. Oczywiście w planach szyciowych miałam dużo więcej projektów. Niestety zabrakło mi czasu ale wiem, że w pierwszej wolnej chwili oddam się szyciu. 
            Swój czas wolny poświęciłam również na granie na xboxie. Niejadek przez opłacanie czegoś tam dostał na 10 godzin simsy dzięki czemu już wiem, że to gra dla mnie, pozwala mi się rozluźnić, zapomnieć o stresach w pracy i oddać mojemu zamiłowaniu do gier. Także tego jak tylko gra będzie dostępna do kupienia wiem, że biegnę w moich turbo kaloszach zakupić ją, by wracając do domu zakupić dla mnie i Niejadka przekąski i oddać się wspólnemu graniu. Bo mamy z Niejadkiem plan on buduje domek a ja zarządzam simami. Idealny podział obowiązków domowych. :P
          Pierwszą rzeczą jednak na moim urlopie, dzięki której nabawiłam się przeziębienia - Chociaż wolę żyć w przekonaniu że mój organizm po prostu chce więcej urlopu i dlatego się przeziębił ale zostawmy to bez oceny - była podróż w poszukiwaniu samochodu dla mnie. By spełnić moje marzenie o moim własnym Mini z automatyczną skrzynią biegów. Bo mimo, że jazdę samochodem kocham to mój samokrytycyzm skłania mnie do wniosku, że przy manualnej skrzyni biegów jestem tragicznym kierowcą. Samo poszukiwanie pozwoliło nam się rozeznać się na rynku, dzięki czemu łatwiej będzie nam podjąć ostateczną decyzję. 
         Mam nadzieję, że dobrze czytało się Wam ten wpis po dość długiej moje nieobecności. Jeżeli był trochę nieskładny wybaczcie mi to, sami wiecie jak to jest jak człowiek ciągle psika i kicha... 
        Życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania! 





sobota, 2 września 2017

NO TO ZAGRAJMY W GOLFA



                      Przyznam się Wam na wstępie, że grę w golfa uważałam za nudną. Był to dla mnie jeden z tych sportów w którym w mojej opinii odbija się nudnie piłeczkę bez żadnego och i ach, jedyne co mogłoby zachęcić mnie do golfa to wpuszczenie mnie na pole z aparatem. Może wtedy biorąc pod uwagę otaczającą zieleń i krajobrazy wydałoby mi się to interesujące. Od dłuższego czasu sprzeczałam się z Niejadkiem w żartach, że owszem pojadę z nim poćwiczyć uderzenia ale będę tylko patrzeć i zapewne się zanudzę. No i pojechałam wypożyczyłam nawet dla siebie kij damski i po krótkim przypatrywaniu się Niejadkowi, uznałam, że wiem już wszystko co jest mi potrzebne by wykonać swoje pierwsze idealne uderzenie. I słowo idealne ma tu dość duże znaczenie, kto mnie zna wie że nie lubię próbować nowych rzeczy, w których nie będę dobra, nie lubię się ośmieszać, że coś mi nie wychodzi. Mam z tym dość duży problem ale że na miejscu nie było zbyt wielu ludzi, wszyscy uderzali prawo-ręcznie więc nie było szansy by ośmieszyć się na oczach pozostałych uczestników. No może tylko przed Niejadkiem ale sam dobrze on wie, że gromki śmiech z mojej porażki może poskutkować groźbą braku obiadu (nie ważne, że nie spełnioną bo jak porządna narzeczona zostawiłaby ukochanego bez posiłku). No i staję w końcu na wyznaczonym polu, naprężam się, wyginam jak ten węgorz, gotowa do skoku niczym Małysz na belce startowej, jednym słowem jestem spięta, zwarta i gotowa. Wyginam śmiało swe ciało i wtem słyszę, że źle, źle, źle. Że niby mam wykręcać kolana, pamiętając by były przy tym zgięte, plecy prostować a kijem to nie drapać się po dupce tylko zakręcić za głową jakoś bardziej z gracją. Gotując się w środku myślę, ja Ci jeszcze pokażę... próbuję raz drugi, trzeci ale zawsze moje ciało jakoś się dziwnie wykręca, ręce tańczą swoje cza-cza a nie pięknego walca jak to w golfie etykieta nakazuje. 
Jednym słowem impas głowa wie (tak jej się wmówiło) co ma robić a ciało ni w dziób nie chce tego wykonać i wtem jak ten grom z nieba, jak to jabłko z drzewa w głowę newtona, wpadliśmy z Niejadkiem na niegłupi pomysł. Mimo, że kij dostałam dla praworęcznych, dla leworęcznych nawet nie było. To spróbowałam zrobić zamach jak leworęczna i bach udało się. Tzn. ja nie oceniam, to Niejadek stwierdził, że w końcu, że za pierwszym razem ciało zgrało się z kijem i wykręciło tak jak powinno. Moja oburęczność zaskoczyła nas ponownie jak widać w golfa to ja jestem leworęczna i już... 
Kończąc to rozwodzenie się o moich początkach z golfem już wypatrujemy kupić mi pierwszy jeden tani kij dla leworęcznych kobiet, zapewne z elementami różu tak dla podkreślenia, że to mój. Pojedziemy ponownie razem poćwiczyć i zobaczyć jak mi będzie szło uderzanie dostosowanym do moich potrzeb kijem. Bo przyznać muszę niechętnie, że spodobał mi się golf. No dobra jego podstawy bo z golfem dzisiejsza przygoda nie miała nic wspólnego. Ale spodobało mi się, nawet ten rytmiczny hałas uderzania piłeczek, otaczająca przyroda, króliki biegające w oddali pola, samo ćwiczenie uderzeń no i fakt, że możemy to robić razem z Niejadkiem, dzięki czemu mamy szansę oboje bywać częściej na łonie natury. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

niedziela, 9 lipca 2017

PODRÓŻE NIE-RODZICÓW


             Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie. 

           Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza. 
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp. 
                    
                 Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych. 
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian. 
                 
Więc proszę Was drodzy rodzice, jeżeli czytacie ten wpis oczywiście, postarajcie się wpoić waszym pociechą iż w niektórych miejscach nie wypada się drzeć i przeszkadzać innym, gdyż Ci inni mają prawo do spokoju i ciszy a niekoniecznie do planowania jak uciszyć wszystkie dzieci w okolicy dużą ilością taśmy klejącej np o smaku truskawkowym żeby nie było, że taka ze mnie straszna sadystka bez serca. A co niech dzieci też coś mają z narzuconej im ciszy w tym wypadku smak truskawek...

                Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

sobota, 15 kwietnia 2017

DORASTANIE TO PUŁAPKA



             Witam Was serdecznie po krótkiej nieobecności. Zastanawiam się czasem czy tylko ja będąc dzieckiem chciałam tak bardzo dorosnąć? I ilekroć się na tym łapię pytam siebie "Co ci do cholery nie pasowało w tym leżakowaniu..." Oczywiście bycie dorosłym samo w sobie ma mnóstwo zalet, mama czy tata nie mówią nam, że tego lub tamtego nam nie wolno, nie wtrącają się w nasze wydatki. No chyba, że dotyczy to wesela, które w większości opłacanie jest z ich kieszeni. Ale tak poza tym to mamy wolną rękę. Spać możemy iść o której nam się żywnie podoba. Jeść zasadniczo też możemy co chcemy a co nie chce mi się gotować to przez caluteńki tydzień będę jadła zupę z puszki. Dodatkowo jak to czasem bywało za szkolnych lat nikt nam nie mówi jak mamy chodzić ubrani - bo ta sukienka jest za krótka a paznokcie to można malować dopiero w liceum (i tutaj sama powątpiewam czy którakolwiek młoda osoba jeszcze słyszy takie słowa ale trudno, dla dobra wpisu załóżmy że tak) - czyli wszystko zasadniczo brzmi cudownie. Tylko, że wszyscy wiemy, że nie do końca jest tak kolorowo. Z góry zaznaczam to nie jest wpis typu będę Wam tu marudziła aż do końca, chcę się z Wami za to podzielić kilkoma spostrzeżeniami.

              Jak dobrze wiemy niby we wszystko jako dorośli możemy się ubrać ale przecież jako ci sami dorośli pracujemy i w 99% obowiązuje nas określony strój w pracy - pomijając kilka miejsc w których nasz ubiór nie jest istotny - a to zazwyczaj ogranicza znacznie nasze możliwość. Po drugie w pewnym wieku już pewne zestawienia ubrań są nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś czuję się młodo/ma bogate wnętrze/ itp to droga wolna ale zazwyczaj po 25 roku życia wypadałoby bardziej przykładć uwagę do tego jak się wygląda. Dodatkowo niby możemy iść spać o której chcemy ale przecież nikt za nas rano do pracy nie wstanie, wiec nie licząc piątku czy soboty (jeżeli akurat weekend to nasz czas wolny od pracy) raczej chodzenie spać o której chcemy, myśląc o spotkaniach z przyjaciółmi jest ciężkie do osiągnięcia. Jeżeli spojrzeć na nasze wydatki to i owszem w założeniu czysto teoretycznym możemy nasze ciężko zarobione pieniądze wydawać na co zechcemy ale po odliczeniu czynszu, rachunków za prąd, gaz, samochód, internet, telefon, telewizję, oraz codzienne zakupy nie zawsze zostaje tego tyle ile byśmy chcieli.

               I mniej więcej do tego momentu bycie dorosłym mnie zachwyca, wolność wyboru, poczucie odpowiedzialności, możliwość samodzielnego planowania swojego czasu wolnego - to wszystko jest zachwycające. Ale właśnie ten czas wolny w porównaniu do czasu wolnego z czasów szkoły lub co gorsza studiów często mnie dobija. Od jakiegoś czasu uważam, że młodzież ma za dużo wolnego, co później negatywnie odbija się na życiu dorosłym. Od małego uczą nas że na Boże Narodzenie mamy ponad tydzień wolnego, podobnie w Wielkanoc, w międzyczasie są ferie, które dawały dodatkowe dwa tygodnie i oczywiście wakacje letnie dające dwa miesiące wolności. Cudownie przekształcane w trzy miesiące w czasie studiów. Oczywiście osoby łączące pracę ze studiami traciły czas wakacji ale bądźmy szczerzy większość młodych ludzi studiuje dziennie łapiąc te ostatnie chwile wolności. To wszystko za czasów studiów wydawało mi się piękne teraz jednak uważam, że od dziecka bardziej mi to szkodziło niż pomagało. Nigdy nikt nie przygotowywał mnie, iż po rozpoczęciu pracy moje (nie licząc dokładnie) cztery miesiące wolnego w roku zmniejszą się do około 20 dni na cały rok... I tak zazwyczaj na początku czerwca muszę usilnie walczyć ze spadkiem dobrego humoru bo dopada mnie syndrom straconych wakacji. Dobija mnie myśl o konieczności planowania zaledwie 20 dni na wszystkie ważne okazje w roku dla mnie i Niejadka i jak bym się nie starała nie da się tego pogodzić tak by być w 100% zadowolonym. Możliwe że nasi rodzice czy dziadkowie łatwiej przetrwali ten okres przechodzenia w dorosłe życie ponieważ po szkole mieli dużo więcej obowiązków w domu, dzięki czemu nie mieli aż tyle wolnego co moje pokolenie. Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że to właśnie nasze pokolenie jako jedno z pierwszych sobie z tym nie radzi, aż boję się co będzie z kolejnymi, które mają mniej obowiązków dzięki bezstresowemu wychowaniu. Jestem ciekawa czy i wy macie takie rozterki utraconych wakacji i oczywiście jak sobie z nimi radzicie. Możliwe, że niektórzy z czytających ten wpis dopiero uświadomią sobie, że też mają ten syndrom wakacyjnego spadku nastroju. 


        Powoli kończę moje rozważaniu o dorosłości, jeżeli wpis jest nieskładny to wybaczcie ale pisałam go na dwie raty więc możliwe, że gdzieś zgubiłam wątek :P 


       Dodatkowo wszystkim czytelnikom chciałabym życzyć spokojnej Wielkanocy, życzę Wam odpoczynku, radości, miłości oraz dużo słońca i ciepła za oknem. Życzę Wam miłego dnia i do przeczytania. 

                   

sobota, 25 marca 2017

PIERWSZY ROK W WIELKIEJ BRYTANII


                         Dokładnie rok temu przybyliśmy do Wielkiej Brytanii, późnym wieczorem byliśmy na miejscu, z lotniska odebrał nas kuzyn Niejadka ze swoją narzeczoną, wtedy były to da mnie ledwo znane osoby, po roku zajmują ważne miejsce w moim sercu przeznaczone dla rodziny. Bo tak właśnie ich traktuję. Przyjeżdżając tutaj nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, nie mieliśmy nic załatwione, jedynie cudowne i przytulne miejsce do spania z wspaniałymi, troskliwymi gospodarzami. Jedyne co wiedzieliśmy, że jak my nie damy rady, to nikt inny nie da. Przekonani o wzajemnym wsparciu oraz szaleńczym zawzięciu by nam się udało dotarliśmy w piękną okolicę, którą teraz po roku oboje nazywamy domem, naszym miejscem na ziemi. 
                        Zacznijmy jednak od początku. Jakieś kilka miesięcy przed wylotem wpadliśmy na pomysł, że może by tak zamieszkać w innym kraju, gdzieś gdzie życie jest spokojniejsze, wynagrodzenie adekwatne do wykonywanej pracy, ludzie są szczęśliwsi a okolica będzie nadal zielona. Dość szybko pomyśleliśmy o Anglii, mieszka tutaj rodzina Niejadka, a to bardzo dobra informacja myśląc o starcie w nowym miejscu, o którym prawie nic nie wiemy. Dodatkowo obowiązujące tu prawo jest normalniejsze, ceny o niebo przystępniejsze, po porównaniu kilku czynników szybko podjęliśmy decyzję gdzie jedziemy. Zajęło to nam mniej więcej tyle co wypicie jednej kawy. Ale osoby, które mnie znają wiedzą, że decyzje podejmuję stosunkowo szybko. Po kilku tygodniach mieliśmy już przygotowaną listę rzeczy do zabrania, oraz listę rzeczy do zrobienia przed wylotem. Jeżeli jesteście jej ciekawi dajcie znać, chętnie opiszę ją w innym poście. Po załatwieniu wszystkich rzeczy oraz po zakupieniu prawie wszystkiego co powinniśmy (jak się okazało na miejscu nasza lista była niedoskonała, po czasie udoskonaliłam ją dość mocno) zaczęliśmy się pakować. Samo pakowanie przysporzyło nam trochę zabawy bo jak szybko się okazało 3 walizki na dwie osoby to za mało nawet gdy bierze się tylko te najpotrzebniejsze rzeczy. Dość szybko dokupiliśmy 4 walizkę bo bez niej nie spakowali byśmy się nigdy. Mimo wybrania tylko najpotrzebniejszych rzeczy nie byliśmy w stanie się spakować. Po dokupieniu 4 walizki, spakowaniu naszych rzeczy, dopakowaliśmy rzeczy zakupione dla naszych gospodarzy - statystycznie wódka, papierosy i pasztet ze śliweczką - tak spakowani byliśmy gotowi do odlotu. 
                       Po naszym przylocie spędziliśmy wspólnie Wielkanoc, później kilka dni spędziliśmy na zwiedzaniu, porównywaniu cen i odpoczywaniu lub jak kto woli obijaniu się. Ale jak wiadomo wszytko co dobre szybko się kończy. Przyszedł czas na znalezienie pracy, zadanie to wykonaliśmy dość szybko, dość szybko zaleźliśmy też wymarzony domek. Oczywiście tak jak oglądane wcześniej domy bywały straszne to tak, również pierwsza praca nie była idealna. Ale była, dobra na początek dała nam możliwość opłacenia rachunków oraz zakupu jedzenia. Dość szybko zmieniliśmy pierwszą pracę, zresztą zmienialiśmy ją kilkukrotnie z różnych powodów. Za to w wynajętym domu pozostaliśmy dłużej, znajdował się on w spokojnej okolicy, sąsiedzi byli przemili, jedyne co na mały minusik to odległość od pracy. Ale jak postanowiliśmy szukaliśmy plusów w minusach i tak dzięki dalekim odległościom do pokonywania bardzo szybko kupiliśmy samochód oraz dodatkowo rower, który znacznie ułatwił mi dojazd do pracy. Po zakupie samochodu rzeczy takie jak zakupy czy dojazd do pracy stały się dla nas przyjemności a dodatkowo mogliśmy w końcu zwiedzać okolicę na własną rękę co było dla nas ogromnym ułatwieniem i dawało nam zawsze dużo radości. Czas mijał, nasi współlokatorzy się zmieniali my trwaliśmy w tym samym domku. Z czasem ja dostałam się do IKEA gdzie jestem do teraz. Swoją drogą bardzo chwalę sobie to miejsce pracy, bardzo mili ludzie, dużo się tutaj nauczyłam, wiem, że jeszcze trochę w tym miejscu zostanę. Niejadek od dłuższego czasu też ma tą samą pracę, więc z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nasze życie tutaj jest stabilne. Dużo spokojniejsze, przepełnione szczęściem i radością. I nie twierdzę, że nie można swojego miejsca na ziemi zbudować w Polsce, zapewne można ale my wybraliśmy jednak inny kraj, jest nam tu dobrze, jak wszędzie bywają trudniejsze dni czy sytuacje, jednak w ogólnym rozrachunku wyszedł nam ten wyjazd na dobre. Po roku w Anglii nasze plany są bardziej sprecyzowane, obecnie myślimy nad zakupem domu, kupieniu kota, pobraniu się oraz założeniu rodziny. Jesteśmy pewni, że całego tego planu nie zrealizujemy w kolejnym roku ale jednak poczynimy pewne kroki by być tych marzeń bliżej. Jedno jest dla nas pewne wszystko jest możliwe, trzeba tylko bardzo tego chcieć. A my bardzo chcemy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 

środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!




niedziela, 5 marca 2017

LENIWA NIEDZIELA


               Leniwe niedziele to dni które lubię najbardziej, chociaż w moim życiu zdarzają się one tylko dwa razy w miesiącu (bo w pozostałe dwie ciężko pracuję) to zawsze je doceniam i czekam na nie jak małe dziecko. I nie przeszkadza mi nawet gdy w te dni pada. No może czasami gdy jednak w zamiast leniwego spędzenia dnia zaplanuję nam wypad nad morze, który swoją drogą póki co jeszcze się nigdy nie udał z różnych przyczyn.A to wody nie było widać bo był odpływ ale był za to piasek, a to było morze ale nie było piasku, tylko beton lub gdy jak ostatnio nasz samochód odmówił jazdy nad morze jakieś 3 mile od celu... Fakt faktem przyzwyczajona do morza czyli woda i piasek jeszcze takiego tu nie widziałam ale spokojnie idzie wiosna więc liczymy że nadrobimy ten fakt. Ale wracając do bardziej leniwych niedziel co dwa tygodnia jest to u nas dzień nie typowy. Bo tylko ja mam wolne, Niejadek zawsze w ten dzień jest w pracy, Na szczęście pracuje od rana więc popołudnie jest nasze, leniwe, bez większego celu, niepretensjonalnie cudowne. Każdą wolną niedzielę rozpoczynam przed 8 rano, wstaję, niespiesznie schodzę po schodach do kuchni w piżamie, naciągniętej bluzie, skarpetkach założonych na lewą stronę, w ręku trzymając kubek z niedopitą zimną herbatą. Zaspana wlewam wodę do czajnika elektrycznego. Wstawiam dwie grzanki, jedna będzie z masłem i czekoladą (dla mnie) druga z masłem i obok położonym na talerzu jogurtem wiśniowym (dla Niejadka). Do tego herbata z cytryna i miodem razy dwa. Gdy śniadanie jest gotowe zabieram się za szykowanie drugiego śniadania. Trzy kanapki z czekoladą tym razem bez masła szybko zawijam w folię, sprawnie rozkrawam w ćwiartki grejpfruta, obieram go ze skórki, następnie krojąc go na mniejsze kawałki, całość ląduje w plastikowym pojemniczku z IKEA. Zaraz później wyciągam dwa energetyki z kuchennej szafki. Wszystkie przygotowane rzeczy trafiają sprawnie do plecaka, została tylko jedna rzecz. Wyjmuję butelkę z wodą, opróżniam ją i uzupełniam ją wodą z kranu. Tak z kranu, wiem wiem jest nie zdrowa ma bakterie ale co nam mamy mówiły przed zjedzeniem owoców? Umyj owoce pod kranem bo są brudne... Także tego uzupełniam butelkę wodą z kranu i dokładam ją do plecaka. Sprawdzam drugi raz czy wszystko jest w środku, dochodzi 8:10 pora więc wspiąć się po schodach tym razem już bez kubka. Budzę Niejadka i czasem jest to sztuka trudna. Obudzony ubrany schodzi za mną do kuchni. Jemy razem śniadanie, pogawędzimy kilka minut, tulimy się dając buziaka na miły dzień i tak Niejadek co niedzielę znika do pracy. Znajomi śmieją się, że wygląda to trochę jak szykowanie dziecka do szkoły i cóż jest w tym trochę prawdy. Przynajmniej mam już w tym wprawę. Szczerzę uwielbiam ten stały rytuał. Bo tym jak Niejadek zamknie za sobą drzwi i zniknie za zamkniętą furtką zazwyczaj przygotowuję sobie kawę i sunę w swoim odlotowo luźnym stroju do sypialni. Spokojnie dopijam kawę, przeglądam facebooka i instagram powoli zasypiając. Po przebudzeniu tak na prawdę zaczynam leniwą część niedzieli. Słodkiego nic nie robienia. Przeplatanego czytaniem książek, pisaniem bloga, piciem hetrolitrów herbaty i kawy, podjadaniem czekolady i krótkimi drzemkami. Tak aż do powrotu Niejadka, po jego powrocie jemy wspólnie obiad a później słodko dalej nic nie robimy. Czasem razem czasem osobno ale jednak niedaleko siebie. Często po obiedzie nasza niedziela rozdziela się na dwie odrębne niedziele nic nie robienia. W jednym pokoju spędzamy czas jednak nie uzależniamy się od siebie. Niejadek zazwyczaj gra na xboxie ja natomiast czytam książki lub piszę do Was słuchając przez słuchawki muzyki która gra stanowczo za głośno. Cóż najwyżej na starość będę ulubioną babcią dla wnuków tą która nic nie słyszy więc można robić co się chce. Dziś dla odmiany słucham najnowszej płyty Ed Sheerana i w tym miejscu Niejadku oświadczam Ci musimy wybrać się na jego koncert w końcu. Te dwie oddzielne niedziele splatają się w krótkich chwilach zejścia do kuchni po więcej herbaty, lub w próbach odebrania mi czekolady, którą opycham się aż mi nie dobrze. Ale moje motto mówi dobra czekolada to na raz zjedzona czekolada. Zresztą po co ją zostawiać na później jak można kupić nową. Poza tym czekoladę w tak dużych ilościach jem tylko raz w tygodniu więc mnie to nie utuczy czy mi nie zaszkodzi. Pomijając te krótkie chwile spędzamy te chwile osobno jednocześnie będąc razem, czując bliskość, miłość przeplatając je wysłaniem sobie całusa lub dopytaniem o grę lub książkę. Dzięki czemu nie męczymy się swoim towarzystwem, a cieszymy się nim i naszymi leniwymi niedzielami. W które bezkarnie nic nie robimy, zbierając energię na kolejny tydzień. 
Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze niedziele, czy spędzacie je sami, czy z waszymi partnerami, a może Wasze niedziele to bardzo napięte dni w które nadrabiacie cały tydzień? Będzie mi miło jeżeli podzielicie się ze mną w komentarzu jak to wygląda u Was. 
Tymczasem życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania.

środa, 1 marca 2017

DOMOWY "SZPITAL"




                Zastanawialiście się kiedyś ile jest prawdy w żarcie, iż kobieta zrozumie jak to jest gdy mężczyzna choruje gdy będzie rodziła? Cóż początkowo uważałam go za typowy męski żart ale myślę, że jest w nim trochę prawdy. Ostatnie trzy tygodnie od powrotu z Polski na zmianę jesteśmy mocniej przeziębieni nasz stan nadal jest daleki od bycia ciężko chorym ale jednak uporczywy katar połączony z podwyższoną temperaturą i węzłami chłonnymi potrafi być bardzo męczący i dać w kość jeżeli trzeba w trakcie takiego przeziębienia ochoczo udawać się do pracy. Oczywiście to, że ta sytuacja ciągnie się trzy tygodnie mogłoby być niepokojące ale jednak trochę w tym naszej winy. Zarówno ja jak i Niejadek mamy problem by trzymać się w takim czasie z dala od siebie z okazywaniem uczuć. Ciągle myślimy, że zwykły całus nic nie pogorszy, lub picie herbaty z jednego kubka.. W ten właśnie sposób prawie już zdrowy Niejadek załatwił sobie ode mnie powiększone węzły chłonne, silny ból gardła połączone z podwyższoną temperaturą. Ja natomiast której już gardło nie bolało znowu je lekko odczuwam. Dotarło do nas dzisiaj, że musimy się postarać i koniec na najbliższy czas z okazywaniem uczuć, całus w czoło lub trzymanie za rękę musi wystarczyć. Ponieważ ile można w dni wolne próbować się doleczyć by potem znowu w dni pracujące się doprawić przebywaniem w chłodnych pomieszczeniach (tak w IKEA też może być czasem zimno, nie mówiąc już o miejscu pracy Niejadka). I tak ostatnia moja nieobecność na blogu spowodowana była, leżeniem w łóżku, kichaniem, smarkaniem, połykaniem tabletek na przeziębienie jak również piciem "herbatek" na grypę oraz naturalnego syropu z cebuli, oczywiście we wszystkich tych czynnościach uczestniczył Niejadek. Tak, tak w tej ostatniej również z czego jestem z niego bardzo dumna. Moja kochana osoba, która po znalezieniu najmniejszego kawałka cebuli w jakimkolwiek dani żądała rozmowy z kierownikiem restauracji w czasie choroby grzecznie (chociaż z miną skwaszonego i ubolewającego mężczyzny) pije dwa razy dziennie ten syrop. Oczywiście można się spierać na ile działają takie domowe leki więc na wszelki wypadek udaliśmy się też do apteki po pomoc. Tak wyposażeni mamy wspólny cel na najbliższe dni - wyzdrowieć. 
                  Wracając do początkowego pytania. Myślę, że w tym żarcie jest sporo prawdy, nie żebym chciała być nie miła i napiszę teraz, że mężczyźni gdy chorują stają się słabi, bezbronni i męczący z punktu widzenia kobiety. Ale coś w tym jest. Nie wiem czy to kwestia wychowania w czasie gdy kobiety były jeszcze dziewczynkami, czy wieloletnie obserwowanie naszych mam ale jakoś gdy my chorujemy świat się nie wali, no może przynajmniej nie tak mocno. Wiedząc, że i tak muszę iść do pracy (mimo tego kataru, temperatury i reszty nieprzyjemnych objawów mocnego przeziębienia), czując potrzebę ugotowania Niejadkowi obiadu, zrobienia prania i wielu innych rzeczy pozwoliłam sobie na jeden wieczór po pracy gdy na prawdę nie mogłam ruszyć się z łóżka, nadal byłam jednak miła i potulna wystarczyło mnie utulić i dać herbatkę bym rano była w stanie jako tako funkcjonować mimo tych samych objawów co wieczór wcześniej. Niejadek ma teraz ten sam ból gardła co ja i dobrze, że miał biedak dzisiaj wolne bo mógł cały dzień leżeć biednie w łóżku i przysłowiowo umierać. To że był przy tym nieznośny i markotny nawet mu wybaczę bo w końcu się poprawił gdy uświadomił sobie że przesadza. Fakt faktem to samo z czym ja lepiej lub gorzej funkcjonowałam jego powaliło chwilowo na łopatki. Ma jednak moje pełne wsparcie. Zaplecze leków i umówioną wizytę u lekarza. Także prognozy są powalająco dobre bo żadne przeziębienie nie trwa wiecznie a wspólnymi staraniami wyleczymy się szybciej. 
Miłego wieczoru i do przeczytania.   

poniedziałek, 13 lutego 2017

WALENTYNKI




             Jutro międzynarodowe święto miłości a mianowicie walentynki. Zawsze w ten dzień zastanawiam się nad sensownością tego święta. Kwiaty w kwiaciarniach są zawsze droższe niż w pozostałe miesiące roku, z każdej strony zalewają nas oferty romantycznych kolacji, wycieczek czy prostych prezentów w postaci słodkiego misia z serduszkiem. Dzięki czemu osoby chcące kupić mi kwiatka na urodziny czy imieniny zazwyczaj potem skarżą się, że dla reszty członków rodziny kwiaty są zwyczajnie tańsze. Dlatego też od kilku lat jasno wszystkim obwieszczam nie kupujcie mi kwiatów ciętych, poproszę za to o kartkę lub książkę. Swoją drogą muszę się z Wami podzielić w tym miejscu swoją wyjątkowością, w większości przypadków owa kartka jest dla mnie ważniejsza niż sam prezent (pomijam znaczącą różnicę cenową pomiędzy kartką a prawie każdym podarkiem), po prostu lubię do nich powracać wczytać się w ich treść. Bo to właśnie ona się dla mnie liczy, lubię przeczytać od bliskiej mi osoby coś od serca. I nawet jeżeli miało by być to coś w stylu "w ostatnim roku byłaś strasznie nieznośna/marudna ale i tak jesteś najważniejsza" bo te słowa/życzenia są szczere, mogą zawierać żartobliwe wspomnienia lub gorące pragnienia. Sama często kupuje kartki dla bliskich mi osób z dużym wyprzedzeniem, gdy odnajdę tą wyjątkową chowam ją gdzieś między książki, gdzie czeka na tą ważną okazję. Niejadku poznając miejsca składowania kartek dla Ciebie proszę Ciebie o wytrwałość i nie zaglądanie tam. 
                   Wracając jednak do tematu dzisiejszego wpisu. Walentynki moim zdaniem przestały być już dawno świętem zakochanych stały się za to ogromną skarbonką dla supermarketów, restauracji, kin czy kwiaciarni. I nie żebym nie świętowała tego dnia owszem świętujemy go z Niejadkiem. Staramy się jednak by ten dzień nie stał się tym jednym w roku w trakcie którego okazujemy sobie oddanie, wsparcie, ciepło czy zrozumienie. Wierzę, że przysłowiowe walentynki powinny trwać cały rok, bo jeżeli mieszkam z Niejadkiem to trudno bym starała się jakoś znacząco mocniej 14 lutego a w pozostałe dni roku liczyła, że ten jeden dzień wystarczy by czuć się ważnym i kochanym. Dzięki czemu nasze obchodzenie walentynek sprowadza się do podarowania sobie kartki zawierającej słowa płynące z serca, a pozostała część dnia jest zazwyczaj taka jak pozostałe dni. Bo dla nas walentynki są na co dzień, więc mamy romantyczne kolacje w domu lub poza nim również w inne miesiące roku, podobnie z prezentami/ kwiatami/ wyznaniami miłosnymi. Dzięki czemu myślę, że tworzymy zgrany związek szanujących się, wspierających się, mających wspólne plany czy pasje i co najważniejsze kochających się dwóch osobowości. Oboje dobrze wiemy, że ta druga połowa nie da nam poczucia szczęścia jeżeli sami nie będziemy szczęśliwi, podobnie jest z poczuciem bezpieczeństwa czy uczuciem miłości. Już w poprzednich wpisach dzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami dotyczącymi uczuć jakimi sami siebie powinniśmy obdarzać by móc być szczęśliwym z partnerem. Nie jestem psychologiem (chociaż przeczytałam kilka książek z psychologii) więc nie musicie się ze mną zgadzać, wierzę jednak, że dopóki nie pogodzimy się ze swoimi wadami, błędami, słabościami, dopóki nie będziemy szczęśliwi sami ze sobą dopóty w naszych związkach nie zaznamy pełni szczęścia i miłości. Jest to praca nad sobą, długotrwała i często mozolna ale warto się starć by później spotkana osoba nie była dla nas jedynym i wyczekiwanym dostarczycielem szczęścia bo tak nie będzie. Jesteśmy w pewnych kwestiach różni z Niejadkiem w innych bardziej podobni niż myśleliśmy ale gdybyśmy nie akceptowali od początku samych siebie nie bylibyśmy w stanie być szczęśliwi ze sobą na co dzień. 
                     Dzięki samoakceptacji, oraz wielu rozmowom stworzyliśmy z Niejadkiem własną wyspę na której walentynki są codziennie a małpa potrafi znaleźć wspólny język z koczkodanem. Na naszej wyspie są zakątki wspólne, miejsca w których dzielimy nasze wspólne pasje ale pojawiają się również miejsca sąsiadujące ze sobą terytorium ale jednak przebywamy tam osobno, pielęgnując nasze osobiste pasje. Oczywiście mamy do tych miejsc wzajemny wstęp, jednak szanujemy nasz czas i nasze pasje pozwalając sobie na chwile odosobnienia. Dzięki wzajemnemu zaufaniu nie zamartwiamy się co robi to drugie nawet gdy jest dość daleko od nas lub gdy nie rozmawiamy przez dłuższy czas bo mimo, że obok siebie to jednak każde z nas w danej chwili robi coś tylko swojego. Oczywiście mogą podnieść się głosy, że zbyt dużo zaufania może prowadzić do nadużyć - oczywiście, że takie osoby mają rację. Nie zapominajmy jednak, że zbyt dużo kontroli jest równie destrukcyjne dla związków. 
                          Dzisiejszy wpis jest zawiera dużo moich rozważań dotyczących związków. Zaczynam zauważać, że od jakiegoś czasu piszę do Was swojego rodzaju felietony, jestem ciekawa czy podobają Wam się tego typu posty, czy nie zanudzam Was przypadkiem zanadto swoimi przemyśleniami. Będę wdzięczna za wszelkie informacje zwrotne. Z okazji walentynek życzę Wam, osób na tyle szalonych by szanowały Wasze osobowości, życzę Wam osób z którymi będziecie mogli dzielić plany i pasję, życzę Wam również miłości i akceptacji samych siebie bo od tego momentu będziecie szczęśliwi i spełnieni niezależnie kto będzie się wokoło Was znajdował. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!  

poniedziałek, 30 stycznia 2017

NAUCZMY SIĘ ODPOCZYWAĆ



                   Tytuł dzisiejszego wpisu może wydawać się dość banalny, bo przecież każdy z nas umie odpoczywać ale czy na pewno? Przyznam się Wam, że ja nadal mam z tym czasami problemy. Myślę, że kobiety mają z tym większe problemy. Cofając się w zakamarki mojej pamięci, przypominam sobie nie raz tatę, który po pracy zasiadał w fotelu z kawą lub herbatą, czytał ulubioną gazetę lub oglądał ulubiony kanał w telewizji, jadł obiad przygotowany przez mamę, później kolejna kawa, odpoczynek na kanapie, zabawa z psem i jakoś tak dzień po pracy mijał na odpoczynku. Mama natomiast zaraz po pracy leciała na zakupy, po powrocie do domu przygotowywała obiad, podawała go mi i tacie z uśmiechem, później pranie, pomoc w lekcjach, kolacja, przygotowanie do pracy i jakoś tak mijał dzień a odpoczynek był, przecież mama usiadła do kawy na dziesięć minut a dłuższy odpoczynek może jutro, pojutrze albo w weekend. I tak mam nieodparte wrażenie, że polki trwają tak cały rok, od porządków do przygotowywania posiłków, cały czas na 100% żeby przypadkiem nie wyjść na złą matkę, żonę, narzeczoną, dziewczynę, ogólnie rzecz biorąc na złą kobietę. I tak na wigilię czy wielkanoc przygotowania zaczynają się co najmniej tydzień wcześniej. Nie do pomyślenia w kanonie polskiej kobiety jest przeleżeć całe popołudnie tak nic nie robiąc (i dodam tu, że jednak coś się robi - odpoczywa), nauczyłyśmy się tego od naszych matek oraz babć i to nic złego na prawdę jednak tempo życia naszych babć było inne od tego teraz. 
 Obecnie kobieta (i przepraszam wszystkich mężczyzn że tak w tym wpisie skupiam się na kobietach)
oprócz przygotowywania posiłków, dbania o dzieci, porządek w domu no i oczywiście o męża dodatkowo zajmują się karierą zawodową, próbując dorównać mężczyzną oraz udowodnić szefowi, że kobieta jako matka wcale nie jest gorszym pracownikiem mimo iż czasem wcześniej musi wyjść z pracy bo dziecko zachorowało itp. I tak często gęsto zabieramy pracę do domu tylko dokładając sobie obowiązków, których w domu jest aż nadto. 
                  Pierwszy raz złapałam się że nie umiem odpoczywać kilka miesięcy temu gdy po kolejnym wolnym weekendzie od pracy złapałam się w poniedziałek, że wcale nie czuję się wypoczęta a przecież miałam cały weekend by znaleźć czas dla siebie. I tak postanowiłam cofnąć się pamięcią jak wyglądała moja sobota i niedziela i co się okazało sama dokładałam sobie obowiązków. Mimo iż pamiętam jak Niejadek wychodząc prosił mnie bym odpoczęła, że nie muszę nic robić. I co zrobiła przykładna matka polka. Wstała, uszykowała śniadanie, w międzyczasie wypiła zimną kawę bo na ciepła nie było czasu. Posprzątałam łazienkę, pokój, zrobiłam pranie, siadając do zimnej kawy w salonie uznałam, że okna na ogród są brudne (i oczywiście, że będą brudne bo nikt ich nie mył przez ostatnie 4 miesiące) i chodziłam wokół nich jak sroka wmawiając sobie, że nic im się nie stanie jak będą jeszcze brudne. Ugotowałam obiad, uszykowałam listę zakupów na poniedziałek, obmyśliłam listę dań na kolejny tydzień, zrobiłam jeszcze kilka rzeczy i tak przyszedł Niejadek. Jak się okazało nie odpoczęłam na własne życzenie. W tym momencie postanowiłam coś zmienić. 
               Od teraz w wolne dni uczę siebie że leżenie na łóżku z książką to nie jest marnotrawienie czasu to jest mój czas dla siebie, na odpoczynek. I nadal jest trudno bo ciężko przyznać się, że w sumie dziś nic nie robiłam (bo matka polka wewnątrz mówi mi że zmarnowałam dzień) ale przecież robiłam ładowałam baterie by być szczęśliwą, promienną dla siebie, dla Niejadka. Oczywiście form odpoczynku jest wiele, musicie tylko zastanowić się co dla Was jest najlepsze. 
             Do wyboru macie aktywny odpoczynek: bieganie, rower, siłownia, pływanie - przyznam, że wybieram tą formę wiosną i latem. Nigdy nie myślałam, że bieganie może tak wyciszyć, uwielbiam to uczucie gdy biegam 30 minut, słucham rapu i wracam mokra jak świnka do domu, zmęczona padnięta ale jednak lekka, szczęśliwa, wolna od trosk. Ta forma odpoczynku sprawdza się u mnie jednak tylko wiosną i latem. Zimną wolę spokojniejszą formę odpoczynku do której zaliczam leżenie na łóżku, czytanie książek, oraz jogę. Póki co odpoczywam najlepiej w trakcie jogi, proces wyjścia z domu na zajęcia jest zbawienny ponieważ nie mogę szukać w głowie co powinnam zrobić zamiast leżeć teraz na kanapie. Czy uda mi się kiedyś odpocząć bez wyrzutu sumienia nie wiem. Zazdroszczę Niejadkowi tej prostej umiejętności odcięcia się od obowiązków, chciałabym tak usiąść w fotelu odpalić konsolę i poświęcić się jej w 100% by po jej wyłączeniu czuć się wypoczętą bez poczucia winy, że tyle mogłam zrobić w tym czasie. Liczę, że kiedyś mi się uda bo przecież będzie tylko trudniej, w momencie gdy pojawią się u nas w rodzinie kolejne m&m będzie mi tylko trudniej. Wiec za cel ustawiłam sobie naukę odpoczynku, prostego i przyjemnego. 
Jestem ciekawa czy wy macie swój sposób na odpoczynek, czy wolicie odpoczynek aktywny czy raczej ten kanapowy. Będzie mi bardzo miło przeczytać w komentarzu jakie są wasze sposoby na zdystansowanie się do piegu o pierwsze miejsce w realizacji obowiązków codziennych. 
            Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!