Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 października 2018

BRUUUUM!


                       Witam Was serdecznie po tej długiej nieobecności. Sama nie wiem skąd się wzięła ale nic na nią nie poradzę. Czasem tak mam, że mimo planów na napisanie kilku postów do przodu, nie piszę przez bardzo długi czas. Ostatnio w naszym świecie sporo się dzieję i jakoś tak nie starczało czasu na pisanie. W tym roku czytam dużo więcej niż przez wszystkie ostatnie lata. Dodatkowo rozpoczęłam ostatnio kurs języka angielskiego, któremu obiecałam poświęcić więcej czasu. W końcu nikt mnie nie zmuszał by go rozpocząć, sama za niego płacę więc nie chce go "odbębnić" i byle jak zdać egzamin końcowy. Dodatkowo nadeszła jesień a wraz z nią wcześniej robi się ciemno i jest generalnie dużo chłodniej przez co nic mi się nie chce. Wszytko to spowodowało, że wraz z Niejadkiem ponownie zaczęliśmy szukać dla mnie samochodu. Tak bym w tym roku już nie jeździła na rowerze w deszczu i nie marzła a dodatkowo nie wykończyła się dojazdami na zajęcia z angielskiego. Tak jak to zawsze gdy ja szukałam samochodu to nic nigdzie nie było, ale gdy tylko Niejadek odpalił jedną stronę to od razu znalazł moją Hope (bo takie autko dostało imię) rezerwując ją po kolejnych 15 minutach. 
I tak oto od trzech tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem swoich własnych uroczych czterech kółek. Przyznam się Wam, że początki były stresujące, nie lubię gdy ktoś mnie poprawia a tutaj jakby się nie dało inaczej. Bo nie da się pamiętać jak dobrze prowadzić po 4 latach nie prowadzenia wcale. W wyniku czego Niejadek musiał rozpocząć nierówną walkę z moją pamięcią i to po nowej właściwej stronie drogi. Ja jak to ja jak zawsze przez pierwsze dwie godziny ziałam ogniem niczym rasowa smoczyca, która przecież wie co robi, by po kolejnych dwóch stać się ponownie małym kotkiem który mruczy jak się go zacznie chwalić. 
Tak oto po trzech dniach krótkich przejażdżek z domu do pracy i z pracy do domu rozpoczęłam swoją pierwszą w pełni samodzielną jazdę moim własnym autkiem do pracy. Mimo początkowego stresu okazało się, że na prawdę lubię prowadzić po angielskiej stronie a
moja Hope jest cudowna. Mimo, że czasem przyspiesza wolniej niż bym chciała to w zupełności spełnia moje wszelkie zapotrzebowania. Teraz już spokojnie wstaje rano, nie stresując się jak jest zimno oraz czy pada, tak samo w pracy bez strachu spoglądam na przerwie przez szybę na moją deszczową okolicę. Nadal mam wiele do pokonania w szczególności parkowanie, które na zatłoczonych parkingach sprawia mi najwięcej trudności ale to tylko kwestia czasu jak i parkowanie będzie bezstresowe. Podsumowując bardzo się cieszę, że Niejadek znalazł to autko a ja stałam się jeszcze bardziej niezależna i otworzyły się przede mną nowe możliwości, które przy jeździe rowerem były nieosiągalne.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

niedziela, 13 maja 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI




                           Macie tak, że marzy Wam się wielka długa podróż ale samochodem? Tak a może całkowicie nie? No widzicie a nam się tak w głowach ułożyło że nam się zachciało z Anglii do Polski naszym kochanym samochodem powód za: rozruch nowego samochodu oraz możliwość zwiezienia tony dobytku w postaci książek oraz innych bibelotów. Powód na nie: hmm na początku nie było a po podróży? Cóż drugi raz samochodem z domu do Polski to już nie głównie przez zmęczenie, które było ogromne. Za to bardzo chętnie wynajmiemy samochód w Polsce tak by być bardziej mobilnym. 
Ale zacznijmy od początku, ustalając plan podróży wiedzieliśmy że sam wyjazd będzie składał się z pięciu faz:

Faza 1:  podróż z Anglii do Polski
Faza 2:  pobyt w Karpaczu
Faza 3:  pobyt w Warszawie
Faza 4:  pobyt w Poznaniu
Faza 5:  podróż z Polski do Anglii





Tak jak znalezienie hotelu w Karpaczu czy atrakcji do odwiedzenia odbyło się ekspresowo. Tak ustalenie szczegółów podróży z Anglii do Polski nie szło już tak gładko, chodzi głównie o błędne założenie, że znalezienie noclegu na trasie pójdzie gładko i przyjemnie. Mimo, że cała sytuacja wieczoru wygląda teraz dość zabawnie i jest świetnym wspomnieniem to w danym momencie było dosyć kiepsko i nerwowo ale o czym mowa. Z Niejadkiem założyliśmy że jeśli wyjedziemy w nocy z soboty na niedzielę około 1 to na spokojnie dotrzemy na prom, na którym się zdrzemniemy bo podróż trwa około 2 godzin a z promu przeskoczymy szybo przez Francję, Belgię i Niemcy by wieczorem złapać nocleg gdzieś w Polsce. Podróż po Wielkiej Brytanii nocą super, zero korków, nad ranem ładne widoczki. Prom świetne doświadczenie ale drzemka w pierwszą stronę nam nie szła więc tutaj kiepsko ale generalnie mega polecam. Francja minęła szybko bez problemów, w Belgii okazało się że mcdonadlsa to nie uświadczymy więc smuteczek bo frytek z majonezem to nie bardzo także czekaliśmy na Niemcy by zjeść coś ciepłego. Generalnie wszystko szło dobrze do Niemiec które były rozryte całkowicie na autostradach przez co cała podróż wiodła jednym pasem w ciągłym korku, cudownym dodatkiem były niekończące się burze ograniczające widoczność na niecałe 10 metrów przez co podróż była katorgą. I tak po 10 godzinach w Niemczech około godziny 21 zaczęliśmy szukać noclegu. I uwaga okazało się, że  21:00 to już noc, więc wszystkie hotelo - motele się zamykają i nie biorą gości. Zmarnowani zasypiający po godzinie odbijania się od ścianę zadzwoniliśmy pod ostatni motel w okolicy i uwaga udało się ale nie bez haczyka, prowadząca pani mówiła wyłącznie po niemiecku a my wyłącznie po angielsku a wspomnę ponownie rozmawiałam z babeczką przez telefon. Z czeluści mojego umysłu wydobywałam pojedyncze słówka niemieckiego, których przez 10 lat próbowali nauczyć mnie nauczyciele jak widać bezskutecznie. Jedynie co ustaliłam to cena 48 euro za noc oraz że Pani chyba jest w motelu co ustaliła Pani nie wiem ale raczej niewiele. Około 22:30 zajechaliśmy pod jej motel. Cisza jak makiem zasiał, wieś jak z dobrego horroru. Wiecie z cyklu jedziecie sobie radośnie na wycieczkę, nadchodzi wieczór, kija wiedząc czemu coś idzie nie tak np zamykają drogę i jedziecie inną, bądź jak w naszym przypadku coś zmusza was do jechania przez czarną dziurę i wtem okazuję się że nie ma internetu, psy dupą szczekają a z za roku wychodzi maniak z siekierą. No cóż zmęczony człowiek ma różnie pomysły gdy do dociera pod hotel a tam ciemno, właściciela brak, gości nie widać, słychać tylko świerszcze w polu i ogólnie jest ciemno jak w dupie... i czekasz do nędzy kiedy wyskoczy ten z siekierą z za rogu. Po chwili przemyśleń i użycia translatora w celu ustalenia jak powiedzieć "jestem pod twoim hotelem teraz" zadzwoniłam do babeczki ponownie z przetłumaczoną frazą, co ona odpowiedziała nie mam pojęcia, było to coś długiego. W rozpaczy zakończyłam rozmowę z myślą śpimy na zmianę w samochodzie licząc, że nikt nas nie dobije. Jednak po 5 minutach pod hotel zajechała miła pani, myślę że w piżamie okrytej kurtką w samochodzie siedział mąż nie zainteresowany całą sprawą. Po 15 minutach rozmów rysowano-pokazywanych w biurze motelu ustaliliśmy że pani przyjmuję gotówkę w euro (której my nie mamy), bankomat jest daleko, nie wiadomo gdzie (a my jesteśmy zmęczeni) oraz że ewentualne wymeldowanie bez śniadania może być 9 lub 10 bo pani rano jest w hotelu (chyba o to chodziło bo napisała 9:00 i dziesiątą ze znakiem zapytania i pokazała na siebie a potem na ziemie że w tym miejscu...). Na szczęście po kolejnych 5 minutach udało się dogadać że płacimy w gotówce w funtach za pokój bez śniadania, żegnając się z nią życzyliśmy sobie wzajemnie miłego wieczoru i dobrej nocy a co nasz niemiecko - angielski tak się poprawił że się dało. Po wejściu do pokoju okazało się że motel bardzo ładny, czysty, zadbany, także po szybkim prysznicu i dojedzeniu kanapek z podróży padliśmy spać by rano udać się w dalszą podróż. Ale to już w kolejnym wpisie...
Życzę Wam dobrej nocy i do przeczytania.


wtorek, 20 marca 2018

BRUDNE OKNA


       Niby nie należę do grupy która podziela myśl, że warto na "coś" czekać, raczej znajduję się w opozycji, która jak mantrę powtarza, że czekanie na to "coś" tylko sprawia, że nie doceniamy tego wszystkiego co nas aktualnie otacza a jak wiadomo cieszmy się tym co jest teraz bo zaraz może tego nie być. No aaale ja naprawdę czekam już na wiosnę i jakoś ciężko mi docenić kolejny zimny dzień, kolejny wietrzny dzień z deszczem, bądź jak w ostatnich dniach kolejny dzień z padającym za oknem śniegiem. Mamy w końcu marzec i myślę, że wszyscy czekamy już na cieplejsze, dłuższe dni, okraszone słoneczkiem, w które będzie można pójść na spacer bez parasola. Chociaż u nas i w deszczowe dni lepiej zabrać kurtkę bo parasol i tak wichura połamie. Więc skończymy mokrzy i źli ale z drugiej strony nikt o zdrowych zmysłach nie chadza na spacery w angielski deszcz(no chyba, że ma się psa no to niestety trzeba).
         No więc w tym czekaniu piętrzę postanowienia o zdrowszym trybie życia, o jedzeniu mniejszej ilości cukru i wszechobecnej w naszym domu czekolady, o powrocie do biegania lub chociaż ćwiczenia w domu. Nieustannie rosło również moje marzenie o czystych oknach w domu. I ja wiem, że to nie takie trudne. Wystarczy wziąć ścierkę. płyn i te okna umyć alee to może w Polsce u nas mimo mieszkania na parterze tak się nie da. Niestety przy planowaniu przestrzennym ktoś wymyślił że ogromne krzaczaste rośliny tuż przed każdym ale to naprawdę każdym oknem to idealny pomysł. No i pomysł może idealny bo nikt mi się pod oknami kręcić nie może ale to tej kategorii zaliczam się również ja i Niejadek także umycie okien po ludzku samodzielnie odpada.  A jak samodzielnie odpada no to zostaje nam firma zajmująca się tym na co dzień i nie tylko zaopatrzona w magiczne kije ze szczotką na końcu, z doprowadzeniem wody dzięki czemu możliwe jest umycie okien i na parterze i na 4 piętrze. Szybko pięknie ładnie i podobno nawet nie drogo. Podobno bo debatuję do Niejadka by znalazł taką firmę, zamówił usługę bo zaraz nic przez nasze okna widać nie będzie. I nie żebym prosiła o niemożliwe bo tych firm tutaj mnóstwo bo nie tylko my mamy takie problemy z dojściem do okien inni też a do tego dodajmy grono ludzi którym się myć okien nie chce i biznes kwitnie. Także jako że nadal nie wiem ile usługa takowa kosztuje znaczy się tylko jedno Niejadek jeszcze nie zamówił takiej usługi ale co go winić sama też mogłam to zrobić. 
Więc nie uwierzycie w moje szczęście, siedzę dzisiaj z kawiszonem na kanapie, rozmyślam nad sensem życia i wtem widzę dwóch jegomościów myjących okna w budynku na przeciw.Zbieram całą odwagę w sobie, podążam ku nim z zapytaniem o numer do zamówienia takowej usługi. Na co czcigodni wykonawcy raczą mnie odpowiedzią, że oni przecież cztery razy w roku myją na naszym osiedlu wszystkie okiennice również moje. Zdziwiona podziękowałam, życzyłam miłego dnia, po czym szybko powróciłam na swoją kanapę do kawy i książki. I tak jak tu mieszkam ponad pół roku nikogo do okien nie było, upierdzielone BYŁY jak jasna dupka, no ale pełna wiary czekałam i faktycznie 10 minut później panowie umyli również nasze okna. Czy okna są teraz czyste, na pewno są czystsze, są również pomazane ale jaki mimo to mamy teraz widok, normalnie więcej światła wpada do mieszkania. Dzięki czemu moja lista postanowień ma odhaczony pierwszy punkt dotyczący okien. Nad resztą nadal pracujemy ale nie można mieć wszystkiego, powoli i resztę odhaczymy bo w końcu do pogodowej wiosny jeszcze sporo czasu więc małymi kroczkami idziemy w stronę wiosny. 

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was swoimi małymi marzeniami. Póki co życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania.

wtorek, 26 grudnia 2017

CHRISTMAS




                Mam nadzieję, że już wszyscy jesteście najedzeni pysznym świątecznym jedzeniem, objedzeni smacznymi ciastami, wysłuchani w świąteczne utwory bądź kolędy, ucieszeni z rodzinnej atmosfery świąt. My z Niejadkiem właśnie skończyliśmy sernik, który na te święta wyszedł naprawdę przepyszny. Jedyne co zostało to pierniki od mamy i ogromna ilość wszelakiej maści cukierków. Ale spokojnie jako, że na co dzień jestem pełnoetatową Małą Mi to bardzo często łączę to z bywaniem ciasteczkowym potworem co sprawia, że potrafię wcisnąć w siebie ogromne ilości słodyczy. 
                 Tegoroczne święta były dla nas magiczne. Spędziliśmy je w swoim domu, we własnym towarzystwie, niespiesznie, leniwie, jednocześnie z dużą ilością śmiechu, uciechy i dobrej zabawy. Jak co roku przygotowania szły nam dość dobrze, jesteśmy dość dobrze zorganizowaną parą więc łatwo dzielimy i przydzielamy obowiązki. Jak zawsze Niejadek stał na straży porządku, ja natomiast stałam na straży dobrego smaku. I tak oto on sprzątał i podjadał a ja gotowałam i bałaganiłam. W tym roku udało nam się przygotować nasze ulubione potrawy w tym premierowo specjalnie z dedykacją dla Niejadka pierogi bez farszu aka kopytka, bo jeśli zapytacie Niejadka co jest najsmaczniejsze w domowych pierogach to odpowiedź będzie prosta - ciasto. Jedyny farsz jaki Niejadek toleruje do pierogów to owoce. Także tego w tym roku rozpoczęłam naszą nową tradycję pierogów bez farszu dla niego oraz ze szpinakiem dla mnie. Swoją drogą niejadkowe pierogi zrobiły mega furorę, cała rodzina prosiła o fotorelację, kto wie może powinniśmy to opatentować. Oprócz pierogów jak zawsze pojawiła się kapusta z grzybami, zupa grzybowa, kompot z suszu, mięsko, ciasto czekoladowe oraz sernik. Może nie jest to tradycyjne 12 potraw ale dodając owoce oraz inne słodycze będące w domu to jedzenia mieliśmy aż za dużo.
                   Dodatkowo stałym elementem naszych świąt było składanie klocków lego, które Święty Mikołaj zostawił nam pod choinką. W tym roku pierwszy raz otworzyliśmy je po angielsku, czyli w świąteczny poranek 25 grudnia. Troszkę pomogła nam w tym rodzina bo samą wigilię spędzaliśmy poza domem w związku z czym prezenty dla siebie nawzajem pozostawiliśmy w domu. Dzięki utrzymaniu tej tradycji oboje otrzymujemy prezenty, które bardzo nam się podobają, dodatkowo spędzamy świąteczny czas wspólnie na ich składaniu. 
                 Po całym świątecznym obżarstwie postanowiliśmy wybrać się dzisiaj na krótki spacer i jak przystało na porządnych obywateli uk udaliśmy się po drodze do pobliskiego sklepu zobaczyć wyprzedaże i udało nam się znaleźć kilka perełek. Przepiękną poduszkę z kocim akcentem, kilka kosmetyków, oraz kartki świąteczne które zapewne wykorzystamy w przyszłym roku. Zostaje nam jeszcze obejrzeć film, podjeść jeszcze kilka smakołyków i czas wrócić do normalności, bo niestety ale jutro trzeba iść już do pracy. Póki co cieszymy się smakiem pierników, oraz suszonych owoców. 
Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację z naszych świąt.
Życzę Wam miłego wieczoru do przeczytania! 









wtorek, 9 maja 2017

QUARRY BANK MILL



                 Coś ostatnio dawno nic nie pisałam, ale złożyło się na to całkiem sporo, po pierwsze nawał pracy sprawiał, że po powrocie do domu chciałam po prostu zaszyć się pod kocykiem z herbatką oraz książką lub wtulić w Niejadka. Pogoda nie sprzyjała, w związku z czym nie było zbyt wielu sytuacji do opisania, no chyba że kogoś interesuje nasza codzienna lista zakupów, bądź cykl sprzątania. Biorąc pod uwagę fakt iż nie wierzę by kogokolwiek to interesowało, postanowiłam napisać do Was gdy faktycznie będzie co opisywać. A do tego czasu mogłam spokojnie oddawać się czytaniu książek. Dzisiaj jednak po przebudzeniu mimo wcześniej ustalonego dnia postanowiliśmy jednak pojechać na wycieczkę. Po śniadaniu, z aromatyczną kawą usiadłam to naszego atlasu National Trust i dość szybko wybrałam gdzie chciałabym spędzić poniedziałkowe popołudnie, po akceptacji ze strony Niejadka, szybko się zebraliśmy (no może Niejadek szybko, mi zajęło to trochę dłużej) i ruszyliśmy w drogę. Ahoj przygodo! Naszym wyborem padł Quarry Bank Mill czyli największy młyn włókienniczy w naszej okolicy. Jeżeli postanowicie odwiedzić to miejsce, wraz z jego wszystkimi atrakcjami zarezerwujcie sobie spokojnie około 4-5 godzin. My mieliśmy niecałe 4 do zamknięcia obiektu i niestety nie udało nam się nacieszyć przepięknymi ogrodami, w których teraz spotkacie ogromną ilość kwitnących roślin. 



                 Po ustaleniu iż potrzebujemy około 5 godzin by spokojnie nacieszyć się obiektem, warto zwrócić uwagę, iż ceny biletów nie są najtańsze 18 funtów od osoby dorosłej to spora kwota, na szczęście jako członkowie National Trust wstęp na wszystkie atrakcje mieliśmy bezpłatnie. W samym obiekcie znajduje się duży parking, dwa sklepy z pamiątkami dwie kawiarnie, toalety, dodatkowo zwierzęta są mile widziane (warto doczytać szczegóły na stronie internetowej obiektu) także spokojnie można tam spędzić kilka godzin z najbliższymi, nacieszyć się historią, zielenią oraz przestrzenią.



                Jako pierwszy odwiedziliśmy młyn w którym poznaliśmy historię włókiennictwa oraz codzienne obowiązki pracowników młyna. W trakcie zwiedzania pracownicy ukazali nam historię oraz sposób pracowania maszyn. Przyznam, że zaskoczyła mnie ogromnie głośność z jaką one pracowały (a włączano dla zwiedzających tylko kilka z nich) nie wyobrażaliśmy sobie z Niejadkiem jak można było pracować przy takim hałasie 12 godzin dziennie. W trakcie zwiedzania tego obiektu mieliśmy okazję przyjrzeć się pracy koła wodnego, które swoją wielkością robiło znaczne wrażenie. W wielu pomieszczeniach były dodatkowo wystawy dla dzieci, dzięki czemu i najmłodsi mieli odpowiednią dla nich rozrywkę. Sam budynek zachowany jest znakomicie, mimo iż nie dopuszczono nas do większej ilości pomieszczeń to i tak można ocenić jego stan jako bardzo dobry. 
Później udaliśmy do Apprentice House gdzie mogliśmy zobaczyć miejsce zamieszkania dzieci pracujących w młynie. Warto zaznaczyć, że rozpoczynały one swoją pracę zazwyczaj w wieku 9 lat i zamieszkiwały na terenie młyna do 18 roku życia. Formalnie należały one do młyna i nie płacono im za ich pracę. Jednak jak na tamte czasy dzieci pracujące w tym obiekcie miały dużo lepszą sytuację życiową niż w innych tego typu miejscach. Zapewniano im opiekę lekarską, głównie opieraną na zielarstwie lokalnym oraz sprowadzanych z zagranicy goździkach używanych przy leczeniu zębów, dzieci nie wyrzucano na bruk po wypadkach zdarzających się w czasie pracy, starano się je za to wyleczyć i przywrócić do pracy. Chłopcy uczęszczali na lekcje pisania, czytania i podstawowej matematyki, były to około 4 godziny w tygodniu ale jak na tamte czasy to i tak przyzwoity wynik. Dziewczynki uczyły się prac domowych, jak przystało na tamte czasy, uważano że mózg dziewczynki nie były w stanie przyswoić takiej wiedzy. Dodatkowo mogły one liczyć na trzy ciepłe posiłki dziennie, z których jeden zawierał warzywa oraz dwa do trzech posiłków w tygodniu zawierających mięso. W młynie starano się dbać o nie dzięki czemu nie spały w przepełnionych łóżkach (dwie osoby w łóżku), niestety sam ich dom był przepełniony w tamtych czasach dość mocno. Jednoczenie mogło w nim mieszkać do 90 dzieci, przez co musiały one przeskakiwać po łóżkach innych osób by dostać się na swoje własne. Mimo ogromnego przepełnienia i ciężkiej pracy dzieci te często pozostawały w tej pracy również po osiągnięciu 18 roku życia. Wyprowadzały się z ich wspólnego domu, przenosiły się do okolicznych wiosek i stamtąd przybywały do pracy, która była już płatna. Zdaję sobie sprawę, iż w obecnych czasach takie warunki życia czy pracy wydają się straszne ale porównując inne tego typu miejsca pracy lub życie wśród wielodzietnej rodziny bez regularnych posiłków, czy szczątkowej opieki zdrowotnej można delikatnie stwierdzić, że dzieci pracujące w tym młynie miały dużo szczęścia. 
Później udaliśmy się przez ogrody które o tej porze roku zachwycają mnogością barw, zapachów i kształtów do szklarni która jest stosunkowo nowym obiektem. Następnie odwiedziliśmy jedną z okolicznych wiosek, w której małe starodawne domy zachwycały oko połączeniem cegły i białego koloru. 
Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się szybkim tempem do sklepu z pamiątkami, w którym Niejadek kupił mi kolejny do kolekcji magnes na lodówkę. Sam sklep National Trust jak zwykle zachwycał mnogością oferowanych produktów. Zarówno pamiątek z danego obiektu ale również lokalnych wyrobów, zabawek dla dzieci czy ozdób do domu. 





Mam nadzieję, iż swoim opisem oraz zdjęciami zachęciłam Wam do odwiedzenia tego miejsca lub chociaż do rozważenia możliwości wybrania się tam w przyszłości. Zbliżając się nieubłaganie do końca dzisiejszego wpisu życzę Wam dobrej nocy oraz do przeczytania!








sobota, 25 marca 2017

PIERWSZY ROK W WIELKIEJ BRYTANII


                         Dokładnie rok temu przybyliśmy do Wielkiej Brytanii, późnym wieczorem byliśmy na miejscu, z lotniska odebrał nas kuzyn Niejadka ze swoją narzeczoną, wtedy były to da mnie ledwo znane osoby, po roku zajmują ważne miejsce w moim sercu przeznaczone dla rodziny. Bo tak właśnie ich traktuję. Przyjeżdżając tutaj nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, nie mieliśmy nic załatwione, jedynie cudowne i przytulne miejsce do spania z wspaniałymi, troskliwymi gospodarzami. Jedyne co wiedzieliśmy, że jak my nie damy rady, to nikt inny nie da. Przekonani o wzajemnym wsparciu oraz szaleńczym zawzięciu by nam się udało dotarliśmy w piękną okolicę, którą teraz po roku oboje nazywamy domem, naszym miejscem na ziemi. 
                        Zacznijmy jednak od początku. Jakieś kilka miesięcy przed wylotem wpadliśmy na pomysł, że może by tak zamieszkać w innym kraju, gdzieś gdzie życie jest spokojniejsze, wynagrodzenie adekwatne do wykonywanej pracy, ludzie są szczęśliwsi a okolica będzie nadal zielona. Dość szybko pomyśleliśmy o Anglii, mieszka tutaj rodzina Niejadka, a to bardzo dobra informacja myśląc o starcie w nowym miejscu, o którym prawie nic nie wiemy. Dodatkowo obowiązujące tu prawo jest normalniejsze, ceny o niebo przystępniejsze, po porównaniu kilku czynników szybko podjęliśmy decyzję gdzie jedziemy. Zajęło to nam mniej więcej tyle co wypicie jednej kawy. Ale osoby, które mnie znają wiedzą, że decyzje podejmuję stosunkowo szybko. Po kilku tygodniach mieliśmy już przygotowaną listę rzeczy do zabrania, oraz listę rzeczy do zrobienia przed wylotem. Jeżeli jesteście jej ciekawi dajcie znać, chętnie opiszę ją w innym poście. Po załatwieniu wszystkich rzeczy oraz po zakupieniu prawie wszystkiego co powinniśmy (jak się okazało na miejscu nasza lista była niedoskonała, po czasie udoskonaliłam ją dość mocno) zaczęliśmy się pakować. Samo pakowanie przysporzyło nam trochę zabawy bo jak szybko się okazało 3 walizki na dwie osoby to za mało nawet gdy bierze się tylko te najpotrzebniejsze rzeczy. Dość szybko dokupiliśmy 4 walizkę bo bez niej nie spakowali byśmy się nigdy. Mimo wybrania tylko najpotrzebniejszych rzeczy nie byliśmy w stanie się spakować. Po dokupieniu 4 walizki, spakowaniu naszych rzeczy, dopakowaliśmy rzeczy zakupione dla naszych gospodarzy - statystycznie wódka, papierosy i pasztet ze śliweczką - tak spakowani byliśmy gotowi do odlotu. 
                       Po naszym przylocie spędziliśmy wspólnie Wielkanoc, później kilka dni spędziliśmy na zwiedzaniu, porównywaniu cen i odpoczywaniu lub jak kto woli obijaniu się. Ale jak wiadomo wszytko co dobre szybko się kończy. Przyszedł czas na znalezienie pracy, zadanie to wykonaliśmy dość szybko, dość szybko zaleźliśmy też wymarzony domek. Oczywiście tak jak oglądane wcześniej domy bywały straszne to tak, również pierwsza praca nie była idealna. Ale była, dobra na początek dała nam możliwość opłacenia rachunków oraz zakupu jedzenia. Dość szybko zmieniliśmy pierwszą pracę, zresztą zmienialiśmy ją kilkukrotnie z różnych powodów. Za to w wynajętym domu pozostaliśmy dłużej, znajdował się on w spokojnej okolicy, sąsiedzi byli przemili, jedyne co na mały minusik to odległość od pracy. Ale jak postanowiliśmy szukaliśmy plusów w minusach i tak dzięki dalekim odległościom do pokonywania bardzo szybko kupiliśmy samochód oraz dodatkowo rower, który znacznie ułatwił mi dojazd do pracy. Po zakupie samochodu rzeczy takie jak zakupy czy dojazd do pracy stały się dla nas przyjemności a dodatkowo mogliśmy w końcu zwiedzać okolicę na własną rękę co było dla nas ogromnym ułatwieniem i dawało nam zawsze dużo radości. Czas mijał, nasi współlokatorzy się zmieniali my trwaliśmy w tym samym domku. Z czasem ja dostałam się do IKEA gdzie jestem do teraz. Swoją drogą bardzo chwalę sobie to miejsce pracy, bardzo mili ludzie, dużo się tutaj nauczyłam, wiem, że jeszcze trochę w tym miejscu zostanę. Niejadek od dłuższego czasu też ma tą samą pracę, więc z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nasze życie tutaj jest stabilne. Dużo spokojniejsze, przepełnione szczęściem i radością. I nie twierdzę, że nie można swojego miejsca na ziemi zbudować w Polsce, zapewne można ale my wybraliśmy jednak inny kraj, jest nam tu dobrze, jak wszędzie bywają trudniejsze dni czy sytuacje, jednak w ogólnym rozrachunku wyszedł nam ten wyjazd na dobre. Po roku w Anglii nasze plany są bardziej sprecyzowane, obecnie myślimy nad zakupem domu, kupieniu kota, pobraniu się oraz założeniu rodziny. Jesteśmy pewni, że całego tego planu nie zrealizujemy w kolejnym roku ale jednak poczynimy pewne kroki by być tych marzeń bliżej. Jedno jest dla nas pewne wszystko jest możliwe, trzeba tylko bardzo tego chcieć. A my bardzo chcemy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH



         Wybaczcie mi brak obecności przed Świętami ale okazało się, że samodzielne przygotowywanie Wigilii (tzn. gotowałam ja nie mama) jest dość pracochłonne. Co w połączeniu z pracą okazało się nie lada wyzwaniem. W piątek udało mi się zamienić z kolegą i skończyć o 18:30, szybko przejechałam rowerem do domu, wskoczyłam pod prysznic, wypiłam kawę i zaczęłam gotować. Wszystkie przepisy wysłała mi mama więc miałam czym się posiłkować. Na naszej Wigilii zagościły pierogi z kapustą i grzybami, kapusta z grzybami, zupa grzybowa, makiełki, kompot z suszu oraz indyk, którego przygotowywał Niejadek. Sama nie myślałam, że gotowanie zajmie mi aż tyle czasu, tego dnia gotowałam do 2:30 i skończyłam o tej godzinie tylko dlatego bo zaraz po pracy dzielnie pomagał mi Niejadek. Ucierając warzywa na zupę, oraz pomagając w zmywaniu. Przyznam się Wam, że przygotowywanie Wigilii było męczące ale we dwójkę było bardzo przyjemne. Dzięki czemu czas minął nam szybko a zmęczenie nie było tak dokuczliwe. 


                 Po kilku godzinach gotowania pozostało nam położyć się do łóżka, wyspać odrobinę i od rana szykować się dalej. Po śniadaniu zabraliśmy się za sprzątanie i dokończenie potraw dzięki czemu po wspólnej pracy, pozostało nam trochę czasu na spokojny prysznic i wyszykowanie się do kolacji. Do samej kolacji zasiedliśmy z 40 minutowym opóźnieniem bo jak się okazało z współlokatorką przeliczyłyśmy nasze umiejętności podgrzania wszystkiego na czas. Dzięki temu przygotowania minęły nam na zabawnej i radosnej atmosferze. Gdy jedzenie było gotowe połamaliśmy się opłatkiem życząc sobie tego co najlepsze, na szybko zrobiliśmy wspólne zdjęcie przy choince (teraz tylko trzeba je wywołać i będzie zdobić nasz salon) po czym zasiedliśmy do stołu by spałaszować naprawdę dobrą kolację. Jedyne co nie wyszło tak jak miało to pierogi, które wyszły bardziej jak kopytka z dodatkiem nadzienia w środku, dodam, że z tego faktu najbardziej był zadowolony Niejadek, który nie przepada za farszem, więc z przyjemnością zjadł pierogi z zbyt dużą ilością ciasta.



              Po kolacji wprowadziliśmy nietypową tradycję, mianowicie zamiast zabrać się za otwieranie prezentów, kawę i ciasta, postanowiliśmy pozmywać by mieć przyjemniejszy poranek. Później nastał czas na kawę oraz ciasto czekoladowe i makowiec. Idealne zestawienie. Po kolejnej dawce obrzarstwa nadszedł czas na utęsknione prezenty. Wraz z współlokatorami ustaliliśmy sobie budżet na małe podarki dzięki czemu mogliśmy się cieszyć dodatkowymi prezentami. I przyznam, że mimo ich nisko-budżetowości wszyscy się z nich cieszyli (mam przynajmniej taką nadzieję). W moim przypadku był to przeuroczy chodzący renifer, który śpiewa świąteczną piosenkę. Cieszyłam się jak małe dziecko, męcząc wszystkich słuchaniem jego śpiewania przez resztę wieczoru. Dodatkowo okazało się że z Niejadkiem kupiliśmy sobie prezent w tym samym sklepie, mianowicie obdarowaliśmy się lego! Wspólne budowanie naszych prezentów w pierwszy dzień Świąt tak nam się spodobało, że spróbujemy wprowadzić to jako coroczną tradycję. Pod choinką czekało na nas nadal kilka podarków, z których szczególnie jeden wprowadził mnie w niemałe zdumienie. Mianowicie nagle okazało się, że mam jeden prezent za dużo, a za tym prezentem krył się szczery uśmiech Niejadka. Nie czekając długo zabrałam się za jego otwieranie. Jak się szybko okazało zawierał on mikro-zemstę za nadmiernie zapakowany przeze mnie prezent mikołajkowy. W pierwszym pudełku kryły się jeszcze dwa mniejsze, przestrzeń między pudełkami skrywała wnętrze poduszki imitujące śnieg. Na każdym pudełku znajdywałam kolejny bilecik który zmierzał do pewnego pytania związanego z ostatnim pudełeczkiem Przyznam się Wam, że po przeczytaniu ostatniego bileciku jednocześnie zgłupiałam i byłam bardzo szczęśliwa (myślę, że w tej sekundzie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie). Ostatni bilecik pismem Niejadkowym zapytał czy zostanę jego żoną. Oczywiście zgodziłam się i od teraz Święta, które należały do moich ulubionych dni w roku, stały się jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej wyczekiwane. 




                    Wieczór zakończyliśmy wspólną grą karcianą, zakrapianą winem, przepełnioną gromkim śmiechem w przyjacielskiej atmosferze, bez pośpiech czy zazwyczaj wszechobecych zgrzytów rodzinnych. Dla mnie te Święta były dość krótkie bo dzisiaj byłam już w pracy, na szczęście jestem już w domu dzięki czemu mogłam do Was napisać i podzielić się z Wami opowieścią Wigilijną Niejadków. Jeżeli mogę mieć dla Was jakieś rady po przygotowaniu pierwszej Wigilii to na pewno nie warto przygotowywać na siłę 12 potraw. Nam było łatwiej gotując w dwie pary uzbierało się tego trochę. Jednak myślę, że gdy będziemy gotować tylko dla siebie to ugotujemy tylko te ulubione. Ponieważ nie warto szykować zbyt wiele ponad siły, nie potrzebnie tracąc wspólny czas na odpoczynek i przeżywanie ducha Świąt. To samo tyczy się porządków, miło gdy uda nam się odkurzyć pomieszczenie w którym będzie Wigilia, uszykować obrus, zastawę ale sprzątanie w stresie na siłę nie ma sensu - uwierzcie mi na słowo. Myślę, że do kolejnych Świąt przy opiswaniu dla Was przepisów świątecznych dodam jeszcze kilka rad. Póki co wracam do Niejadka cieszyć się świętami. 
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 






poniedziałek, 12 grudnia 2016

I PO CO BYŁY MI TE STUDIA




                  Gimnazjum to były piękne czasy człowiek nie wiedział co chce robić w życiu. On po prostu był tu i teraz nie martwiąc się zbytnio jutrem. I byli też rodzice którzy w całym swoim przekonaniu z dobrymi intencjami dbali o dobre wykształcenie tego człowieka. I tak ganiali za każdą pałę z matmy czy biologi opowiadali o tym, że uczymy się dla siebie (czyli w założeniu na samych 2 dla samego siebie dałoby się przeżyć) ale jednak mamy mieć dobre stopnie bo liceum a potem to i studia czekają. Przy rodzinnym stole większość takich młodych ludzi w oczach swojej rodziny była magistrami / inżynierami z dobrze płatną pracą, no ewentualnie myśleli że może ten ciołek skończy chociaż licencjat i będzie wstanie zarobić na siebie. Jednym słowem zanim młody człowiek zrozumiał co chce robić w życiu miał już to życie zaplanowane. I każde zdanie przy obiedzie, że może jednak pójdę do technikum odbijało się, nie lepiej nie, tam nie ma przyszłości, tylko liceum Ciebie dobrze wykształci a potem to już studia i będziesz szczęśliwym człowiekiem. Znacie to skądś? 
                 U mnie było podobnie, nie żebym nie była wdzięczna moim rodzicom za ich zapał, w sumie to należałam do osób lubiących mieć dobre oceny i nie że lubiłam się uczyć, ja po prostu uwielbiam być najlepsza co jest też moją wadą częściowo, bo nie umiem odpuszczać. Ale wróćmy do tematu. Idąc do liceum nie miałam pojęcia co chce robić w życiu, ba napiszę więcej nie wiedziałam czym jest życie. Bo co może wiedzieć 13 letnia gówniara o tym jak wygląda codzienność dorosłego. Więc idąc do liceum wybrałam klasę bez dużej ilości matmy (bo jej nie dzierżyłam - zawsze uważałam, że jedyne co człowiekowi dorosłemu potrzebne z matmy to dodaj odejmij by dobrze zapłacić w kasie, oraz podstawy ekonomii by rozumieć założenia podatków, rozliczeń, oraz zarobków i tyle), chemii i biologii. Wybrałam za to geografię i historię bo świat mnie zawsze ciekawił oraz angielski bo przyda się przy poznawaniu świata. Tyle i aż tyle, nie wiedziałam więcej nic.
                   I tak dwa lata liceum minęły jak mrugnięcie oczu a tu trzeba wybrać przedmioty zdawane na maturze, na podstawie których dostanie się człowiek na studia lub się niedostanie. I tu drugie aaaa jakie studia?? Człowiek nie wie co chce robić a tu studia. I tak wybrałam przedmioty, zdałam nie najgorzej maturę. Wybrałam 3 kierunki studiów, dostałam się na jeden: geografia ze specjalnością ochrona środowiska. I uwaga wylali mnie po semestrze, gdyż nie byłam w stanie wykuć wszystkich stolic i krajów świata łącznie z ich ustrojami politycznymi. I tak jako bodajże 19 letni człowiek usiadłam na przystanku znowu nie wiedząc co dalej...
                  Jak w większości podobnych historii rodzice wzięli sprawę w swoje ręce, znaleźli uczelnie która przyjęła mnie na zarządzanie po połowie semestru i tak stałam się po tygodniu starań studentką zarządzania. Po latach wiem, że wywalenie ze studiów to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała. Trzy lata studiów minęły mi ponownie za szybko, ponownie sama sobie udowodniłam, że może nie jestem najlepsza ale zaliczam się do najlepszej 3 na roku, co roku ze stypendium powiecie miód malina. Ehh no cóż może i miałam świetne wyniki, dobrą pracę licencjacką z bardzo dobrym wynikiem z obrony. Ale po tych trzech latach znowu wypadało uczyć się więcej bo tym razem usłyszałam zapewne jak większość ludzi w moim wieku: "jak to chcesz zakończyć edukację na licencjacie, magister jest bardzo ważny, to tylko dwa lata". Jak się domyślacie nie zakończyłam edukacji na licencjacie. Postanowiłam iść na studia magisterskie. Po szybkim przekalkulowaniu ofert uczelni (UAM odpadł od razu - wystarczy, że już raz mnie wywalili i mieli fatalne jedzenie na stołówce wydziału geografii) Tak stałam się studentką Uniwersytetu Ekonomicznego na kierunku Ekonomii. Po semestrze szybko trzeba było wybrać specjalizację i padło na Publicystykę Ekonomiczną oraz PR - na którym odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi pisanie (i tu wybaczcie mi za długość tego posta, nawet nie zbliżyłam się do tematu wpisu). I tak studiowałam sobie kolejne dwa piękne lata. Dużo cudownych ludzi, niezapomniane imprezy i długie nocne powroty, ciekawe wykłady, miałam nawet kilka sukcesów. Rąsia rąsia z Panem Balcerowiczem. (Swoją drogą popieram poglądy profesora jeżeli chodzi o ekonomię). Wracając do tematu wpisu, skończyłam studia, znowu z dobrym wynikiem, nie byłam najlepsza ale było dobrze.
           Wszystko byłoby dobrze ale tu nagle dzień po obronie (no może dwa po bo najpierw wypadało oblać magistra) wypadało wstać i zacząć być dorosłym. I tu u większości młodych ludzi pojawia się problem. Nie żebym nic nie robiła w trakcie studiów, bo pracowałam w wakacje ale były to prace dorywcze a uzbierane finanse w założeniu miały pójść na pierdoły. W tym momencie pierwszy raz zakiełkowało mi w głowie, że może obrałam złą drogę bo mam 23 - 24 lata, magistra na karku i w sumie nie wiem jak chce zarabiać na życie. Wiem, że jest grono osób, które idąc na studia wiedzą co chcą robić w życiu ale zakładam, że większość płynie myślą jakoś to będzie. I tak trafiłam do firmy eventowej w której poznałam świetnych ludzi, w między czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się, by po czasie z Niejadkiem wyjechać do Anglii. Tutaj owszem docenili moje studia ale byłam średnio 6 lat do tyłu z doświadczeniem w pracy w porównaniu z miejscowymi dzieciakami. Które kończą edukacje plus minus mając 18 lat. Ale co tam powiedziałam sobie doświadczenie zbuduję, mam wiedzę, której im brakuje zawojuje świat! Żyłabym z tą myślą pewnie jeszcze jakiś czas ale w między czasie spotkaliśmy się z Niejadkiem z jego kuzynem i jego narzeczoną. Faceci omawiali xboxa a my przy dobrym piwku (no ok tego piwka było ciut więcej) zaczęłyśmy plotkować. Z oczywistych tematów jak praca, nasi faceci itp. przeszłyśmy do planowania przyszłości. I tu spadło to na nas jak kometa na dinozaury.. Z pozoru śmiech zamienił się w smutną prawdę. Kobieta która planuje mieć dziecko około 30 roku życia zamyka swój rozwój osobisty prawie na 14 lat (przynajmniej w UK bo odbierasz tu dziecko ze szkoły do około 12 roku życia) zakładając 2 dzieci. I tak obliczając 5 lat studiów do 30 pracuje się około 5 lat potem ciąża/ dwie ciąże i czas spędzamy na pracy na pół etatu a powrotem do dziecka do domu. I tak przez czas pół etatowania pracodawca statystycznie nie da nam awansu bo przecież skupimy się na dziecku a nie na zarywaniu życia dla pracy. Oczywiście można zapłacić opiekunce ale czy warto pracować na pełen etat by połowę oddawać obcej kobiecie. Hmm chyba lepsze pół etatu i czas spędzony z dzieckiem. Po tych 15 latach (zaokrąglijmy będzie łatwiej liczyć) mamy 45 lat. Faceci w naszym wieku mają około 25 lat doświadczenia w pracy w międzyczasie porobili kilka kursów dokształcających i są na bieżąco w sytuacji na rynku. Powiedzmy szczerze wypadają lepiej w drodze po awans i wielką karierę, którą obiecywali nam rodzice gdy miałyśmy 16 lat. Po takim rozrachunku łatwo ustaliłam hmm mogłaś zrobić błąd, bo trzeba było zrobić technikum, mieć kwalifikacje, zacząć pracować, zdobywać doświadczenie, studia/ kursy (może i jest trudniej) mogłam robić w międzyczasie i tak w takiej sytuacji myśląc o dziecku miałabym już jakieś doświadczenie i kwalifikacje, dzięki czemu po okresie "z dzieckiem" łatwiej byłoby wrócić do pracy bo byłoby się bardziej wartościowym. A tak cóż zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać swoją przyszłość na kolejne 15 lat bo Marysia czy Majlo mogą dać znać o swoim istnieniu cóż w każdej chwili. I będziemy się z Niejadkiem bardzo cieszyć ale muszę się przygotować by nie patrzeć jak partner wzbija się po szczeblach sukcesu a ja zmieniam pieluszki i gotuję obiadki. Owszem nadal będę z tego dumna bo to równie ciężka praca i będę wspierać Niejadka w każdym momencie jego kariery ale do cholery nie chcę skończyć kariery w miejscu w którym teraz jestem. W końcu zrobiłam studia, mam duże zasoby wiedzy teraz wystarczy ustalić plan by nie wypaść z rynku, utrzymać pozycję a nawet wzrastać. Czy się uda, tego nie wiem, życie pokaże, mam nadzieję, że skłoniłam Was do przemyśleń. 
Kończę ten wpis bo przyznam się, że mogłabym go ciągnąć i ciągnąć ale nie chcę dobić Was zbyt mocno a może nie chcę dobić siebie. Miłego wieczoru i do przeczytania. :) 

wtorek, 6 grudnia 2016

MIKOŁAJKI



      Witam wszystkich serdecznie rozpoczął się grudzień, rozpoczęło się odliczanie do Bożego Narodzenia. Dzisiejszy wpis miałam zamiar tworzyć przy dźwiękach świątecznych utworów ale jak się okazało miałam dużo przyjemniejsze dźwięki a mianowicie mruczenie Niejadka (no dobra pochrapywanie ale przyznacie sami mruczenie lepiej brzmi). Jak to w grudniu zazwyczaj bywa rozpoczyna się życie na zwiększonych obrotach. Tak też jest w naszym przypadku. Ostatnio mamy strasznie dużo zadań w pracy co skutkuje większym uczuciem zmęczenia po powrocie do domu. I tak na zmianę chwile po powrocie do domu jedno z nas od razu idzie spać. Muszę Wam się przyznać, że to zazwyczaj ja zasypiam jak mały kotek, wystarczy że ułożę się w wygodnej pozycji (podłoga też może być wygodna) i od razu zasypiam. Dodatkowo często gdy Niejadek jest gdzieś blisko i rozmawiamy to zasnę zanim dokończę wypowiadać swoje zdanie na jakiś temat...



     Cóż grudzień jest krótki a tyle rzeczy do zrobienia: ustalenie potraw na wigilię, wymyślenie prezentów oraz sposobu ich zapakowania, wysłanie kartek świątecznych, posprzątanie domu, zakupy a do tego praca. Ciężko to pogodzić a jeszcze ciężej nie zatracić ducha świąt, więc zdrowo ustaliliśmy z współlokatorami, że na siłę nie będziemy szykować 12 potraw, w tym tygodniu na spokojnie siadamy przy herbacie i ustalamy kto co przygotuje tak by było miło i rodzinnie a nie w pełnym stresie. Co do prezentów, większość z nich mamy już ustaloną ja tylko jeszcze nie jestem pewna co Niejadkowi sprezentować ale możecie być spokojni mam kilka pomysłów. 



      Część przygotowań już za nami, zakupiliśmy świąteczne ozdoby, ubraliśmy choinkę już tydzień temu bo akurat odwiedzała nas moja mama więc wprowadziliśmy rodzinną, radosną atmosferę odrobinę wcześniej. Dzięki czemu już od tygodnia jeżeli sen mnie nie dopadnie mogę sobie pozwolić na czytanie książki przy zapachu i migoczących światełkach choinki. A gdy jednak sen za mną chodzi to mogę ułożyć się przy kaloryferze, przykryć kocykiem włączyć cichutko świąteczne piosenki i zasypiać przy migoczącym radośnie drzewku - jednym słowem zawsze wychodzę na swoje. Jak wspominałam wcześniej zarówno u mnie jak i u Niejadka jest teraz mnóstwo pracy, dodatkowo często mijamy się w domku bo pracujemy na inne zmiany dlatego też mikołajki obchodziliśmy wczoraj wieczorem - no dobra przyznam się, była 17:00 a ja uargumentowałam, że chociaż jest już ciemno więc ja chcę prezent. Zrobiłam słodkie oczka, potupałam nóżką i tak świętowaliśmy wczesne mikołajki. Co wyszło mi na dobre bo miałam czas na zabawę prezentem. Niejadku podziękuj Mikołajowi to najlepszy prezent mikołajkowy ever! Zapewne jesteście ciekawi co znalazłam w paczuszce? Już mówię słodycze - byłam tak łakoma, że zjadłam całe opakowanie Areo mint w pół godziny :P A do tego obiektywy do mojego telefonu, kiedyś je oglądałam i zachwycałam się nimi jak dziecko ale jak to u dzieci z pamięcią, zapomniałam o nich tak szybko jak je znalazłam. Na całe szczęście Niejadek słucha co tam trajkoczę pod nosem i zarejestrował moje uwielbienie dla tego cudu techniki. Czego efekty znajdziecie poniżej. 



      Jako, że dzisiaj mikołajki życzę Wam radosnej atmosfery oczekiwania i białego puchu za oknami, liczę, że znaleźliście w swoich bucikach coś słodkiego albo chociaż ktoś do Was zawitał z miłym słowem. 
Miłego dnia i do przeczytania!


środa, 30 listopada 2016

POCZUJ MAGIĘ TYCH ŚWIĄT



                         Myślę, że po przeczytaniu tytuł dzisiejszego wpisu część z Was domyśla się, że będzie on o reklamach. Dokładnie o reklamach świątecznych. Jako osoba mająca świątecznego bzika z ciekawością przyglądam się reklamą międzynarodowym. Przyznam się, że przypadły mi one bardziej do gustu od naszych polskich odpowiedników. Głównie dlatego, że nie ma w nich produktu danej firmy na pierwszym miejscu dzięki czemu czasem musiałam się ostro nagłowić jakiego produktu lub miejsca dotyczyła dana reklama. Warto zastanowić się jaki jest przepis na idealną reklamę świąteczną. Tak by uniknąć zniechęcenia i przesycenia odbiorców. Myślę, że idealna świąteczna reklama musi zawierać ciekawie opowiedzianą historię przepełnioną humorem lub sporą dawką wzruszenia. Jeżeli dodamy element wspomnień lub zaskoczenia to otrzymamy produkt który wprawi niejednego widza w uśmiech na twarzy połączony z lekko zaszklonymi oczami. Taka reklama nie będzie nachalna, podam nawet przykład: znana margaryna, ładna pani piekąca ciasto na TEJ margarynie a na koniec ta pani mówi nam jak pięknie pachnie w jej domu ciastem które upiekła na TEJ margarynie. Poniżej zamieszczam moje "obecnie - bo sytuacja ta zapewne jeszcze się zmieni" ulubione reklamy z krótkim opisem.

1. Waitrose "HomeForChristmas"

Póki co jeden z niesłabnących nr jeden na mojej liście. Przyznam się, że nie znam wszystkich sklepów znajdujących się w Wielkiej Brytanii i zapewne to jeden z powodów dla których tak lubię tą reklamę bo po jej obejrzeniu nie miałam pojęcia co reklamuje. Pokazując ją Niejadkowi myślałam, że może jest to reklama charytatywna lub coś w tym rodzaju. Reklama ukazuję historię powrotu do domu, w rolę główną wciela się przepiękny ptaszek o którego losy od pierwszej klatki zaczynałam się martwić by na koniec pozostać z uśmiechem na twarzy oraz wzruszeniem. 



2. Sainsbury's "The Greatest Gift"

Kolejną perełką na mojej liście jest dłuższa reklama znanej mi marki sklepów. Całą reklamę i jeszcze długo po jej obejrzeniu nucę piosenkę przewodnią. Po raz kolejny mamy historię, tym razem jest to głowa rodziny szukająca idealnego prezentu dla swojej rodziny. Czy udało mu się go odnaleźć? Zobaczcie sami! 



3. Heathrow Airport "Coming home for Christmas "

Krótko i zwięźle: historia pary misiów wracających na święta do domu. Jestem zdecydowanie na tak, wzruszająca, urocza, krótka, z nutką humoru, idealna na poszukiwanie świątecznego nastroju. 



4. M&S "Christmas with love from Mrs Clous"

Przepiękna świąteczna historia, wzruszająca, rozweselająca i pokazująca, że każda kochająca kobieta ma swoje małe sekrety. 



Jestem ciekawa Waszych wrażeń po obejrzeniu mojego krótkiego zestawienia. A czy Wy macie swoje ulubione świąteczne reklamy? Jeżeli tak napiszcie proszę w komentarzu jakie, chętnie je zobaczę. Jutro 1 dzień grudnia, święta zbliżają się wielkimi krokami warto więc powoli wprawiać się w świąteczny nastrój.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!

wtorek, 1 listopada 2016

HAPPY HALLOWEEN



                        W tym roku obchodziliśmy nasze pierwsze Halloween i przyznam się Wam czekałam na nie jak dziecko. Od miesiąca mieliśmy kupionego dmuchanego kościotrupa. Zapachem przypominającego dmuchane koła ratunkowe, nagrzane w słońcu nad polskim morzem. Więc pierwsze moje wrażenie po wyciągnięciu go z opakowania i nadmuchaniu było dość dziwne, niby jesień, niby dynie a tu brak tylko nadmorskiej bryzy i gorącego piasku. :D Ale pomijając ten fakt, kościotrup był uroczo straszny czyli idealny dla małych dzieci na które czekaliśmy. Jak na dobrych gospodarzy przystało zakupiliśmy około 2kg cukierków różnej maści. Od owocowych pachnących tak, że aż nie chciało się ich oddawać a współlokatorka na sam ich zapach z uroczym spojrzeniem schowała jednego pod bluzkę (tak na wszelki wypadek gdyby miało ich zabraknąć). Zresztą nie byłam lepsza sama pochowałam kilka do kurtki (czekać tam będą pewnie do wiosny). Po małe paczuszki z m&m, magic stars, marsami itp. wszystkie prezentowały się smakowicie czekając na dzieciaki, które w strasznych przebraniach zabiorą je do domu pod groźbą psikusa. Mając już gotowe cukierki, oraz nadmuchanego kościotrupa, zostało się nam tylko wykrojenie dyni. Zakupiliśmy nawet specjalny zestaw zawierający nożyk do wycinania i łopatkę to wybierania wnętrza. Jak się przedwczoraj okazało był to pierwszy raz dla Niejadka. Czym bardziej cieszyłam się na sam proces wykrawania dyń. Uszykowaliśmy deski do krojenia mające ochronić stół przed naszym zaangażowaniem. Uszykowaliśmy miskę na wszystkie niepotrzebne elementy dyni, dodatkowo 4 noże tak by dać wybór i różne możliwości, łopatkę i dwie łyżki do wybierania środka tak na wszelki wypadek. Już na początku wykrawania poczuwając się by opowiedzieć Niejadkowi co jak i kiedy będziemy robić z dyniami, prawie wyłożyłam się na tym co sama zalecałam :P Mianowicie prawie przerosło mnie odkrojenie ogonka dyniowego, coś moja dynia nie chciała współpracować. Na szczęście później szło nam wszystko lekko i przyjemnie, czas upływał na żartach dotyczących kogo przypomina wykrawana dynia oraz na międzynarodowych plotkach z przyjaciółką. Po około godzinie dynie były gotowe na pierwszą próbę, którą przeszły bez problemu, dzięki czemu wczoraj przepięknie zachęcały do zapukania w nasze drzwi.



                        Mając już wszystko przygotowane około godziny 17:00 wystawiliśmy dynie, dodatkowo dostawiliśmy dwie latarenki, na drzwi przykleiliśmy kostka oraz straszne naklejki. Wsypaliśmy cukierki do szklanej misy, zamknęliśmy drzwi wejściowe i czekaliśmy. Czekaliśmy, czekaliśmy, już traciłam nadzieję, że ktokolwiek zapuka lub zadzwoni, żaląc się, że teraz będę musiała sama zjeść dwa kilo cuksów (no dobrze przyznam się ta wizja nawet mnie cieszyła - zbyt lubię słodycze) i nagle usłyszeliśmy pierwsze DING DONG naszego dzwonka - na dźwięk którego mało nie zabiłam się zbiegając z drugiego piętra domu - oraz radosne TRICK OR TREAT dobiegające z za drzwi gdy tylko ruszyliśmy kluczami w zamku. :D Po otwarciu drzwi naszym oczom ukazała się na oko 10 - letnia dziewczyna przebrana za kotka, myślę, napiszę więcej byłam bardziej podekscytowana niż ona. Ona wyglądała na przestraszoną - może to moja wina bo przypominałam rozemocjonowaną wiedźmę po dziesięciu kawach? Sama nie wiem, ale dziewczyna radośnie poczęstowała się kilkoma cukierkami, pożyczyliśmy jej owocnych łowów po czym zamknęliśmy drzwi. Myślę, że dziewczyna nie odeszła na dwa kroki od drzwi a ja już z za nich zaczęłam skakać i piszczeć jak na widok szczeniaczka. Na prawdę dawno nic nie sprawiło mi aż takiej radości i tak mnie nie ekscytowało. Muszę się Wam przyznać, że reagowałam tak na kolejne 10 grupek, dopiero potem zachowywałam się jak radosny dorosły. Swoją drogą Niejadek był równie radosny jak ja, nie jestem tylko pewna co go bardziej cieszyło dzieci i ich przebrania czy ja brykając po schodach jak Tygrysek z Kubusia Puchatka. 



                   Tego wieczoru odwiedziło nas mnóstwo dzieci oraz ich rodzice, z jednymi pożartowaliśmy, innym trzeba było wkładać cukierki do torebek i koszyczków bo same skromnie częstowały się tylko jednym smakołykiem. Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch małych chłopczyków, do końca nie wiedzących po co pukają do cudzych domów (ale w końcu brat stoi obok i też jest przebrany i się cieczy to ja też się cieszę - tylko w sumie nie wiem na co). Jeden z nich był uroczym dinozaurem a drugi małym nietoperzem. Nietoperz w przeciwieństwie do rodzeństwa stał i patrzył się na mnie w trakcie gdy jego bracia wybierali cukierki, więc chciałam mu pomóc wkładając do jego uroczego woreczka kilka cukierków. W trakcie tej sytuacji nietoperek nie wiedząc że to będą jego cukierki zabrał mi jednego z radosnym stwierdzeniem "ten jest mój". Tego wieczoru odwiedził nas dużo wiedźm, wampirów, kotków, jeden tata kościotrup, oraz grupa nastolatków przypominających aktorów z nocy oczyszczenia i tu przyznam się otwarcie, gdybym była sama nie jestem pewna czy bym im otworzyła bo oni jedyni mnie przestraszyli. :)  Cała zabawa trwała mniej więcej do 21:00, później pukanie ucichło dzięki czemu po zjedzeniu szybkiej kolacji mogliśmy wybrać się na spacer po okolicy w celu oglądania innych przystrojonych domów. Spacer uważam za bardzo udany, po pierwsze samo towarzystwo Niejadka byłoby wystarczające, ale dodatkowo naszym oczom ukazało się kilka na prawdę pięknie przystrojonych domów, w wiedźmy, dynie, pajęczyny i straszne lampki. Dzięki czemu spacerując w lekkiej mgle można było wczuć się w Halloween. W trakcie naszego spaceru doceniliśmy jeszcze bardziej mieszkanie w spokojnej, bezpiecznej dzielnicy dzięki czemu nie martwiąc się o nic mogliśmy skupić się na sobie i spacerowaniu. 



                  Po powrocie do domu zaczęliśmy planować przyszłoroczne ozdoby, i sposób podania cukierków. Kto by pomyślał, że w wieku 26 lat znajdę drugie święto na które będę czekała jak dziecko (Oczywiście pierwszym jest Boże Narodzenie - czy podzieliłam się z Wami informacją, że w trakcie pisania tego wpisu w pokoju brzmią świąteczne utwory Michaela Buble?). Wszystkim Wam polecam uczestnictwo w Halloween jeżeli tylko miejsce w którym mieszkacie pozwala Wam na to. Widok uśmiechniętych dzieci i sam proces przygotowań daje bardzo dużo radości, pozwala się odprężyć i oderwać na moment od codzienności. 

Tradycyjnie zbliżając się do końca tego wpisu życzę Wam udanego wieczoru, oraz tygodnia i do przeczytania!