To dopiero trzy dni a mam wrażenie, że minęła wieczność od powrotu z krótkiego wypadu do Polski. Sam wyjazd trwał tylko cztery dni ale jak zawsze to u nas bywa naładowany był spotkaniami. Tym razem szczególnie, ponieważ na nasz wyjazd wypadał dzień babci i dziadka, rocznica ślubu moich rodziców, urodziny taty oraz imieniny mamy. Dzięki czemu nie chodziliśmy głodni bo wszędzie czekało na nas pyszne jedzenie. Razem z nami przyjechały również wykonane przeze mnie prezenty, jeżeli jesteście ciekawi co to było zapraszam do galerii pod wpisem.
Mimo, że to tylko cztery dni udało nam się wyskoczyć do baraboo na przepyszny makaron. Do teraz na samą myśl robię się głodna. Niejadek poszedł bardziej w mięso ale kto go będzie winił za brak miłości do makaronów. Sam lokal przy malcie mogę gorąco polecić. Zaraz po przestąpieniu progu zalewa nas taniec świateł, ceglanych ścian, nęcących zapachów po prostu magia połączona z dobrym smakiem podawanych dań. Mimo że na antresoli jest odrobinę za gorąco to klimatem nadrabia ona tysiąckrotnie. Cenowo lokal wypada świetnie, dostępnymi smakami tym bardziej. Moim nieskromnym zdaniem idealne miejsce na randkę lub wypad z dziewczynami. Jeżeli mi czas pozwoli to będzie to odwiedzane przez nas ponownie miejsce.
Jak wypad do domu to obowiązkowo musiał pojawić się burger z pastwiska. Mimo że ceny dostawy do domu poszybowały tak wysoko, że nie opłaca się już zamawiać z dostawą. To i tak znalazłam sposób jak zjeść tak wytęsknionego burgera. Zaciągnęłam Niejadka na spacer prozdrowotny w celu zakupienia porządnego kawałka mięsa, w świeżej bułce, okraszonego sałatą, ostrą papryką oraz smakowitymi sosami. Nie ma niczego na co mam taką ochotę odwiedzając Poznań jak ten burger, nic na to nie poradzę cóż zrobić, miłość do smaków to miłość. A zjeść dobrze trzeba by było za czym tęsknić po powrocie do domu. Przyznam się Wam swoją drogą pisząc ten fragment zrobiłam się tak głodna, że czas na przerwę, czas na jakieś dobre papu. Dlatego też uprzedzam jeżeli reszta wpisu będzie nie składna to wybaczcie ale idę coś zjeść i powrócę niebawem...
Z pełnym brzuszkiem nie tylko mężczyzna jest szczęśliwszy, kobieta również. Także wracając do wpisu. Wyjazd do domu wiąże się zazwyczaj z zakupami. Tak też było tym razem. Podróż tą zaliczyć można pod znakiem książek i popularyzacji czytelnictwa. Już przed wyjazdem zamówiłam sześć książek i tylko dzięki Niejadkowi nasza rodzinka nie musiała dźwigać ich więcej bo początkowo zamówić chciałam ich dziewiętnaście do pobliskiego kiosku ale jednak trochę taką paczuszkę giganta trzeba by potachać. W związku z czym postanowiłam domówić resztę za kilka tygodni. Jednak koniec końców na tych dziewięciu książkach się nie skończyło. Los chciał byśmy z Niejadkiem odkryli iż księgarnia Matras upada i ma wyprzedaż na wszystko do 90%. Mimo, iż samej księgarni mi żal bo bardzo ją lubiłam, obsługa zawsze była pomocna i oczytana to obok takiej obniżki nie dało się przejść obojętnie. W związku z czym za oszałamiającą kwotę 18 złotych dokupiliśmy kolejne siedem książek. Poza książkami zakupiłam kilka ciuszków na wyprzedażach które wytrawnym okiem szpiega będziecie mieli okazję zobaczyć tu na blogu ale również na moim instagramie.
Wyjazd w rodzinne strony to także dla nas spacery z moim psem, odwiedzanie przyjaciół, niekończące się spotkania z ukochaną i szaloną rodzinką, zanoszenie rzeczy wszelkiej maści do piwnic oraz naprawianie wszystkiego co wymaga naprawy z czego ostatnie dwa akapity zazwyczaj czekają na nieustraszonego ciężkiej pracy Niejadka. Jak każdy wyjazd tak i ten w końcu dobiegł końca kolejny już nie długo a póki co powróciliśmy do życiowych realiów, praca, dom, praca oraz inne rzeczy. Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację życzę jednocześnie miłego wieczoru i do przeczytania.




























