Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na świeżym powietrzu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na świeżym powietrzu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

SAMOCHODEM DO POLSKI CZ.2



                Tak więc szczęśliwie przespaliśmy noc, by wstać po 8:00 i ruszyć dalej w drogę. Przy wymeldowaniu nasz poziom niemieckiego uważam za prawie doskonały. Udało nam się dowiedzieć, że mama naszej gospodyni była z Poznania i jak myślicie jaka myśl naszła mnie od razu (pomijając kilka słów których dama nie wymawia), nosz kobieto kochana czemuś ty od mamy się po polsku nie uczyła tak byśmy sobie tu pogadały a tak co a tak nic. Oddaliśmy klucze, zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę. Nie żeby jakąś daleką, raczej w stylu nawigacjo kochana na pierwszego maka poprosimy na śniadanko w stylu tosty z serem i szynką a do tego kawa, duża, mocna, czarna, taka że na sam zapach ciarki przechodzą z zachwytu. Po jakże zdrowym śniadaniu udaliśmy się na stację by dowiedzieć się że nasze trzy karty płatnicze to NEIN... nosz są bee, opętał je szatan i płacić nimi nie można ale za rogiem to można wypłacić w centrum handlowym.  Jednak gdybyśmy posiadali  kartę płatniczą IKEA FAMILY tosz nie ma problemu płacić można... I miało dziś nie być nic już o Niemczech ale no nie da się, ten etap podróży wywarł na nas takie wspomnienia, że muszę to z siebie zrzucić, bo co się przeczyta to się już nie odprzeczyta :-) Tak więc podsumowując etap do Polski pamiętajcie czytelnicy nocleg w Niemczech ustalamy przez wyjazdem. Po przebojach z podróży dość zmęczeni dotarliśmy do hotelu, który był w naprawdę dobrym standardzie, posiadał swoje spa, oraz dostępne dla gości sauny oraz jacuzzi. Jeżeli mogę doradzić Wam jak zaoszczędzić to polecam wyjazdy poza sezonem. Za pięciodniowy pobyt ze śniadaniem i obiadokolacją dostępem do rowerów oraz części spa zapłaciliśmy niecałe 700 złotych. A muszę przyznać że posiłki mieli bardzo smaczne i zróżnicowane. Obsługa bardzo miła i pomocna.Okolica cicha i spokojna, całkiem blisko do centrum i dobre podejście na trasy w góry. Czego chcieć więcej no tego spa bo jak względne mieszczuchy przyjadą raz na kilka lat w góry to po wejściu na Śnieżkę potrzebują masażu. No dobra Niejadek nie potrzebował maziania ale ja za to tak mój wewnętrzny kot pragnął masażu który rozluźni jego zmęczone gnatki i doda świeżości. Dlatego też mogę całej kobiecej części czytelniczek polecić masaże w tym obiekcie. Masaż świecą był obłędny.


      Na pobyt w Karpaczu zaplanowaliśmy sobie głównie zdobycie Śnieżki, której nie udało nam się zdobyć w 2015 roku. Poza tym zdobyliśmy znacznie mniejszy szczyt w samym Karpaczu, który potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed Śnieżką. Do tego zwiedziliśmy Zamek Książ, Zamek Czocha, oraz Podziemne Miasto Osówka, planowaną największą bazę Hitlera w Polsce. Dla przyjemności zajadaliśmy się oscypkiem z żurawiną oraz odwiedzaliśmy pizzerię poznaną przy ostatnim wyjeździe. Pizze podają tam na obłędnie cienkim kruchym cieście. Smak sosu pomidorowego idealnie zgrywa się z dodatkami, których jest na prawdę dużo na każdym kawałku. Jednym słowem niebo na talerzu. 




                        Sama Śnieżka okazała się dla nas nie małym wyzwaniem. Już na samym początku okazało się, że jedyny pieszy szlak jest nadal zamknięty ze względu na lawiny śnieżne. Na szczęście śniegu w górach już praktycznie nie było dlatego też razem z parą z Niemiec i jednym polakiem postanowiliśmy zdobyć ten szczyt. Przeszkody oraz trudy jakie napotkaliśmy na trasie były tego warte: przepiękne widoki, wszechobecna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków. Samo wejście na Śnieżkę pamiętałam jeszcze przez kilka dni a dokładnie pamiętały moje mięśnie, które dawały się we znaki przy każdym małym kroczku. Ale raz jeszcze było warto, bo zdobyliśmy ją razem, okazując sobie wsparcie na trasie, spełniliśmy kolejne wspólne marzenie i udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych jeżeli się tylko człowiek postara.  Jeżeli chodzi o zdobywane zamki to szczerze polecam wszystkim Zamek Czocha. Przepiękne miejsce, super przewodnik, odpowiadający na każde pytanie Niejadka, który kocha Zamki więc pytań zawsze ma mnóstwo. Zamek sam w sobie cudowny, nie jest ogromny ale pozwala nacieszyć się swoimi eksponatami oraz zakamarkami. Cenowo wychodził bardzo korzystnie szczególnie jeśli porówna się go z Zamkiem Książ którego nikomu nie polecam.



             Zamek Książ liczy sobie drakońskie kwoty za wstęp. By już na samym początku okazało się, że za toalety trzeba przy zamku osobno płacić nawet jeżeli sam bilet od osoby kosztował 40 zł. Już przy pierwszych krokach okazuje się że idziemy praktycznie przez puste pomieszczenia. W ponad połowie sal nie ma eksponatów bo były rozkradzione w czasie wojny, to samo z biblioteką. Przewodnik mimo, że bardzo miła to historię zamku opowiadała tylko z punktu widzenia rodziny go zamieszkującej. Całkowicie pomijając wątki wojenne. Samą wisienką na torcie był ochroniarz w sali z obrazami. Który doskoczył do nas z pretensjami i na nic nie zdały się tłumaczenia że nikt na starcie wycieczki nie informował o tym jak można trzymać własny plecak. Także dzięki ochroniarzowi który dziecka by nie okiełznał przez swój ogromny brzuch wyszliśmy z zamku wkurzeni prosto do biura zażaleń. Po jakże cudownym dniu na Zamku Książ uznaliśmy, że nasza noga więcej tam nie postanie i raczej nie będzie to polecane przez nas miejsce w Polsce.


                      Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy było Podziemne Miasto Osówka. Które miało zostać największą bazą Hitlera w Polsce. Niejadek naciągnął mnie na trasę ekstremalną, którą gorąco wszystkim polecam. Jednak wybierając tą trasę warto mieć ze sobą chociaż małą latarkę która oświetli drogę w ciemności skał oraz wody którą będziecie przekraczać. Przewodnicy posiadali ogromną wiedzę, na temat wykopalisk prowadzonych w tym miejscu jak i o samej wojnie. Mimo, że samo miejsce wprawiało nas w pewien rodzaj zachwytu jak tak ogromne miejsce można wykuć w skale to po uświadomieniu sobie ile osób utraciło swoje życie w trakcie wykopalisk, ogarnęło nas przygnębienie. Mimo wszytko warto odwiedzić to miejsce jak i również pozostałe kompleksy znajdujące w okolicy dzięki czemu można lepiej poznać trudną ale fascynującą historię Polski.





                    Pozostały czas w Karpaczu spędzaliśmy na spacerach po mieście, zajadaniu się lokalnymi przysmakami praz korzystaniu z hotelowego spa. Drugą część wyjazdu spędziliśmy w rodzinnym Poznaniu na spotkaniach rodzinnych. Cały wyjazdu uznajemy jednogłośnie za udany, mimo że sama podróż samochodem była dość męcząca. Sam Karpacz oraz jego atrakcje polecamy wszystkim, jesteśmy przekonani, że każdy odnajdzie tutaj coś dla siebie.


sobota, 2 września 2017

NO TO ZAGRAJMY W GOLFA



                      Przyznam się Wam na wstępie, że grę w golfa uważałam za nudną. Był to dla mnie jeden z tych sportów w którym w mojej opinii odbija się nudnie piłeczkę bez żadnego och i ach, jedyne co mogłoby zachęcić mnie do golfa to wpuszczenie mnie na pole z aparatem. Może wtedy biorąc pod uwagę otaczającą zieleń i krajobrazy wydałoby mi się to interesujące. Od dłuższego czasu sprzeczałam się z Niejadkiem w żartach, że owszem pojadę z nim poćwiczyć uderzenia ale będę tylko patrzeć i zapewne się zanudzę. No i pojechałam wypożyczyłam nawet dla siebie kij damski i po krótkim przypatrywaniu się Niejadkowi, uznałam, że wiem już wszystko co jest mi potrzebne by wykonać swoje pierwsze idealne uderzenie. I słowo idealne ma tu dość duże znaczenie, kto mnie zna wie że nie lubię próbować nowych rzeczy, w których nie będę dobra, nie lubię się ośmieszać, że coś mi nie wychodzi. Mam z tym dość duży problem ale że na miejscu nie było zbyt wielu ludzi, wszyscy uderzali prawo-ręcznie więc nie było szansy by ośmieszyć się na oczach pozostałych uczestników. No może tylko przed Niejadkiem ale sam dobrze on wie, że gromki śmiech z mojej porażki może poskutkować groźbą braku obiadu (nie ważne, że nie spełnioną bo jak porządna narzeczona zostawiłaby ukochanego bez posiłku). No i staję w końcu na wyznaczonym polu, naprężam się, wyginam jak ten węgorz, gotowa do skoku niczym Małysz na belce startowej, jednym słowem jestem spięta, zwarta i gotowa. Wyginam śmiało swe ciało i wtem słyszę, że źle, źle, źle. Że niby mam wykręcać kolana, pamiętając by były przy tym zgięte, plecy prostować a kijem to nie drapać się po dupce tylko zakręcić za głową jakoś bardziej z gracją. Gotując się w środku myślę, ja Ci jeszcze pokażę... próbuję raz drugi, trzeci ale zawsze moje ciało jakoś się dziwnie wykręca, ręce tańczą swoje cza-cza a nie pięknego walca jak to w golfie etykieta nakazuje. 
Jednym słowem impas głowa wie (tak jej się wmówiło) co ma robić a ciało ni w dziób nie chce tego wykonać i wtem jak ten grom z nieba, jak to jabłko z drzewa w głowę newtona, wpadliśmy z Niejadkiem na niegłupi pomysł. Mimo, że kij dostałam dla praworęcznych, dla leworęcznych nawet nie było. To spróbowałam zrobić zamach jak leworęczna i bach udało się. Tzn. ja nie oceniam, to Niejadek stwierdził, że w końcu, że za pierwszym razem ciało zgrało się z kijem i wykręciło tak jak powinno. Moja oburęczność zaskoczyła nas ponownie jak widać w golfa to ja jestem leworęczna i już... 
Kończąc to rozwodzenie się o moich początkach z golfem już wypatrujemy kupić mi pierwszy jeden tani kij dla leworęcznych kobiet, zapewne z elementami różu tak dla podkreślenia, że to mój. Pojedziemy ponownie razem poćwiczyć i zobaczyć jak mi będzie szło uderzanie dostosowanym do moich potrzeb kijem. Bo przyznać muszę niechętnie, że spodobał mi się golf. No dobra jego podstawy bo z golfem dzisiejsza przygoda nie miała nic wspólnego. Ale spodobało mi się, nawet ten rytmiczny hałas uderzania piłeczek, otaczająca przyroda, króliki biegające w oddali pola, samo ćwiczenie uderzeń no i fakt, że możemy to robić razem z Niejadkiem, dzięki czemu mamy szansę oboje bywać częściej na łonie natury. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

wtorek, 9 maja 2017

QUARRY BANK MILL



                 Coś ostatnio dawno nic nie pisałam, ale złożyło się na to całkiem sporo, po pierwsze nawał pracy sprawiał, że po powrocie do domu chciałam po prostu zaszyć się pod kocykiem z herbatką oraz książką lub wtulić w Niejadka. Pogoda nie sprzyjała, w związku z czym nie było zbyt wielu sytuacji do opisania, no chyba że kogoś interesuje nasza codzienna lista zakupów, bądź cykl sprzątania. Biorąc pod uwagę fakt iż nie wierzę by kogokolwiek to interesowało, postanowiłam napisać do Was gdy faktycznie będzie co opisywać. A do tego czasu mogłam spokojnie oddawać się czytaniu książek. Dzisiaj jednak po przebudzeniu mimo wcześniej ustalonego dnia postanowiliśmy jednak pojechać na wycieczkę. Po śniadaniu, z aromatyczną kawą usiadłam to naszego atlasu National Trust i dość szybko wybrałam gdzie chciałabym spędzić poniedziałkowe popołudnie, po akceptacji ze strony Niejadka, szybko się zebraliśmy (no może Niejadek szybko, mi zajęło to trochę dłużej) i ruszyliśmy w drogę. Ahoj przygodo! Naszym wyborem padł Quarry Bank Mill czyli największy młyn włókienniczy w naszej okolicy. Jeżeli postanowicie odwiedzić to miejsce, wraz z jego wszystkimi atrakcjami zarezerwujcie sobie spokojnie około 4-5 godzin. My mieliśmy niecałe 4 do zamknięcia obiektu i niestety nie udało nam się nacieszyć przepięknymi ogrodami, w których teraz spotkacie ogromną ilość kwitnących roślin. 



                 Po ustaleniu iż potrzebujemy około 5 godzin by spokojnie nacieszyć się obiektem, warto zwrócić uwagę, iż ceny biletów nie są najtańsze 18 funtów od osoby dorosłej to spora kwota, na szczęście jako członkowie National Trust wstęp na wszystkie atrakcje mieliśmy bezpłatnie. W samym obiekcie znajduje się duży parking, dwa sklepy z pamiątkami dwie kawiarnie, toalety, dodatkowo zwierzęta są mile widziane (warto doczytać szczegóły na stronie internetowej obiektu) także spokojnie można tam spędzić kilka godzin z najbliższymi, nacieszyć się historią, zielenią oraz przestrzenią.



                Jako pierwszy odwiedziliśmy młyn w którym poznaliśmy historię włókiennictwa oraz codzienne obowiązki pracowników młyna. W trakcie zwiedzania pracownicy ukazali nam historię oraz sposób pracowania maszyn. Przyznam, że zaskoczyła mnie ogromnie głośność z jaką one pracowały (a włączano dla zwiedzających tylko kilka z nich) nie wyobrażaliśmy sobie z Niejadkiem jak można było pracować przy takim hałasie 12 godzin dziennie. W trakcie zwiedzania tego obiektu mieliśmy okazję przyjrzeć się pracy koła wodnego, które swoją wielkością robiło znaczne wrażenie. W wielu pomieszczeniach były dodatkowo wystawy dla dzieci, dzięki czemu i najmłodsi mieli odpowiednią dla nich rozrywkę. Sam budynek zachowany jest znakomicie, mimo iż nie dopuszczono nas do większej ilości pomieszczeń to i tak można ocenić jego stan jako bardzo dobry. 
Później udaliśmy do Apprentice House gdzie mogliśmy zobaczyć miejsce zamieszkania dzieci pracujących w młynie. Warto zaznaczyć, że rozpoczynały one swoją pracę zazwyczaj w wieku 9 lat i zamieszkiwały na terenie młyna do 18 roku życia. Formalnie należały one do młyna i nie płacono im za ich pracę. Jednak jak na tamte czasy dzieci pracujące w tym obiekcie miały dużo lepszą sytuację życiową niż w innych tego typu miejscach. Zapewniano im opiekę lekarską, głównie opieraną na zielarstwie lokalnym oraz sprowadzanych z zagranicy goździkach używanych przy leczeniu zębów, dzieci nie wyrzucano na bruk po wypadkach zdarzających się w czasie pracy, starano się je za to wyleczyć i przywrócić do pracy. Chłopcy uczęszczali na lekcje pisania, czytania i podstawowej matematyki, były to około 4 godziny w tygodniu ale jak na tamte czasy to i tak przyzwoity wynik. Dziewczynki uczyły się prac domowych, jak przystało na tamte czasy, uważano że mózg dziewczynki nie były w stanie przyswoić takiej wiedzy. Dodatkowo mogły one liczyć na trzy ciepłe posiłki dziennie, z których jeden zawierał warzywa oraz dwa do trzech posiłków w tygodniu zawierających mięso. W młynie starano się dbać o nie dzięki czemu nie spały w przepełnionych łóżkach (dwie osoby w łóżku), niestety sam ich dom był przepełniony w tamtych czasach dość mocno. Jednoczenie mogło w nim mieszkać do 90 dzieci, przez co musiały one przeskakiwać po łóżkach innych osób by dostać się na swoje własne. Mimo ogromnego przepełnienia i ciężkiej pracy dzieci te często pozostawały w tej pracy również po osiągnięciu 18 roku życia. Wyprowadzały się z ich wspólnego domu, przenosiły się do okolicznych wiosek i stamtąd przybywały do pracy, która była już płatna. Zdaję sobie sprawę, iż w obecnych czasach takie warunki życia czy pracy wydają się straszne ale porównując inne tego typu miejsca pracy lub życie wśród wielodzietnej rodziny bez regularnych posiłków, czy szczątkowej opieki zdrowotnej można delikatnie stwierdzić, że dzieci pracujące w tym młynie miały dużo szczęścia. 
Później udaliśmy się przez ogrody które o tej porze roku zachwycają mnogością barw, zapachów i kształtów do szklarni która jest stosunkowo nowym obiektem. Następnie odwiedziliśmy jedną z okolicznych wiosek, w której małe starodawne domy zachwycały oko połączeniem cegły i białego koloru. 
Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się szybkim tempem do sklepu z pamiątkami, w którym Niejadek kupił mi kolejny do kolekcji magnes na lodówkę. Sam sklep National Trust jak zwykle zachwycał mnogością oferowanych produktów. Zarówno pamiątek z danego obiektu ale również lokalnych wyrobów, zabawek dla dzieci czy ozdób do domu. 





Mam nadzieję, iż swoim opisem oraz zdjęciami zachęciłam Wam do odwiedzenia tego miejsca lub chociaż do rozważenia możliwości wybrania się tam w przyszłości. Zbliżając się nieubłaganie do końca dzisiejszego wpisu życzę Wam dobrej nocy oraz do przeczytania!








środa, 15 marca 2017

OSTATNI TYDZIEŃ



          Ostatni tydzień minął mi na ciężkiej pracy i zasłużonym odpoczynku. Po kilku dniach spędzonych w pracy z niewyobrażalną liczbą klientów byłam bardziej niż zmęczona. Przyznam się, że jedyne co trzymało mnie na nogach to Niejadek oraz wyniki całego mojego działu. Można mówić o mnie różne rzeczy ale jednak w pracy daję z siebie 100% a dodaje dodatkowe 10% gdy wiem, że moja praca zostanie zauważona i doceniona a nie najzwyklejsze rób swoje i idź do domu. Miło wiedzieć, że ciężkie godziny pracy przekładają się do sukcesu całego zespołu, miło jest zauważać, że idzie nam coraz lepiej, dzięki czemu nawet w najbardziej zaludnione dni z super zespołem praca mija dużo milej wręcz chce się wracać do ludzi do pracy i razem podbijać świat. Ale nawet największe sukcesy nie zniwelują uczucia zmęczenia, które w ostatnim czasie tylko się nakładało i nakładało. Mimo prób chodzenia wcześniej spać, jedzenia większej ilości owoców i warzyw ja nadal byłam zmęczona. Zapewne swój udział w całej zbrodni miało moje ostatnie niekończące się przeziębienie które dobiło mnie do końca. Na szczęście mam już się dużo lepiej, a ostatnie trzy dni spędziłam odpoczywając w domu, dzięki czemu podładowałam trochę baterie. Fakt faktem dopiero dzisiaj poczułam, że odpoczywam i fajnie byłoby mieć jeszcze jeden dzień wolnego ale nie można mieć wszystkiego. Ostatnie kilka dni spędziłam na czytaniu książek oraz robieniu zabawki przy pomocy maszyny do szycia którą dostałam od Niejadka na imieniny. Dzięki czemu czas mijał mi na naprawdę dobrej zabawie. Samo szycie okazało się trochę trudniejsze niż przypuszczałam i jeszcze daleka droga przede mną zanim szycie będzie dla mnie łatwością ale już teraz sprawia mi to ogromną radość. Czas jaki zaoszczędziłam używając maszyny jest niewyobrażalny a efekt końcowy myślę całkiem dobry. Zresztą sami oceńcie. 



W ostatnim tygodniu wybraliśmy się także na naszą pierwszą krótką wycieczkę w tym roku. Pewnego dnia Niejadek odebrał mnie z pracy a że pogoda była ładna, bo nie padało i było trochę słońca to udało mi się go namówić na wypad nad morze. Wybraliśmy plażę w Crosby, którą wszystkim gorąco polecam. I uwaga udało się zobaczyć i morze i piasek razem :P Nad samą wodą trochę wiało ale nie odstraszało nas to za mocno. Popołudnie minęło nam bardzo radośnie, pozbieraliśmy kilka muszelek, obejrzeliśmy rzeźby na plaży - i przyznam się nie do końca rozumiem wstawianie nagich męskich posągów po całej plaży i morzu ale każdy lubi co innego - pospacerowaliśmy, dodatkowo w końcu mieliśmy czas zrobić kila ładnych zdjęć, których efekty możecie częściowo zobaczyć w tym wpisie - dodatkowo zamieszczam filmik na którym Niejadek przyłapał mnie jak próbuję zrobić zdjęcia ptakom - i wróciliśmy do domu, wypoczęci, szczęśliwi po pierwszym wypadzie, całkiem nieplanowanym co dodatkowo podbijało punkty szczęścia. Jestem ciekawa jak Wam minął ostatni tydzień. Ja powoli szykuje się do spania bo jutro wracam do pracy.
Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania!




sobota, 15 października 2016

KENYON HALL FARM


                           Przepraszam, że tak dawno nie pisałam ale ostatnio działo się jednocześnie dużo i nic. Czasem tak jest, że czas przecieka nam przez palce a moje pozaczynane wpisy nie chcą się dokończyć, czegoś im brakuje, a przecież nie chcę wstawiać dla Was wybrakowanego tekstu więc troszkę mnie nie było. Ale już wracam z głową pełną pomysłów na nowe wpisy. :) Dzisiejszy piszę dla Was jeszcze przeziębiona a w sumie to nadal lekko chora, ostatnie dwa tygodnie borykam się z nawracającym przeziębieniem więc większość czasu po prostu przesypiam... Niejadek pomaga mi jak może, co chwile donosząc nową herbatkę z miodem, cytryną i imbirem, pilnuje też bym swoje odleżała pod kołdrą. Więc zaplecze medyczne mam idealne ale wystarczy jeden poranek na rowerze do pracy by cały nasz zapał lecznicy był na nic i katar i temperatura wracają :( Jeśli macie jakąś dobrą radę to chętnie ją przeczytam.



                         Wracając do tytułu dzisiejszego wpisu, mam dla Was kolejne miejsce, które warte jest odwiedzania cały rok. Jest to farma znajdująca się od Warrington około 20 minut. Kenyon Hall Farm jest wyjątkowym miejscem w którym możecie praktycznie przez cały rok zbierać sezonowe owoce i warzywa, pisząc zbierać mam dosłownie na myśli pożyczenie taczki/koszyka itp. udaniem się na pole, wybraniem tych konkretnych owoców czy warzyw po czym udaniem się do kasy i zapłaceniem za nie. Jeżeli nie przepadacie za podróżami po polach macie możliwość zakupu miejscowych owoców i warzyw w sklepiku przy farmie. Plusem tego miejsca jest na prawdę duży parking dzięki czemu w nawet najbardziej zatłoczone weekendy znajdziecie tu miejsce, dodatkowo na parkingu jest obsługa, która kieruje ruchem i pomaga szybciej rozładować dużą ilość samochodów. Jak duży jest cały teren ciężko mi powiedzieć bo byłam tam po raz pierwszy ale spokojnie zakładam, że taki wyjazd dostarczy całej rodzinie dużo świeżego powietrza i radości. Warto ubrać się w buty które możecie ubrudzić jeżeli macie kalosze to będą one najlepszym wyborem. :)



                             Przyznam się Wam, że cieszyłam się jak dziecko gdy Niejadek dziś zgodził się na tą wyprawę, oczywiście pod warunkiem, że się ciepło ubiorę i nie będziemy tam za długo. Więc ubrałam się dziś zgodnie z zaleceniami w ciepły sweter, który Niejadek podarował mi na zeszłoroczne Mikołajki, ciepłe skarpetki, płaszczyk, moją ukochaną czapkę uszatka i byłam gotowa na przygody. Dzisiaj pierwszy raz podróżowaliśmy z naszymi współlokatorami i wydaję mi się, że im też się bardzo podobało. Od naszego domku na farmę jest około 10 minut. Celem wyprawy był festiwal dyni i samodzielne zbieranie dyń z pola. Przyznam się Wam, że jak dojechaliśmy to cieszyłam się, że dziś nie padało, bo bez kaloszy to w deszczu lub przy mokrej ziemi ciężko było by się tam przemieszczać. Na farmie było dużo ludzi ale spokojnie nie czuło się ich natłoku czego można było się spodziewać po sobocie. Na samym polu małym minusem było to, że nie zrywało się dyń a jedynie zbierało się je z ziemi. Mimo to zabawa była świetna co chwile debatowaliśmy z Niejadkiem, która dynia będzie najlepsza na ciasto a która na wykrawanie w niej strasznej postaci. Do tego dużo radości dostarczał widok małych dzieci ledwo niosących z dumą swoją dynię, część z nich była nawet przebrana za księżniczki bądź w tematyczne dyniowe koszulki. Mamy wkładały dynie do dziecięcych wózków a tatusiowie pchali taczki pełne dyń z dumnymi pociechami na szczycie. Bajeczny widok. Nasze cztery dynie wyglądały dość samotnie wśród liczby dyń pozostałych uczestników. Ale dla nas była to liczba idealna, dwie na ciasta dwie do wykrawania i wystarczy. Za dynie zapłaciliśmy 10 funtów więc całkiem przystępna cena za taką dawkę radości. Zebrane dynie odnieśliśmy po zapłaceniu do samochodu i wróciliśmy jeszcze na pola słodkiej kukurydzy, tam również mieliśmy dużo radości z wybierania tych idealnych kolb dla nas. Wybraliśmy ponownie cztery kolby, które zjemy dziś ugotowane na kolację. :)



                          Po zakończonych zbiorach udaliśmy się do sklepiku, którego odwiedzenie bardzo Wam polecam. W sklepie jest również kawiarnia więc po czasie na świeżym powietrzu możecie wypić tutaj coś ciepłego oraz zjeść miejscowe słodkości. W samym sklepie znajdziecie miejscowe warzywa i owoce świeże i mrożone, świeże jajka, wędliny, sery, domowego wypieku chleby, mnóstwo przetworów słodkich i wytrawnych, przyprawy, napoje zwykłe i alkohole, miejscowe miody a do tego słodycze. Na pewno ominęłam jakieś produkty ale dziś chłonęłam te wszystkie widoki starając zapamiętać się jak najwięcej. W sklepie zakupiliśmy domowy chlebek - pachniał przepysznie, miejscowy miód - wypróbowałam, jest genialny oraz dżem z malinojeżyny - jeszcze nie wiemy jak smakuje ale dziś będę go próbowała z herbatą to postaram się Wam dać znać na facebooku jak smakował. Ceny w sklepie uznaję za odpowiednie, nie było tu tak tanio jak w supermarketach ale ceny za miejscowe dobra nie były wygórowane jeżeli pamiętamy o świeżości produktów.



                         Sam wyjazd oceniam bardzo dobrze, miejsce dobrze zorganizowane, pola odpowiednio duże, w ciągu roku możecie tu zbierać najróżniejsze owoce, a do tego zakupić zioła, kwiaty i rośliny do ogrodu, a zimą możecie udać się tutaj po choinkę. Ceny są bardzo przystępne, obsługa przemiła, sklepik i kawiarnia urocze, jedyny minusik za stan toalety, mogłoby w niej być czyściej ale przy całości można przymknąć na to oko. Na ich stronie możecie znaleźć wszystkie szczegóły kiedy jakie produkty są dostępne do zakupu i zbioru. Na samej stronie możecie również założyć kartę klubową i zbierać punkty itp. Zresztą znajdźcie ich stronę i zobaczcie sami jak tam fajnie. Zapraszam Was do oglądania zdjęć i zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, my z Niejadkiem będziemy tu częstymi gośćmi. Miłego wieczoru i do przeczytania :)