Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI CZ.2



                Tak więc szczęśliwie przespaliśmy noc, by wstać po 8:00 i ruszyć dalej w drogę. Przy wymeldowaniu nasz poziom niemieckiego uważam za prawie doskonały. Udało nam się dowiedzieć, że mama naszej gospodyni była z Poznania i jak myślicie jaka myśl naszła mnie od razu (pomijając kilka słów których dama nie wymawia), nosz kobieto kochana czemuś ty od mamy się po polsku nie uczyła tak byśmy sobie tu pogadały a tak co a tak nic. Oddaliśmy klucze, zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę. Nie żeby jakąś daleką, raczej w stylu nawigacjo kochana na pierwszego maka poprosimy na śniadanko w stylu tosty z serem i szynką a do tego kawa, duża, mocna, czarna, taka że na sam zapach ciarki przechodzą z zachwytu. Po jakże zdrowym śniadaniu udaliśmy się na stację by dowiedzieć się że nasze trzy karty płatnicze to NEIN... nosz są bee, opętał je szatan i płacić nimi nie można ale za rogiem to można wypłacić w centrum handlowym.  Jednak gdybyśmy posiadali  kartę płatniczą IKEA FAMILY tosz nie ma problemu płacić można... I miało dziś nie być nic już o Niemczech ale no nie da się, ten etap podróży wywarł na nas takie wspomnienia, że muszę to z siebie zrzucić, bo co się przeczyta to się już nie odprzeczyta :-) Tak więc podsumowując etap do Polski pamiętajcie czytelnicy nocleg w Niemczech ustalamy przez wyjazdem. Po przebojach z podróży dość zmęczeni dotarliśmy do hotelu, który był w naprawdę dobrym standardzie, posiadał swoje spa, oraz dostępne dla gości sauny oraz jacuzzi. Jeżeli mogę doradzić Wam jak zaoszczędzić to polecam wyjazdy poza sezonem. Za pięciodniowy pobyt ze śniadaniem i obiadokolacją dostępem do rowerów oraz części spa zapłaciliśmy niecałe 700 złotych. A muszę przyznać że posiłki mieli bardzo smaczne i zróżnicowane. Obsługa bardzo miła i pomocna.Okolica cicha i spokojna, całkiem blisko do centrum i dobre podejście na trasy w góry. Czego chcieć więcej no tego spa bo jak względne mieszczuchy przyjadą raz na kilka lat w góry to po wejściu na Śnieżkę potrzebują masażu. No dobra Niejadek nie potrzebował maziania ale ja za to tak mój wewnętrzny kot pragnął masażu który rozluźni jego zmęczone gnatki i doda świeżości. Dlatego też mogę całej kobiecej części czytelniczek polecić masaże w tym obiekcie. Masaż świecą był obłędny.


      Na pobyt w Karpaczu zaplanowaliśmy sobie głównie zdobycie Śnieżki, której nie udało nam się zdobyć w 2015 roku. Poza tym zdobyliśmy znacznie mniejszy szczyt w samym Karpaczu, który potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed Śnieżką. Do tego zwiedziliśmy Zamek Książ, Zamek Czocha, oraz Podziemne Miasto Osówka, planowaną największą bazę Hitlera w Polsce. Dla przyjemności zajadaliśmy się oscypkiem z żurawiną oraz odwiedzaliśmy pizzerię poznaną przy ostatnim wyjeździe. Pizze podają tam na obłędnie cienkim kruchym cieście. Smak sosu pomidorowego idealnie zgrywa się z dodatkami, których jest na prawdę dużo na każdym kawałku. Jednym słowem niebo na talerzu. 




                        Sama Śnieżka okazała się dla nas nie małym wyzwaniem. Już na samym początku okazało się, że jedyny pieszy szlak jest nadal zamknięty ze względu na lawiny śnieżne. Na szczęście śniegu w górach już praktycznie nie było dlatego też razem z parą z Niemiec i jednym polakiem postanowiliśmy zdobyć ten szczyt. Przeszkody oraz trudy jakie napotkaliśmy na trasie były tego warte: przepiękne widoki, wszechobecna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków. Samo wejście na Śnieżkę pamiętałam jeszcze przez kilka dni a dokładnie pamiętały moje mięśnie, które dawały się we znaki przy każdym małym kroczku. Ale raz jeszcze było warto, bo zdobyliśmy ją razem, okazując sobie wsparcie na trasie, spełniliśmy kolejne wspólne marzenie i udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych jeżeli się tylko człowiek postara.  Jeżeli chodzi o zdobywane zamki to szczerze polecam wszystkim Zamek Czocha. Przepiękne miejsce, super przewodnik, odpowiadający na każde pytanie Niejadka, który kocha Zamki więc pytań zawsze ma mnóstwo. Zamek sam w sobie cudowny, nie jest ogromny ale pozwala nacieszyć się swoimi eksponatami oraz zakamarkami. Cenowo wychodził bardzo korzystnie szczególnie jeśli porówna się go z Zamkiem Książ którego nikomu nie polecam.



             Zamek Książ liczy sobie drakońskie kwoty za wstęp. By już na samym początku okazało się, że za toalety trzeba przy zamku osobno płacić nawet jeżeli sam bilet od osoby kosztował 40 zł. Już przy pierwszych krokach okazuje się że idziemy praktycznie przez puste pomieszczenia. W ponad połowie sal nie ma eksponatów bo były rozkradzione w czasie wojny, to samo z biblioteką. Przewodnik mimo, że bardzo miła to historię zamku opowiadała tylko z punktu widzenia rodziny go zamieszkującej. Całkowicie pomijając wątki wojenne. Samą wisienką na torcie był ochroniarz w sali z obrazami. Który doskoczył do nas z pretensjami i na nic nie zdały się tłumaczenia że nikt na starcie wycieczki nie informował o tym jak można trzymać własny plecak. Także dzięki ochroniarzowi który dziecka by nie okiełznał przez swój ogromny brzuch wyszliśmy z zamku wkurzeni prosto do biura zażaleń. Po jakże cudownym dniu na Zamku Książ uznaliśmy, że nasza noga więcej tam nie postanie i raczej nie będzie to polecane przez nas miejsce w Polsce.


                      Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy było Podziemne Miasto Osówka. Które miało zostać największą bazą Hitlera w Polsce. Niejadek naciągnął mnie na trasę ekstremalną, którą gorąco wszystkim polecam. Jednak wybierając tą trasę warto mieć ze sobą chociaż małą latarkę która oświetli drogę w ciemności skał oraz wody którą będziecie przekraczać. Przewodnicy posiadali ogromną wiedzę, na temat wykopalisk prowadzonych w tym miejscu jak i o samej wojnie. Mimo, że samo miejsce wprawiało nas w pewien rodzaj zachwytu jak tak ogromne miejsce można wykuć w skale to po uświadomieniu sobie ile osób utraciło swoje życie w trakcie wykopalisk, ogarnęło nas przygnębienie. Mimo wszytko warto odwiedzić to miejsce jak i również pozostałe kompleksy znajdujące w okolicy dzięki czemu można lepiej poznać trudną ale fascynującą historię Polski.





                    Pozostały czas w Karpaczu spędzaliśmy na spacerach po mieście, zajadaniu się lokalnymi przysmakami praz korzystaniu z hotelowego spa. Drugą część wyjazdu spędziliśmy w rodzinnym Poznaniu na spotkaniach rodzinnych. Cały wyjazdu uznajemy jednogłośnie za udany, mimo że sama podróż samochodem była dość męcząca. Sam Karpacz oraz jego atrakcje polecamy wszystkim, jesteśmy przekonani, że każdy odnajdzie tutaj coś dla siebie.


niedziela, 13 maja 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI




                           Macie tak, że marzy Wam się wielka długa podróż ale samochodem? Tak a może całkowicie nie? No widzicie a nam się tak w głowach ułożyło że nam się zachciało z Anglii do Polski naszym kochanym samochodem powód za: rozruch nowego samochodu oraz możliwość zwiezienia tony dobytku w postaci książek oraz innych bibelotów. Powód na nie: hmm na początku nie było a po podróży? Cóż drugi raz samochodem z domu do Polski to już nie głównie przez zmęczenie, które było ogromne. Za to bardzo chętnie wynajmiemy samochód w Polsce tak by być bardziej mobilnym. 
Ale zacznijmy od początku, ustalając plan podróży wiedzieliśmy że sam wyjazd będzie składał się z pięciu faz:

Faza 1:  podróż z Anglii do Polski
Faza 2:  pobyt w Karpaczu
Faza 3:  pobyt w Warszawie
Faza 4:  pobyt w Poznaniu
Faza 5:  podróż z Polski do Anglii





Tak jak znalezienie hotelu w Karpaczu czy atrakcji do odwiedzenia odbyło się ekspresowo. Tak ustalenie szczegółów podróży z Anglii do Polski nie szło już tak gładko, chodzi głównie o błędne założenie, że znalezienie noclegu na trasie pójdzie gładko i przyjemnie. Mimo, że cała sytuacja wieczoru wygląda teraz dość zabawnie i jest świetnym wspomnieniem to w danym momencie było dosyć kiepsko i nerwowo ale o czym mowa. Z Niejadkiem założyliśmy że jeśli wyjedziemy w nocy z soboty na niedzielę około 1 to na spokojnie dotrzemy na prom, na którym się zdrzemniemy bo podróż trwa około 2 godzin a z promu przeskoczymy szybo przez Francję, Belgię i Niemcy by wieczorem złapać nocleg gdzieś w Polsce. Podróż po Wielkiej Brytanii nocą super, zero korków, nad ranem ładne widoczki. Prom świetne doświadczenie ale drzemka w pierwszą stronę nam nie szła więc tutaj kiepsko ale generalnie mega polecam. Francja minęła szybko bez problemów, w Belgii okazało się że mcdonadlsa to nie uświadczymy więc smuteczek bo frytek z majonezem to nie bardzo także czekaliśmy na Niemcy by zjeść coś ciepłego. Generalnie wszystko szło dobrze do Niemiec które były rozryte całkowicie na autostradach przez co cała podróż wiodła jednym pasem w ciągłym korku, cudownym dodatkiem były niekończące się burze ograniczające widoczność na niecałe 10 metrów przez co podróż była katorgą. I tak po 10 godzinach w Niemczech około godziny 21 zaczęliśmy szukać noclegu. I uwaga okazało się, że  21:00 to już noc, więc wszystkie hotelo - motele się zamykają i nie biorą gości. Zmarnowani zasypiający po godzinie odbijania się od ścianę zadzwoniliśmy pod ostatni motel w okolicy i uwaga udało się ale nie bez haczyka, prowadząca pani mówiła wyłącznie po niemiecku a my wyłącznie po angielsku a wspomnę ponownie rozmawiałam z babeczką przez telefon. Z czeluści mojego umysłu wydobywałam pojedyncze słówka niemieckiego, których przez 10 lat próbowali nauczyć mnie nauczyciele jak widać bezskutecznie. Jedynie co ustaliłam to cena 48 euro za noc oraz że Pani chyba jest w motelu co ustaliła Pani nie wiem ale raczej niewiele. Około 22:30 zajechaliśmy pod jej motel. Cisza jak makiem zasiał, wieś jak z dobrego horroru. Wiecie z cyklu jedziecie sobie radośnie na wycieczkę, nadchodzi wieczór, kija wiedząc czemu coś idzie nie tak np zamykają drogę i jedziecie inną, bądź jak w naszym przypadku coś zmusza was do jechania przez czarną dziurę i wtem okazuję się że nie ma internetu, psy dupą szczekają a z za roku wychodzi maniak z siekierą. No cóż zmęczony człowiek ma różnie pomysły gdy do dociera pod hotel a tam ciemno, właściciela brak, gości nie widać, słychać tylko świerszcze w polu i ogólnie jest ciemno jak w dupie... i czekasz do nędzy kiedy wyskoczy ten z siekierą z za rogu. Po chwili przemyśleń i użycia translatora w celu ustalenia jak powiedzieć "jestem pod twoim hotelem teraz" zadzwoniłam do babeczki ponownie z przetłumaczoną frazą, co ona odpowiedziała nie mam pojęcia, było to coś długiego. W rozpaczy zakończyłam rozmowę z myślą śpimy na zmianę w samochodzie licząc, że nikt nas nie dobije. Jednak po 5 minutach pod hotel zajechała miła pani, myślę że w piżamie okrytej kurtką w samochodzie siedział mąż nie zainteresowany całą sprawą. Po 15 minutach rozmów rysowano-pokazywanych w biurze motelu ustaliliśmy że pani przyjmuję gotówkę w euro (której my nie mamy), bankomat jest daleko, nie wiadomo gdzie (a my jesteśmy zmęczeni) oraz że ewentualne wymeldowanie bez śniadania może być 9 lub 10 bo pani rano jest w hotelu (chyba o to chodziło bo napisała 9:00 i dziesiątą ze znakiem zapytania i pokazała na siebie a potem na ziemie że w tym miejscu...). Na szczęście po kolejnych 5 minutach udało się dogadać że płacimy w gotówce w funtach za pokój bez śniadania, żegnając się z nią życzyliśmy sobie wzajemnie miłego wieczoru i dobrej nocy a co nasz niemiecko - angielski tak się poprawił że się dało. Po wejściu do pokoju okazało się że motel bardzo ładny, czysty, zadbany, także po szybkim prysznicu i dojedzeniu kanapek z podróży padliśmy spać by rano udać się w dalszą podróż. Ale to już w kolejnym wpisie...
Życzę Wam dobrej nocy i do przeczytania.


piątek, 26 stycznia 2018

URLOPOWO



           To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.

            Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce. 

          Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...

         Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie. 

         Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.










wtorek, 9 maja 2017

QUARRY BANK MILL



                 Coś ostatnio dawno nic nie pisałam, ale złożyło się na to całkiem sporo, po pierwsze nawał pracy sprawiał, że po powrocie do domu chciałam po prostu zaszyć się pod kocykiem z herbatką oraz książką lub wtulić w Niejadka. Pogoda nie sprzyjała, w związku z czym nie było zbyt wielu sytuacji do opisania, no chyba że kogoś interesuje nasza codzienna lista zakupów, bądź cykl sprzątania. Biorąc pod uwagę fakt iż nie wierzę by kogokolwiek to interesowało, postanowiłam napisać do Was gdy faktycznie będzie co opisywać. A do tego czasu mogłam spokojnie oddawać się czytaniu książek. Dzisiaj jednak po przebudzeniu mimo wcześniej ustalonego dnia postanowiliśmy jednak pojechać na wycieczkę. Po śniadaniu, z aromatyczną kawą usiadłam to naszego atlasu National Trust i dość szybko wybrałam gdzie chciałabym spędzić poniedziałkowe popołudnie, po akceptacji ze strony Niejadka, szybko się zebraliśmy (no może Niejadek szybko, mi zajęło to trochę dłużej) i ruszyliśmy w drogę. Ahoj przygodo! Naszym wyborem padł Quarry Bank Mill czyli największy młyn włókienniczy w naszej okolicy. Jeżeli postanowicie odwiedzić to miejsce, wraz z jego wszystkimi atrakcjami zarezerwujcie sobie spokojnie około 4-5 godzin. My mieliśmy niecałe 4 do zamknięcia obiektu i niestety nie udało nam się nacieszyć przepięknymi ogrodami, w których teraz spotkacie ogromną ilość kwitnących roślin. 



                 Po ustaleniu iż potrzebujemy około 5 godzin by spokojnie nacieszyć się obiektem, warto zwrócić uwagę, iż ceny biletów nie są najtańsze 18 funtów od osoby dorosłej to spora kwota, na szczęście jako członkowie National Trust wstęp na wszystkie atrakcje mieliśmy bezpłatnie. W samym obiekcie znajduje się duży parking, dwa sklepy z pamiątkami dwie kawiarnie, toalety, dodatkowo zwierzęta są mile widziane (warto doczytać szczegóły na stronie internetowej obiektu) także spokojnie można tam spędzić kilka godzin z najbliższymi, nacieszyć się historią, zielenią oraz przestrzenią.



                Jako pierwszy odwiedziliśmy młyn w którym poznaliśmy historię włókiennictwa oraz codzienne obowiązki pracowników młyna. W trakcie zwiedzania pracownicy ukazali nam historię oraz sposób pracowania maszyn. Przyznam, że zaskoczyła mnie ogromnie głośność z jaką one pracowały (a włączano dla zwiedzających tylko kilka z nich) nie wyobrażaliśmy sobie z Niejadkiem jak można było pracować przy takim hałasie 12 godzin dziennie. W trakcie zwiedzania tego obiektu mieliśmy okazję przyjrzeć się pracy koła wodnego, które swoją wielkością robiło znaczne wrażenie. W wielu pomieszczeniach były dodatkowo wystawy dla dzieci, dzięki czemu i najmłodsi mieli odpowiednią dla nich rozrywkę. Sam budynek zachowany jest znakomicie, mimo iż nie dopuszczono nas do większej ilości pomieszczeń to i tak można ocenić jego stan jako bardzo dobry. 
Później udaliśmy do Apprentice House gdzie mogliśmy zobaczyć miejsce zamieszkania dzieci pracujących w młynie. Warto zaznaczyć, że rozpoczynały one swoją pracę zazwyczaj w wieku 9 lat i zamieszkiwały na terenie młyna do 18 roku życia. Formalnie należały one do młyna i nie płacono im za ich pracę. Jednak jak na tamte czasy dzieci pracujące w tym obiekcie miały dużo lepszą sytuację życiową niż w innych tego typu miejscach. Zapewniano im opiekę lekarską, głównie opieraną na zielarstwie lokalnym oraz sprowadzanych z zagranicy goździkach używanych przy leczeniu zębów, dzieci nie wyrzucano na bruk po wypadkach zdarzających się w czasie pracy, starano się je za to wyleczyć i przywrócić do pracy. Chłopcy uczęszczali na lekcje pisania, czytania i podstawowej matematyki, były to około 4 godziny w tygodniu ale jak na tamte czasy to i tak przyzwoity wynik. Dziewczynki uczyły się prac domowych, jak przystało na tamte czasy, uważano że mózg dziewczynki nie były w stanie przyswoić takiej wiedzy. Dodatkowo mogły one liczyć na trzy ciepłe posiłki dziennie, z których jeden zawierał warzywa oraz dwa do trzech posiłków w tygodniu zawierających mięso. W młynie starano się dbać o nie dzięki czemu nie spały w przepełnionych łóżkach (dwie osoby w łóżku), niestety sam ich dom był przepełniony w tamtych czasach dość mocno. Jednoczenie mogło w nim mieszkać do 90 dzieci, przez co musiały one przeskakiwać po łóżkach innych osób by dostać się na swoje własne. Mimo ogromnego przepełnienia i ciężkiej pracy dzieci te często pozostawały w tej pracy również po osiągnięciu 18 roku życia. Wyprowadzały się z ich wspólnego domu, przenosiły się do okolicznych wiosek i stamtąd przybywały do pracy, która była już płatna. Zdaję sobie sprawę, iż w obecnych czasach takie warunki życia czy pracy wydają się straszne ale porównując inne tego typu miejsca pracy lub życie wśród wielodzietnej rodziny bez regularnych posiłków, czy szczątkowej opieki zdrowotnej można delikatnie stwierdzić, że dzieci pracujące w tym młynie miały dużo szczęścia. 
Później udaliśmy się przez ogrody które o tej porze roku zachwycają mnogością barw, zapachów i kształtów do szklarni która jest stosunkowo nowym obiektem. Następnie odwiedziliśmy jedną z okolicznych wiosek, w której małe starodawne domy zachwycały oko połączeniem cegły i białego koloru. 
Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się szybkim tempem do sklepu z pamiątkami, w którym Niejadek kupił mi kolejny do kolekcji magnes na lodówkę. Sam sklep National Trust jak zwykle zachwycał mnogością oferowanych produktów. Zarówno pamiątek z danego obiektu ale również lokalnych wyrobów, zabawek dla dzieci czy ozdób do domu. 





Mam nadzieję, iż swoim opisem oraz zdjęciami zachęciłam Wam do odwiedzenia tego miejsca lub chociaż do rozważenia możliwości wybrania się tam w przyszłości. Zbliżając się nieubłaganie do końca dzisiejszego wpisu życzę Wam dobrej nocy oraz do przeczytania!








sobota, 30 lipca 2016

DUNHAM MASSEY HALL

     Dawno mnie tutaj nie było ale tak się składa, że czasami dni zlewają się w pośpiechu w bezkształtną masę. Mimo małych rzeczy które wyciągam z każdego z nich nie ma czasami o czym pisać. Na całe szczęście dostałam w grafiku dwa dni wolnego pod rząd dzięki czemu mogę się z Wami podzielić dzisiejszą wycieczką, którą Niejadek zaplanował dla mnie w ramach odstresowania i spotkań z naturą. Na początek polecę Wam (jeżeli mieszkacie w Wielkiej Brytanii) członkostwo w National Trust, dzięki czemu przy płatności 9 funtów za dwie osoby miesięcznie macie do swojej dyspozycji prawie 500 miejsc do zwiedzania za darmo. 



     Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla nas wcześnie bo przed 12:00 :P Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanko i mój Niejadek oświadczył zabieram Cię na wycieczkę. Podekscytowana spakowałam się i wyszykowałam w 20 minut. No dobra w 40 w końcu musiałam się wymalować. Dunham Massey Hall znajduje się od Warrington ok 10 mil w związku z czym trasę tę pokonuje się bardzo szybko. Na miejscu czeka na Was ogromny parking więc nawet w weekend spokojnie znajdziecie miejsce. Bilety wstępu bez członkostwa to około 30 funtów na 2 osoby. Do dyspozycji na miejscu po wykupieniu biletów macie przepiękny pałac. W samym pałacu w każdej z sal znajdziecie chętnego do opowieści członka National Trust (chociaż słowo członek jakoś dziwnie nie pasuje:) ). 



        Sam Pałac jest świetnie zachowany unosi się w nim zapach starego drewna, w pomieszczeniach znajdziecie mnóstwo eksponatów w bardzo dobrym stanie. Z góry zaznaczę, że na zwiedzenie samego pałacu potrzebujecie dobrą godzinę więc jest czym się zachwycać. Ja w nim znalazłam jedno miejsce w którym mogliby mnie zamknąć i nie wypuszczać. No może na chwile do łazienki i żeby coś zjeść. Mowa o rodzinnej biblioteczce co tam bibliotece z prawdziwego zdarzenia! Pięknie zdobione stare książki, którymi pachniało w całym pomieszczeniu, o tak różnorodnej tematyce, że każdy znalazłby coś dla siebie. Od geografii po Króla Artura. Jedyny maleński minus za brak możliwości obejrzenia samych książek w środku ale zdaję sobie sprawę, że gdyby tak tysiące osób rocznie oglądało te książki to pewnie dla mnie na dziś nie zostało by nic do oglądania :). 



       W samym pałacu zobaczycie przepiękne sypialnie, pokoje rozrywek, łazienki, kuchnie, spiżarnie, czytelnię, pałacową pralnię. Po zwiedzeniu pałacu możecie się udać do świetnie zachowanego młyna, w którym miły Pan przedstawi Wam historię i opowie jak tutaj wszystko działało. Kolejnym punktem wycieczki jest ogród, który w Polskich realiach można by nazwać parkiem bo był tak ogromy. Sam ogród podzielony jest na kilka części, zimową, różaną, oraz te inne których nazw już nie pamiętam. Zrobił on na nas przepiękne wrażenie, zapach roznoszący się w części różanej był nie do opisania. Kolejnym miejscem do którego warto się udać do park, który jest przeogromny. Warto ponieważ żyje w nim na wolności 150 jeleni, które spacerują swobodnie między zwiedzającymi. I chociaż liczba tych zwierząt powala to przy tak dużym terenie myślę, że mieliśmy ogromne szczęście spotkać dziś dwa z nich.



         Na sam koniec mogę Wam polecić sklepik w którym nabyliśmy magnes na lodówkę - takie moje hobby by zbierać magnesy z miejsc w których byłam. A do tego mnóstwo przetworów od nalewek, piwa, po marmolady, musztardy, herbaty, czekolady i tonę innych pamiątek. 
      Cały obiekt wyposażony jest w bardzo czyste toalety, rozmieszczone dość często dzięki czemu nie ma problem u gdy podróżujecie z dziećmi, nie jestem pewna czy każda z nich, ale ta w głównym budynku ma dodatkowo pokoje dla mam i maluszków. Cały obiekt jest przyjazny naszym pupilom, bardzo często spotkacie porozstawiane miski ze świeżą wodą. Znajdziecie tu również restaurację - nie dam jednak jej opinii bo po prostu do niej nie zaszliśmy. 



       Z rzeczy ciekawych mając członkostwo w dziedzictwie narodowym możecie się nastawić na darmową wycieczkę ale uszykujcie jednak drobniaki, na jednej z dróg dojazdowych zaskoczył nas płatny odcinek drogi w wysokości 12 pensów :D. Tym radosnym akcentem kończę dzisiejszy wpis, zapraszam Was do obejrzenia zdjęć poniżej, życzę Wam również udanego wieczoru :)