Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 stycznia 2018

URLOPOWO



           To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.

            Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce. 

          Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...

         Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie. 

         Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.










niedziela, 9 lipca 2017

PODRÓŻE NIE-RODZICÓW


             Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie. 

           Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza. 
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp. 
                    
                 Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych. 
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian. 
                 
Więc proszę Was drodzy rodzice, jeżeli czytacie ten wpis oczywiście, postarajcie się wpoić waszym pociechą iż w niektórych miejscach nie wypada się drzeć i przeszkadzać innym, gdyż Ci inni mają prawo do spokoju i ciszy a niekoniecznie do planowania jak uciszyć wszystkie dzieci w okolicy dużą ilością taśmy klejącej np o smaku truskawkowym żeby nie było, że taka ze mnie straszna sadystka bez serca. A co niech dzieci też coś mają z narzuconej im ciszy w tym wypadku smak truskawek...

                Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!




poniedziałek, 30 stycznia 2017

NAUCZMY SIĘ ODPOCZYWAĆ



                   Tytuł dzisiejszego wpisu może wydawać się dość banalny, bo przecież każdy z nas umie odpoczywać ale czy na pewno? Przyznam się Wam, że ja nadal mam z tym czasami problemy. Myślę, że kobiety mają z tym większe problemy. Cofając się w zakamarki mojej pamięci, przypominam sobie nie raz tatę, który po pracy zasiadał w fotelu z kawą lub herbatą, czytał ulubioną gazetę lub oglądał ulubiony kanał w telewizji, jadł obiad przygotowany przez mamę, później kolejna kawa, odpoczynek na kanapie, zabawa z psem i jakoś tak dzień po pracy mijał na odpoczynku. Mama natomiast zaraz po pracy leciała na zakupy, po powrocie do domu przygotowywała obiad, podawała go mi i tacie z uśmiechem, później pranie, pomoc w lekcjach, kolacja, przygotowanie do pracy i jakoś tak mijał dzień a odpoczynek był, przecież mama usiadła do kawy na dziesięć minut a dłuższy odpoczynek może jutro, pojutrze albo w weekend. I tak mam nieodparte wrażenie, że polki trwają tak cały rok, od porządków do przygotowywania posiłków, cały czas na 100% żeby przypadkiem nie wyjść na złą matkę, żonę, narzeczoną, dziewczynę, ogólnie rzecz biorąc na złą kobietę. I tak na wigilię czy wielkanoc przygotowania zaczynają się co najmniej tydzień wcześniej. Nie do pomyślenia w kanonie polskiej kobiety jest przeleżeć całe popołudnie tak nic nie robiąc (i dodam tu, że jednak coś się robi - odpoczywa), nauczyłyśmy się tego od naszych matek oraz babć i to nic złego na prawdę jednak tempo życia naszych babć było inne od tego teraz. 
 Obecnie kobieta (i przepraszam wszystkich mężczyzn że tak w tym wpisie skupiam się na kobietach)
oprócz przygotowywania posiłków, dbania o dzieci, porządek w domu no i oczywiście o męża dodatkowo zajmują się karierą zawodową, próbując dorównać mężczyzną oraz udowodnić szefowi, że kobieta jako matka wcale nie jest gorszym pracownikiem mimo iż czasem wcześniej musi wyjść z pracy bo dziecko zachorowało itp. I tak często gęsto zabieramy pracę do domu tylko dokładając sobie obowiązków, których w domu jest aż nadto. 
                  Pierwszy raz złapałam się że nie umiem odpoczywać kilka miesięcy temu gdy po kolejnym wolnym weekendzie od pracy złapałam się w poniedziałek, że wcale nie czuję się wypoczęta a przecież miałam cały weekend by znaleźć czas dla siebie. I tak postanowiłam cofnąć się pamięcią jak wyglądała moja sobota i niedziela i co się okazało sama dokładałam sobie obowiązków. Mimo iż pamiętam jak Niejadek wychodząc prosił mnie bym odpoczęła, że nie muszę nic robić. I co zrobiła przykładna matka polka. Wstała, uszykowała śniadanie, w międzyczasie wypiła zimną kawę bo na ciepła nie było czasu. Posprzątałam łazienkę, pokój, zrobiłam pranie, siadając do zimnej kawy w salonie uznałam, że okna na ogród są brudne (i oczywiście, że będą brudne bo nikt ich nie mył przez ostatnie 4 miesiące) i chodziłam wokół nich jak sroka wmawiając sobie, że nic im się nie stanie jak będą jeszcze brudne. Ugotowałam obiad, uszykowałam listę zakupów na poniedziałek, obmyśliłam listę dań na kolejny tydzień, zrobiłam jeszcze kilka rzeczy i tak przyszedł Niejadek. Jak się okazało nie odpoczęłam na własne życzenie. W tym momencie postanowiłam coś zmienić. 
               Od teraz w wolne dni uczę siebie że leżenie na łóżku z książką to nie jest marnotrawienie czasu to jest mój czas dla siebie, na odpoczynek. I nadal jest trudno bo ciężko przyznać się, że w sumie dziś nic nie robiłam (bo matka polka wewnątrz mówi mi że zmarnowałam dzień) ale przecież robiłam ładowałam baterie by być szczęśliwą, promienną dla siebie, dla Niejadka. Oczywiście form odpoczynku jest wiele, musicie tylko zastanowić się co dla Was jest najlepsze. 
             Do wyboru macie aktywny odpoczynek: bieganie, rower, siłownia, pływanie - przyznam, że wybieram tą formę wiosną i latem. Nigdy nie myślałam, że bieganie może tak wyciszyć, uwielbiam to uczucie gdy biegam 30 minut, słucham rapu i wracam mokra jak świnka do domu, zmęczona padnięta ale jednak lekka, szczęśliwa, wolna od trosk. Ta forma odpoczynku sprawdza się u mnie jednak tylko wiosną i latem. Zimną wolę spokojniejszą formę odpoczynku do której zaliczam leżenie na łóżku, czytanie książek, oraz jogę. Póki co odpoczywam najlepiej w trakcie jogi, proces wyjścia z domu na zajęcia jest zbawienny ponieważ nie mogę szukać w głowie co powinnam zrobić zamiast leżeć teraz na kanapie. Czy uda mi się kiedyś odpocząć bez wyrzutu sumienia nie wiem. Zazdroszczę Niejadkowi tej prostej umiejętności odcięcia się od obowiązków, chciałabym tak usiąść w fotelu odpalić konsolę i poświęcić się jej w 100% by po jej wyłączeniu czuć się wypoczętą bez poczucia winy, że tyle mogłam zrobić w tym czasie. Liczę, że kiedyś mi się uda bo przecież będzie tylko trudniej, w momencie gdy pojawią się u nas w rodzinie kolejne m&m będzie mi tylko trudniej. Wiec za cel ustawiłam sobie naukę odpoczynku, prostego i przyjemnego. 
Jestem ciekawa czy wy macie swój sposób na odpoczynek, czy wolicie odpoczynek aktywny czy raczej ten kanapowy. Będzie mi bardzo miło przeczytać w komentarzu jakie są wasze sposoby na zdystansowanie się do piegu o pierwsze miejsce w realizacji obowiązków codziennych. 
            Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!


sobota, 10 grudnia 2016

WSPÓLNE PASJE



                      Mam nadzieję że wiecie jak dobrze być z osobą z którą można dzielić wspólnie pasje lub chociaż gdy ta osoba nie neguje Twoich zainteresowań. Dzięki czemu w ramach zdrowego rozsądku można oddawać się własnemu hobby. Z tego co wiem niestety nie każdy ma to szczęście dlatego też bardzo się cieszę, gdy Niejadek nie ma nic przeciwko gdy godzinami siedzę nad blogiem, książkami lub ręcznie robionymi zabawkami. W drugą stronę myślę, że Niejadek też nie ma najgorzej bo na prawdę lubię gdy on gra na xboxie, nie raz siadam za nim na łóżku i wpatruję się w ekran i jego skupienie. Sam nie wiesz Niejadku jakie fajne miny strzelasz grając :P Ale nie jestem takim biernym podglądaczem, dobrym przykładem może być tu ostatnio rozgrywany Wiedźmin. Gdy Niejadek próbował ustalić co w danym momencie powinien zrobić ja już dawno wiedziałam bo zdążyłam wyszukać potrzebne informacje w internecie. Wiem wiem nie powinno się oszukiwać ale w końcu ja mogłam bo to nie ja byłam graczem. Ja przecież tylko zaspokajałam swoją ciekawość bo jak wiadomo jestem bardzo niecierpliwą osobą. 
                    Muszę się też do czegoś przyznać Niejadek dostał na ostatnie urodziny drugiego pada nie tylko dlatego że o nim marzył ale również bo ja też lubię grać. Chciałam zagarnąć starego pada dla siebie. Wybacz kochanie wydało się ale myślę, że domyślałeś się prawdy :D.
                   Jeżeli chodzi o mój sposób grania to cóż myślę, że jest z czego się pośmiać. Gram dopiero od roku i to z dużymi przerwami, upodobałam sobie gry wyścigowe. Myślę, że są one najprostsze dla początkujących. Chociaż każdy z moich samochodów po wyścigu wygląda tak, że do prawdziwego samochodu sama bym siebie nie wpuściła. Dodatkowo osoby przyglądający się mojej grze muszą przyzwyczaić się, że na każdym podjeździe podnoszę głowę by zobaczyć co jest dalej, przy każdym zakręcie przechylam się odpowiednio na prawo lub lewo jakby miało to jakkolwiek pomóc. Wiem, że takie zachowania mogą być śmieszne dla kogoś przyglądającego się z boku ale zbyt dużą radość sprawia mi uczenie się grania by się tym przejmować. Swoją drogą czy tylko ja tak późno zauważyłam, że w każdej grze z wyścigami na jezdni są takie strzałki które pokazują jak powinno się jechać? Masakra gdy Niejadek powiedział mi o nich w trakcie gdy już grałam nie wiedziałam o co mu chodzi tak przejęłam się całą resztą ekranu, że żadnej strzałki nie widziałam...
                  Dodatkowym elementem który jest nieodłączny przy każdym moim graniu (i przyznam się, że nie jestem z niego dumna) jest przeklinanie... Wiem kobiecie nie wypada ale w trakcie takich gier coś we mnie puszcza i nie mogę się pohamować. Może to jest mój taki wentyl emocji po całym stresie w pracy, sama nie wiem. Ale jeżeli miałabym wyobrazić sobie idealne zestawienie wieczoru z Niejadkiem to była by to: gra wyścigowa, rap w tle, wygodna bluza, bokserki i kocyk. Tylko czy Niejadek przeżyje ten rap? To się okaże, przy wspólnym wyborze muzyki do wyścigów ale nie będę się upierać bo wystarczająco mile jest móc coś porobić razem co obojgu nam sprawia przyjemność.
Zmierzając do końca wpisu życzę Wam udanego dnia i do przeczytania. 

piątek, 21 października 2016

OSTATNI ROK




                     Rok. Dla jednych to bardzo długi okres dla innych bardzo krótki. Biorąc pod uwagę fakt, iż mam 26 lat, rok nie jest niczym aż tak długim a jednak. Przez ostatni rok w moim życiu przytrafiło się wiele rzeczy które zmieniły moje życie o 360 stopni, przez ten rok miałam bardzo wiele wzlotów i upadków, skakałam z radości i tonęłam we łzach. Przez ten rok zdążyłam się rozwieść, zmienić pracę kilkakrotnie, zmienić kraj zamieszkania, ale przede wszystkim zmieniłam swoje podejście do życia. Obecnie staram się nie planować zbyt długo do przodu bo nauczyłam się (w końcu), że życie i tak napisze swój scenariusz a my możemy rozgrywać go tylko na bieżąco. 
Nauczyłam się brać życie takim jakim jest, że lepiej się pozytywnie zaskoczyć niż zawieść. Zaczęłam omijać ludzi którzy mi szkodzą, odbierają mi radość, sprawiają, że gasnę. Staram otaczać się osobami, które pomagają mi wzrastać, rozbudzają we mnie radość, sprawiają, że jestem lśniącą gwiazdą. Nauczyłam się też brać ludzi takimi jakimi są, z ich wadami i zaletami, pomagając im przejść przez problemy najlżej jak się da oraz wspierać w ich celach. Oczywiście mówię tu o najbliższych - reszta ludzi mnie lekko mówiąc nie obchodzi, może to wredne ale w zasadzie to nie jestem zbyt miłą osobą, troszczę się o bliskich a nie o cały świat to o wiele łatwiejsze i zdrowsze. 
                   Ten rok jest dla mnie bardzo ważnym okresem ponieważ w moim życiu pojawił się Niejadek - oczywiście był w moim życiu już dużo wcześniej ale jako kolega z pracy - tak znienacka jak tylko można, tak bardzo, że aż samą mnie to zaskoczyło. I jestem wdzięczna za to losowi bo przez ten rok Niejadek nauczył mnie, że na najbliższej osobie można polegać, że jest tak po prostu nie oczekując, akceptując, nawet wtedy gdy na środku pokoju po obudzeniu tupie się nogami, że po co zostało się obudzonym wyrażając się przy tym dość niecenzuralnie, nawet gdy płacze się bez powodu i wtedy gdy samemu opowiedziało się sobie kawał i śmieje się przez 30 minut jak mysz do sera. Niejadek nauczył mnie, że o problemach należy rozmawiać a nie zamiatać je pod dywan. Wcześniej nie umiałam mówić, że coś jest nie tak, nawet najbliższej rodzinie, trzymałam wszystko w sobie czekając na moment przekroczenia poziomu cierpliwości, trzymając na zewnątrz idealną szczęśliwą postawę. Teraz wiem, że to nie było zdrowe, że powinno się rozmawiać, czasem tylko po to by się wygadać bez oczekiwania rad (swoją drogą dawanie rad to najgorszy pomysł, potem będzie, że to co kogoś spotkało to Wasza wina) a czasem by jednak usłyszeć czyjąś opinie, przemyśleć ją i podjąć swoją decyzję co dalej z owym fantem. 
                  Mam wrażenie, że Niejadek sprawił, że jestem lepszą osobą, dzięki niemu zaczęłam kochać siebie całą taką jaką jestem, przestałam udawać kogoś kim nie jestem, zaakceptowałam swoje wady i zalety, powiem więcej zaczęłam pracować nad wadami. Zaakceptowałam to, że jestem wredna i zaczęłam to lubić i nagle życie stało się łatwiejsze, stałam się szczęśliwsza, poczułam się bezpieczna i kochana i zaczęłam kochać szczerze tak po prostu. Oczywiście nadal pojawiają się problemy bo życie to nie bajka, bo życie to pułapka i po co człowiek chciał dorastać, ale łatwiej iść przez codzienne problemy z osobami, które mnie, nas wspierają. Nawet jeżeli część tych osób jest daleko to dobrze czuć ich wsparcie, mam też nadzieję, że te osoby czują, że mogą liczyć na nas, zawsze (jeżeli to możliwe) odbierzemy telefon i będziemy słuchać, gadać lub milczeć, kto co woli. A jeżeli te osoby to czytają i czują, że piszę o nich, to chciałabym Wam tutaj za to wsparcie podziękować. Dziękuję, że jesteście :) Ten rok chciałabym zakończyć z przytupem, więc zrobię dzisiaj jakąś dobrą kolację i przegadam pół nocy z Niejadkiem a potem położę się grzecznie spać bo jutro czas iść ponownie do pracy.
                 Pisanie do Was tak późną porą jest ryzykowne. I jest takie z kilku powodów, raz, że pisze mi się zbyt dobrze co może przynieść tekst pełen, pierdoł lub niepotrzebnych wyznań, po drugie mało kto może ten tekst przeczytać. Czego oczywiście bym nie chciała bo zależy mi na kontakcie z czytelnikami, jeżeli jacyś istnieją. :) Po trzecie późne pisanie tekstów to późne pójście spać a ja bardzo mało śpię ostatnimi czasy, więc życzę Wam wszystkim udanego roku, otwartości, nieprzespanych nocy wypełnionych rozmowami, dystansu do życia, siebie i innych oraz oczywiście nieprzejmowania się innymi.
                Dobranoc i do przeczytania. 

wtorek, 27 września 2016

CHESTER



                   W ostatnim tygodniu mieliśmy z Niejadkiem pierwszego gościa. Odwiedziła nas mama. Na sam jej przyjazd przygotowywaliśmy się sumiennie ja sprzątałam, Niejadek zaopatrzony w turbo odkurzacz zabijał pająki, uzupełnialiśmy lodówkę i dodatkowo kupiliśmy tonę niepotrzebnych rzeczy. Koniec końców we wtorek byliśmy gotowi na przyjęcie pierwszej osoby w nowym domku na noc. Cały pobyt był dość intensywny bo razem z Niejadkiem chcieliśmy pokazać jak najwięcej rzeczy. Znacie to uczucie gdy odwiedza Was ta pierwsza osoba i nagle w 4 dni chcecie jej pokazać 8 atrakcji gdzie Wam ich poznanie zajęło miesiące? :P Podobno z każdą kolejną osobą pokazuje się mniej a dodatkowo już na miejscu - załóżmy w mieście wartym pokazania- wręcza się dyplomatycznie mapę z dopiskiem jak się znudzisz/zmęczysz/zgubisz to zadzwoń to przyjedziemy po Ciebie. A samemu w tym czasie grzeję się dupkę w ciepłej kawiarni przy dobrej kawie, delektując się ciszą i odpoczynkiem. I tak po takim dniu osoba odwiedzająca (mająca nadal pełno wrażeń) wraca do domu padnięta a gospodarze spokojnie, wypoczęci w domu mają czas na dalsze odpoczywanie bo gość szybko zasnął. Czy to złe podejście? Genialne w swojej prostocie, pomijając fakt lenistwa - bo komu chciałoby się dygać setny raz tymi samymi uliczkami - to dodatkowo właśnie przez to, że widzi się tę samą atrakcję kolejny raz odbiera się radość jej poznawania naszym bliskim. Podsumowując: goście śpieszcie się bo zapał zwiedzania szybko odchodzi :D



                   Wracając do tytułu wpisu, jednym z miejsc jakie pokazaliśmy mamie było miasteczko Chester, naszym zdaniem jedno z najbardziej urokliwych miejsc w okolicy z dodatkowym bonusem w postaci wszędobylskich wiewiórek, zamieszkujących park, które bardzo chętnie przyjmą każdego orzeszka, którego wypatrzą w Waszych dłoniach. Samo miasto może nie robi aż takiego wrażenia ale centrum z Budyneczkami osadzonymi w dawnym stylu zapiera dech w piersiach. Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przekonają Was do odwiedzenia tego miasta.



                  Dzięki dobrze rozmieszczonym parkingom możecie ze spokojem wybrać się tutaj samochodem, nie martwiąc się również o to, że wydacie zbyt wiele na pozostawienie samochodu w bezpiecznym miejscu, a nie jak to czasem bywa, chcemy przyoszczędzić, pozostawiamy autko gdzieś w bocznej uliczce a po powrocie czeka na nas piękny mandat. W samym Chester poza ścisłym centrum polecamy spacer murami miasta, spacer nad rzeką a kto wie może nawet kurs stateczkiem po rzece (my jeszcze nie korzystaliśmy z tej atrakcji), zwiedzenie katedry - samo zwiedzenie jest bezpłatne zostaniecie tylko zachęceni do wrzucenia datku w wysokości 3 funtów od osoby na dalszą działalność katedry. Sama katedra jest bardzo urokliwa, pełna przepięknych malowideł oraz mozajek, dzięki zamieszczonym wszędzie opisom poznacie jej historię a za dodatkową opłatą 1 funta możecie pomóc w budowie makiety Katedry z klocków LEGO. Przyznam się, że ta forma wspomagania Katedry bardzo przypadła mi do gustu i na pewno przy kolejnej wizycie w tym mieście razem z Niejadkiem dołożymy się do budowy jednocześnie świetnie się przy tym bawiąc. Na koniec zwiedzania będziecie mieli możliwość wypicia kawy lub zjedzenia posiłku w restauracji znajdującej się w Katedrze. Jak to również w przybytkach do zwiedzania bywa na samym wyjściu macie również możliwość zakupienia pamiątek różnej maści. I tutaj z autopsji warto wydać tutaj ciut więcej i kupić pamiątkę z UK bo potem to zostanie Wam zakup kubka w Starbucks swoją mojej ulubionej kawiarni lub na samym lotnisku tuż przed wylotem. Prawie przez to głowy nie utraciliśmy bo oboje z Niejadkiem zarzekaliśmy się mamie, że to w Katedrze przepłaci, że w Warrington to mnóstwo pamiątek itp. I co i pamiątek nie ma, spędziliśmy pół dnia szukając czegokolwiek, głodni wróciliśmy z kubeczkami z mojej kawiarni a później pozostało lotnisko.



                Wspomniałam Wam już o wiewiórkach, które ludzi traktują troszkę jak kochane kotełki daj jeść jak już zakłóciłeś nasz spokój. Z tym, że wiewiórki są tak urocze, że człowiekowi się serce cieszy jak te małe psotniki swoimi delikatnymi łapkami opierają się ufnie na dłoni by odebrać najdelikatniej jak potrafią orzeszka, albo dwa bo akurat zauważyły, że są dwa to przecież nie może się nic zmarnować. I tak będą wracały do Was tak długo aż będą wiedziały, że macie orzeszki. By uspokoić Was na wstępie nie utyją zbyt mocno bo każda z nich większość tego co zabierała zakopywała w ziemi na zimę zapewne. Będę z Wami szczera w Chester mogłabym spędzić cały dzień tylko w tym parku dokarmiając te małe nicponie.


                
               Dlatego jeżeli będziecie mieli dzień wolnego gorąco polecam Wam to miasto jest idealne dla starszych i młodszych, zakochanych i podróżujących samotnie. Tymczasem do napisania, wracam do obserwowania Niejadka przed konsolą mój ulubiony sposób na spędzenie wieczoru. Ja grzeję się jak kotek na łóżku z książką a Niejadek oddaje się grze.




sobota, 30 lipca 2016

DUNHAM MASSEY HALL

     Dawno mnie tutaj nie było ale tak się składa, że czasami dni zlewają się w pośpiechu w bezkształtną masę. Mimo małych rzeczy które wyciągam z każdego z nich nie ma czasami o czym pisać. Na całe szczęście dostałam w grafiku dwa dni wolnego pod rząd dzięki czemu mogę się z Wami podzielić dzisiejszą wycieczką, którą Niejadek zaplanował dla mnie w ramach odstresowania i spotkań z naturą. Na początek polecę Wam (jeżeli mieszkacie w Wielkiej Brytanii) członkostwo w National Trust, dzięki czemu przy płatności 9 funtów za dwie osoby miesięcznie macie do swojej dyspozycji prawie 500 miejsc do zwiedzania za darmo. 



     Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla nas wcześnie bo przed 12:00 :P Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanko i mój Niejadek oświadczył zabieram Cię na wycieczkę. Podekscytowana spakowałam się i wyszykowałam w 20 minut. No dobra w 40 w końcu musiałam się wymalować. Dunham Massey Hall znajduje się od Warrington ok 10 mil w związku z czym trasę tę pokonuje się bardzo szybko. Na miejscu czeka na Was ogromny parking więc nawet w weekend spokojnie znajdziecie miejsce. Bilety wstępu bez członkostwa to około 30 funtów na 2 osoby. Do dyspozycji na miejscu po wykupieniu biletów macie przepiękny pałac. W samym pałacu w każdej z sal znajdziecie chętnego do opowieści członka National Trust (chociaż słowo członek jakoś dziwnie nie pasuje:) ). 



        Sam Pałac jest świetnie zachowany unosi się w nim zapach starego drewna, w pomieszczeniach znajdziecie mnóstwo eksponatów w bardzo dobrym stanie. Z góry zaznaczę, że na zwiedzenie samego pałacu potrzebujecie dobrą godzinę więc jest czym się zachwycać. Ja w nim znalazłam jedno miejsce w którym mogliby mnie zamknąć i nie wypuszczać. No może na chwile do łazienki i żeby coś zjeść. Mowa o rodzinnej biblioteczce co tam bibliotece z prawdziwego zdarzenia! Pięknie zdobione stare książki, którymi pachniało w całym pomieszczeniu, o tak różnorodnej tematyce, że każdy znalazłby coś dla siebie. Od geografii po Króla Artura. Jedyny maleński minus za brak możliwości obejrzenia samych książek w środku ale zdaję sobie sprawę, że gdyby tak tysiące osób rocznie oglądało te książki to pewnie dla mnie na dziś nie zostało by nic do oglądania :). 



       W samym pałacu zobaczycie przepiękne sypialnie, pokoje rozrywek, łazienki, kuchnie, spiżarnie, czytelnię, pałacową pralnię. Po zwiedzeniu pałacu możecie się udać do świetnie zachowanego młyna, w którym miły Pan przedstawi Wam historię i opowie jak tutaj wszystko działało. Kolejnym punktem wycieczki jest ogród, który w Polskich realiach można by nazwać parkiem bo był tak ogromy. Sam ogród podzielony jest na kilka części, zimową, różaną, oraz te inne których nazw już nie pamiętam. Zrobił on na nas przepiękne wrażenie, zapach roznoszący się w części różanej był nie do opisania. Kolejnym miejscem do którego warto się udać do park, który jest przeogromny. Warto ponieważ żyje w nim na wolności 150 jeleni, które spacerują swobodnie między zwiedzającymi. I chociaż liczba tych zwierząt powala to przy tak dużym terenie myślę, że mieliśmy ogromne szczęście spotkać dziś dwa z nich.



         Na sam koniec mogę Wam polecić sklepik w którym nabyliśmy magnes na lodówkę - takie moje hobby by zbierać magnesy z miejsc w których byłam. A do tego mnóstwo przetworów od nalewek, piwa, po marmolady, musztardy, herbaty, czekolady i tonę innych pamiątek. 
      Cały obiekt wyposażony jest w bardzo czyste toalety, rozmieszczone dość często dzięki czemu nie ma problem u gdy podróżujecie z dziećmi, nie jestem pewna czy każda z nich, ale ta w głównym budynku ma dodatkowo pokoje dla mam i maluszków. Cały obiekt jest przyjazny naszym pupilom, bardzo często spotkacie porozstawiane miski ze świeżą wodą. Znajdziecie tu również restaurację - nie dam jednak jej opinii bo po prostu do niej nie zaszliśmy. 



       Z rzeczy ciekawych mając członkostwo w dziedzictwie narodowym możecie się nastawić na darmową wycieczkę ale uszykujcie jednak drobniaki, na jednej z dróg dojazdowych zaskoczył nas płatny odcinek drogi w wysokości 12 pensów :D. Tym radosnym akcentem kończę dzisiejszy wpis, zapraszam Was do obejrzenia zdjęć poniżej, życzę Wam również udanego wieczoru :) 









piątek, 8 lipca 2016

POCZĄTKUJĄCY OGRODNICY



          Jakiś czas temu rozpoczęłam pracę w dużej sieci sklepów wyposażenia domu (ale o tym wpis innym razem) po kolejnym dniu pracy zrobiliśmy z Niejadkiem małe zakupy, w tym zestaw początkującego ogrodnika w którym do zasadzenia znajdowała się bazylia i pomidory. Produkt ten kupiliśmy na przecenie gdyż termin zalecanego wysiewu już minął ale nie zniechęca nas to i liczymy, że chociaż bazylia urośnie :)



         W zakupionym zestawie jak widać na zdjęciu znajdowała się worek - doniczka na wyrośnięte już roślinki oraz małe pudełeczka mające posłużyć za mini szklarnie, za zadanie sadzenia naszego pierwszego ogródka zabraliśmy się na poważnie. Rozpoczynając proces od czytania instrukcji, w której znaleźliśmy o dziwo tylko w j. polskim drobny błąd sugerujący, iż zakupiliśmy chili i tymianek :P Po przeczytaniu instrukcji wspólnie zasiedliśmy na podłodze i rozpoczęliśmy proces sadzenia. Efekty widać na zdjęciach.



Teraz pozostaje nam tylko utrzymywać ziemię mokrą i wyczekiwać pierwszych malutkich roślinek. Czekamy z niecierpliwością i jak małe dzieci zaglądamy co dziennie do mini szklarni oceniając postępy. Obiecuje dać Wam znać jak nam idzie ogrodnictwo a tymczasem życzę Wam miłego wieczoru.


czwartek, 9 czerwca 2016

WALTON HALL AND GARDENS

         Tak jak Wam obiecałam jeden z pierwszych wpisów o Anglii poświęcę tematyce co zwiedzić. Bo co innego robić gdy nagle dowiadujesz się w pracy że masz wolne a samochód aż czeka by poprowadzić Cię w przepiękne miejsca? Oczywiście zwiedzać i to najlepiej w dobrym towarzystwie. Niejadek jest świetnym towarzyszem przygód dużych i małych. Zawsze przygotowuje trasę i mapy, ma zapas dobrego humoru w kieszeni i aparat którym rejestruje wszystko co warto zarejestrować. :) Po mojej stronie leży przygotowanie przekąsek, wody, napojów energetycznych i jeszcze większej dawki dobrego humoru. 



        Pierwsze miejsce niedaleko Warrington, które chciałabym Wam polecić to Walton Hall and Gardens. Z Warrington do tego miejsca podróżuje się samochodem ok 15-20 minut. Wstęp do samego parku jest bezpłatny, jedyna opłata jaką napotkacie, to opłata za parking. Możecie ze sobą zabrać swojego psiaka ponieważ zwierzęta są tam mile widziane. Polecam zabrać ze sobą duży koc, jedzenie i napoje. W samym parku jest wiele atrakcji rodzinnych, duży bezpieczny plac zabaw, karuzela, golf, zoo - również bezpłatne. Przed wejściem/wyjściem z zoo znajdują się toalety w których spokojnie można myć dłonie sobie i swoim pociechom po głaskaniu zwierząt. W zoo znajdziecie kozy, wiewiórki, kaczki różnych odmian, papugi, guźca, lamy, oraz pawie które są największą atrakcją ponieważ puszczone są one luzem po zoo jak i parku więc macie dużą możliwość by paw spacerował przy waszym kocu, leciał obok Was, przechadzał się obok Was, bądź siedział na ogrodzeniu i spoglądał na Was z góry. W zoo i parku naliczyłam ok 15 pawi ale nie jestem pewna czy nie jest ich więcej. 







        Oprócz części w dużej mierze kierowanej do rodziców z dziećmi, pozostaje duża część parku gdzie można spokojnie odpocząć, poleżeć na kocu i oddać się czytaniu książek. Dodatkowo w samym parku posadzona jest bardzo różnorodna roślinność ułożona między pięknymi alejkami dzięki czemu możecie zarezerwować część czasu na podziwianie kolorowych kwiatów i krzewów. W samym parku znajdziecie dodatkowo kawiarenkę, mobilne lodziarnie oraz kilka toalet dzięki czemu nie musicie martwić się o zaplecze sanitarne. 




         
          Czy mogę dodać coś więcej by zachęcić Was do odwiedzenia tego miejsca? Na pewno dostaje ono ode mnie duży plus za to że jest darmowe, nie licząc ok 2,5 za parking na cały dzień. Sam park mieści się na bardzo dużym terenie więc każdy znajdzie tu miejsce dla siebie. W obiekcie tym jest mnóstwo zieleni dzięki czemu na prawdę da tu się odpocząć bądź wręcz przeciwnie wyszaleć się z dziećmi, psem, partnerem, lub samemu. Dodatkowy atut to fakt, że z okolic Warrington jest tutaj bardzo blisko dzięki czemu nie poświęcamy zbyt wiele czasu na dojazd. 




Mam nadzieję, że chociaż trochę zachęciłam Wam do tego miejsca, ja z Niejadkiem byliśmy nim zachwyceni i wrócimy tutaj na pewno.