wtorek, 26 grudnia 2017

CHRISTMAS




                Mam nadzieję, że już wszyscy jesteście najedzeni pysznym świątecznym jedzeniem, objedzeni smacznymi ciastami, wysłuchani w świąteczne utwory bądź kolędy, ucieszeni z rodzinnej atmosfery świąt. My z Niejadkiem właśnie skończyliśmy sernik, który na te święta wyszedł naprawdę przepyszny. Jedyne co zostało to pierniki od mamy i ogromna ilość wszelakiej maści cukierków. Ale spokojnie jako, że na co dzień jestem pełnoetatową Małą Mi to bardzo często łączę to z bywaniem ciasteczkowym potworem co sprawia, że potrafię wcisnąć w siebie ogromne ilości słodyczy. 
                 Tegoroczne święta były dla nas magiczne. Spędziliśmy je w swoim domu, we własnym towarzystwie, niespiesznie, leniwie, jednocześnie z dużą ilością śmiechu, uciechy i dobrej zabawy. Jak co roku przygotowania szły nam dość dobrze, jesteśmy dość dobrze zorganizowaną parą więc łatwo dzielimy i przydzielamy obowiązki. Jak zawsze Niejadek stał na straży porządku, ja natomiast stałam na straży dobrego smaku. I tak oto on sprzątał i podjadał a ja gotowałam i bałaganiłam. W tym roku udało nam się przygotować nasze ulubione potrawy w tym premierowo specjalnie z dedykacją dla Niejadka pierogi bez farszu aka kopytka, bo jeśli zapytacie Niejadka co jest najsmaczniejsze w domowych pierogach to odpowiedź będzie prosta - ciasto. Jedyny farsz jaki Niejadek toleruje do pierogów to owoce. Także tego w tym roku rozpoczęłam naszą nową tradycję pierogów bez farszu dla niego oraz ze szpinakiem dla mnie. Swoją drogą niejadkowe pierogi zrobiły mega furorę, cała rodzina prosiła o fotorelację, kto wie może powinniśmy to opatentować. Oprócz pierogów jak zawsze pojawiła się kapusta z grzybami, zupa grzybowa, kompot z suszu, mięsko, ciasto czekoladowe oraz sernik. Może nie jest to tradycyjne 12 potraw ale dodając owoce oraz inne słodycze będące w domu to jedzenia mieliśmy aż za dużo.
                   Dodatkowo stałym elementem naszych świąt było składanie klocków lego, które Święty Mikołaj zostawił nam pod choinką. W tym roku pierwszy raz otworzyliśmy je po angielsku, czyli w świąteczny poranek 25 grudnia. Troszkę pomogła nam w tym rodzina bo samą wigilię spędzaliśmy poza domem w związku z czym prezenty dla siebie nawzajem pozostawiliśmy w domu. Dzięki utrzymaniu tej tradycji oboje otrzymujemy prezenty, które bardzo nam się podobają, dodatkowo spędzamy świąteczny czas wspólnie na ich składaniu. 
                 Po całym świątecznym obżarstwie postanowiliśmy wybrać się dzisiaj na krótki spacer i jak przystało na porządnych obywateli uk udaliśmy się po drodze do pobliskiego sklepu zobaczyć wyprzedaże i udało nam się znaleźć kilka perełek. Przepiękną poduszkę z kocim akcentem, kilka kosmetyków, oraz kartki świąteczne które zapewne wykorzystamy w przyszłym roku. Zostaje nam jeszcze obejrzeć film, podjeść jeszcze kilka smakołyków i czas wrócić do normalności, bo niestety ale jutro trzeba iść już do pracy. Póki co cieszymy się smakiem pierników, oraz suszonych owoców. 
Poniżej zapraszam Was na krótką fotorelację z naszych świąt.
Życzę Wam miłego wieczoru do przeczytania! 









piątek, 15 grudnia 2017

HOMEMADE CHRISTMAS


           Ostatnie tygodnie spędzamy na przygotowaniach świątecznych. Od dawna mamy ustalone co należy przygotować na wigilię, od dłuższego czasu wszystkie prezenty pochowane są w zakamarkach domu. Choinka stoi w salonie przepięknie ubrana i pachnąca. Jesteśmy praktycznie przygotowani na święta. W ostatnich dniach robiłam przymiarki obrusów, teraz wystarczy je tylko wyprasować by prezentowały się należycie na stole. Ale nie wyobrażajcie sobie że będziemy sprzątać nie wiadomo jak mocno, owszem w planach na nadchodzący tydzień mam sprzątanie ale nie mam zamiaru zepsuć sobie nim humoru czy coś. Będzie czysto ale nie przesadnie czysto. Na początku przyszłego tygodnia mamy w planach przysiąść z Niejadkiem i stworzyć listę świątecznych zakupów, którą później ja zgram z gotowaniem. W tym roku spróbuję rozpocząć gotowanie kilka dni wcześniej tak by nie szykować dań wigilijnych noc przed. W zeszłym roku właśnie tak było i gdyby nie wsparcie Niejadka to nie wiem czy nie zasnęłabym nad pierogami. Dzięki jego wsparciu i żartom udało mi się wszystko ugotować a do tego wyszło to bardzo smacznie. Swoją drogą część z Was zapewne zastanawia się czy Niejadek je cokolwiek na wigilii. A no zjadł i to sporo. Wszystkiego spróbował, pierogi smakowały mu szczególnie w wersji bez farszu i mimo że mogłabym się tu podśmiechiwać to z pełną szczerością muszę przyznać, że zaskoczyło mnie jak chętnie próbował potraw, pomagał w ich przygotowaniu, tym że polubił zupę grzybową oraz kilka innych dań. Jednym słowem zeszłoroczna wigilia była dla nas magiczna, oboje wierzymy że ta również taka będzie. 
            W tym roku postanowiliśmy również wcześniej wysłać wszystkie kartki świąteczne do naszych najbliższych tak by dotarły do nich na czas. Samo wypisywanie życzeń oraz adresów zajęło nam trochę czasu ale w wysyłaniu kartek do bliskich jest jakaś magia. Coś co sprawia, że człowiekowi cieplej w środku na myśl, że jego kartka niedługo dotrze do najbliższych i wywoła uśmiech na ich twarzach. 
          Grudzień to dla nas również czas mikołajek w tym roku przeszliśmy samych siebie kupując sobie wzajemnie dokładnie to samo. Stwierdziliśmy, że jesteśmy sobie tak bliscy iż myślimy bardzo podobnie i stąd ten sam prezent. Dzięki czemu oboje mieliśmy radość z ułożenia zestawu klocków lego dotyczącego kobiet NASA. Sam zestaw układało się bardzo przyjemnie, brakowały tylko podziałów klocków na pod-zestawy przynależące osobno do każdej ze składanych postaci. Ale pomijając ten fakt spędziliśmy cudowny wieczór celebrując wspólną pasję. Z okazji Mikołajek udaliśmy się również do LEGOLANDU w Manchesterze  na wieczór tylko dla dorosłych, gdzie spędziliśmy około trzech godzin na podziwianiu złożonych zestawów, bawiąc się na placu zabaw oraz składając swoje własne dzieła z klocków lego. Niczego nie wygraliśmy ale i tak świetnie było spotkać się z innymi ludźmi podobnie zakręconymi jak my na punkcie LEGO. Łatwo wysnuć wnioski iż grudzień w naszym domu jest pod znakiem tej właśnie marki. I jest w tym dużo prawdy ponieważ ustaliliśmy, że na gwiazdkę możemy zaszaleć z prezentami i kupić sobie wybrane zestawy do składania. Dlatego też już po świętach możecie spodziewać się zdjęć tutaj lub na moim insta z procesu składania. 
            Grudzień to też dla mnie czas prezentów w pracy. W tym roku od secret Santa dostałam gorącą czekoladę oraz płatki śniadaniowe o smaku czekoladowym. Bo jak się okazało połączenie śniadaniowe płatków czekoladowych z gorącą czekoladą jest w Anglii dość specyficzne. Przez co w pracy większość kolegów stwierdziła że moje upodobania śniadaniowe są dziwne i tak ich tą dziwnością zaintrygowałam, że dostałam zestaw śniadaniowy na święta bym mogła celebrować je po swojemu. Przyznam się Wam że to najlepszy prezent do 5 funtów jaki kiedykolwiek dostałam. Z humorem, smakiem wskazujący że osoba obdarowująca dobrze mnie znała. Czy na prawdę moje śniadania są dziwne? Who cares :P Mogę być nawet dziwa w kwestii śniadań nie przeszkadza mi czy innym to odpowiada, dziwi ich, lub obrzydza. Moje śniadanie, nie innych, nie należę do osób które dzielą się z innymi więc nie ma się czym martwić. No może Niejadek ma czym się martwić bo jest jedyną osobą z którą bez namysłu mogę wszystkim się podzielić, jednak wątpię by w tej kwestii chciał z tego korzystać. 
          Powoli kończę ten wpis, tym razem możecie jednak być pewni iż już niedługo do Was znowu napiszę. Także życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania. 







poniedziałek, 11 grudnia 2017

PIEROGI Z KAPUSTĄ I GRZYBAMI



                     Dzisiaj zapraszam Was na kolejny przepis mojej mamy na pierogi z kapustą i grzybami, ich przygotowanie jest przyjemne i dość łatwe. Jedyne na co zalecam zwrócić uwagę to na dobre rozwałkowanie ciasta ponieważ istnieje ryzyko, że tak jak mi wyjdą Wam kopytka z farszem gdy ciasto będzie za grube. W składnikach na ciasto wkradły się jajka moja mama ich nie dodaje jak okazało się po wigilii ale ja postanowiłam je zachować w celu tworzenia własnych tradycji. 

SKŁADNIKI:
  • 3 szklanki mąki
  • jajko
  • szczypta soli
  • kapusta z grzybami
  • gorąca woda w szklance


PRZYGOTOWANIE:

                      Ubieramy trochę kapusty z grzybami z garnka (jeżeli ubierzecie mniej nic się nie stało, po prostu później weźmiecie jeszcze trochę) kroimy ją na drobno przyprawiając do smaku solą i pieprzem. Trzy szklanki mąki rozsypujemy ma blacie robiąc w środku dziurkę. Dodajemy do środka roztrzepane jako oraz szczyptę soli, ugniatamy. Ponownie robimy w środku dziurkę, powoli dodajemy gorącą wodę. Ugniatamy. Dodajemy wodę "na oko" zależy nam by ciasto nie było za suche ale również by nie było zbyt wodniste, powinno być pomiędzy jednym a drugim. Ugniatamy ciasto tak długo jak będzie jednolite, gdy uzyskamy taki efekt wkładamy je na około 5 minut do miski i przykrywamy je talerzem. Wyjmujemy ciasto z miski, posypujemy blat lekko mąką i rozwałkowujemy je na cienko. Wycinamy ciasto szklanką, na środek każdego kółka układamy trochę farszu, składamy na pół i zagniatamy widelcem , tak by brzegi ciasta się skleiły i wyszedł ładny wzór. Gotowe pierogi wkładamy do gotującej się, osolonej wody. Gotujemy pierogi po wypłynięciu około 3-4 minut. Później wykładamy je do pojemniczka obtaczamy je lekko olejem dzięki czemu się nie skleją. Chłodne pierogi chowamy do lodówki. W dniu wigilii dzięki temu, że pierogi były już ugotowane wystarczy je tylko podgrzać w gorącej wodzie. Do podania pierogów możecie dodać podsmażone pieczarki. 
Gotowe, życzę Wam smacznego i do przeczytania.

środa, 15 listopada 2017

KILKA DNI WOLNEGO Z PRZEZIĘBIENIEM



               W ostatnim tygodniu udało mi się złapać kilka dni wolnego tylko dla siebie. 
Od samego początku Niejadek ustalił mi zasadę "odpoczywasz Niunia" czy mi się to udało? W dużym stopniu na pewno, nie oznaczało to jednak zapuszczenia domu i siebie, nadal biegałam z przysłowiowym mopem i ścierą by dom wyglądał tak jak lubię, czyli czysto i przytulnie. I owszem nigdy nie zdam testu perfekcyjnej pani domu. Bo zawsze o czymś zapomnę lub oleję ale WHO CARES! Nasz dom, nasze zasady, ważne, że nam się tu dobrze mieszka i dla nas poziom czystości jest zadowalający. Pomijając sprzątanie w końcu miałam czas skupić się na swoim hobby i powiem Wam szyłam tak intensywnie, że mi poduszek zabrakło z których mogłam wyjmować wnętrze do wypychania moich cudeniek. W ostatnim czasie skupiłam się na ozdobach choinkowych, niektórymi z nich podzielę się z Wami na końcu wpisu. Dodatkowo zadbałam o to by w domu w końcu nie było tak zimo. Bo mimo, że nasz cudowny apartament ma tylko dwa latka (jakbym świętowała urodziny własnego dziecka:P ) to i tak przez okna i parapety tracimy sporo ciepła, wszystko to skłoniło mnie do uszycia pięknych długich poduch na okna, które w okresie jesienno-zimowym dodają uroku i przytulności a dodatkowo pomagają utrzymać ciepło w domu. Już po kilku godzinach od ich uszycia i położenia na ich nowym miejscu w domu zrobiło się cieplej a ja sama paradowałam po domu dumna ze swoich dzieci. Oczywiście w planach szyciowych miałam dużo więcej projektów. Niestety zabrakło mi czasu ale wiem, że w pierwszej wolnej chwili oddam się szyciu. 
            Swój czas wolny poświęciłam również na granie na xboxie. Niejadek przez opłacanie czegoś tam dostał na 10 godzin simsy dzięki czemu już wiem, że to gra dla mnie, pozwala mi się rozluźnić, zapomnieć o stresach w pracy i oddać mojemu zamiłowaniu do gier. Także tego jak tylko gra będzie dostępna do kupienia wiem, że biegnę w moich turbo kaloszach zakupić ją, by wracając do domu zakupić dla mnie i Niejadka przekąski i oddać się wspólnemu graniu. Bo mamy z Niejadkiem plan on buduje domek a ja zarządzam simami. Idealny podział obowiązków domowych. :P
          Pierwszą rzeczą jednak na moim urlopie, dzięki której nabawiłam się przeziębienia - Chociaż wolę żyć w przekonaniu że mój organizm po prostu chce więcej urlopu i dlatego się przeziębił ale zostawmy to bez oceny - była podróż w poszukiwaniu samochodu dla mnie. By spełnić moje marzenie o moim własnym Mini z automatyczną skrzynią biegów. Bo mimo, że jazdę samochodem kocham to mój samokrytycyzm skłania mnie do wniosku, że przy manualnej skrzyni biegów jestem tragicznym kierowcą. Samo poszukiwanie pozwoliło nam się rozeznać się na rynku, dzięki czemu łatwiej będzie nam podjąć ostateczną decyzję. 
         Mam nadzieję, że dobrze czytało się Wam ten wpis po dość długiej moje nieobecności. Jeżeli był trochę nieskładny wybaczcie mi to, sami wiecie jak to jest jak człowiek ciągle psika i kicha... 
        Życzę Wam cudownego wieczoru i do przeczytania! 





sobota, 2 września 2017

NO TO ZAGRAJMY W GOLFA



                      Przyznam się Wam na wstępie, że grę w golfa uważałam za nudną. Był to dla mnie jeden z tych sportów w którym w mojej opinii odbija się nudnie piłeczkę bez żadnego och i ach, jedyne co mogłoby zachęcić mnie do golfa to wpuszczenie mnie na pole z aparatem. Może wtedy biorąc pod uwagę otaczającą zieleń i krajobrazy wydałoby mi się to interesujące. Od dłuższego czasu sprzeczałam się z Niejadkiem w żartach, że owszem pojadę z nim poćwiczyć uderzenia ale będę tylko patrzeć i zapewne się zanudzę. No i pojechałam wypożyczyłam nawet dla siebie kij damski i po krótkim przypatrywaniu się Niejadkowi, uznałam, że wiem już wszystko co jest mi potrzebne by wykonać swoje pierwsze idealne uderzenie. I słowo idealne ma tu dość duże znaczenie, kto mnie zna wie że nie lubię próbować nowych rzeczy, w których nie będę dobra, nie lubię się ośmieszać, że coś mi nie wychodzi. Mam z tym dość duży problem ale że na miejscu nie było zbyt wielu ludzi, wszyscy uderzali prawo-ręcznie więc nie było szansy by ośmieszyć się na oczach pozostałych uczestników. No może tylko przed Niejadkiem ale sam dobrze on wie, że gromki śmiech z mojej porażki może poskutkować groźbą braku obiadu (nie ważne, że nie spełnioną bo jak porządna narzeczona zostawiłaby ukochanego bez posiłku). No i staję w końcu na wyznaczonym polu, naprężam się, wyginam jak ten węgorz, gotowa do skoku niczym Małysz na belce startowej, jednym słowem jestem spięta, zwarta i gotowa. Wyginam śmiało swe ciało i wtem słyszę, że źle, źle, źle. Że niby mam wykręcać kolana, pamiętając by były przy tym zgięte, plecy prostować a kijem to nie drapać się po dupce tylko zakręcić za głową jakoś bardziej z gracją. Gotując się w środku myślę, ja Ci jeszcze pokażę... próbuję raz drugi, trzeci ale zawsze moje ciało jakoś się dziwnie wykręca, ręce tańczą swoje cza-cza a nie pięknego walca jak to w golfie etykieta nakazuje. 
Jednym słowem impas głowa wie (tak jej się wmówiło) co ma robić a ciało ni w dziób nie chce tego wykonać i wtem jak ten grom z nieba, jak to jabłko z drzewa w głowę newtona, wpadliśmy z Niejadkiem na niegłupi pomysł. Mimo, że kij dostałam dla praworęcznych, dla leworęcznych nawet nie było. To spróbowałam zrobić zamach jak leworęczna i bach udało się. Tzn. ja nie oceniam, to Niejadek stwierdził, że w końcu, że za pierwszym razem ciało zgrało się z kijem i wykręciło tak jak powinno. Moja oburęczność zaskoczyła nas ponownie jak widać w golfa to ja jestem leworęczna i już... 
Kończąc to rozwodzenie się o moich początkach z golfem już wypatrujemy kupić mi pierwszy jeden tani kij dla leworęcznych kobiet, zapewne z elementami różu tak dla podkreślenia, że to mój. Pojedziemy ponownie razem poćwiczyć i zobaczyć jak mi będzie szło uderzanie dostosowanym do moich potrzeb kijem. Bo przyznać muszę niechętnie, że spodobał mi się golf. No dobra jego podstawy bo z golfem dzisiejsza przygoda nie miała nic wspólnego. Ale spodobało mi się, nawet ten rytmiczny hałas uderzania piłeczek, otaczająca przyroda, króliki biegające w oddali pola, samo ćwiczenie uderzeń no i fakt, że możemy to robić razem z Niejadkiem, dzięki czemu mamy szansę oboje bywać częściej na łonie natury. 

Życzę Wam miłego wieczoru i do przeczytania! 

niedziela, 9 lipca 2017

PODRÓŻE NIE-RODZICÓW


             Bo my lubimy podróże i te małe i te duże ale jako nie rodzice jakoś nie możemy zrozumieć większości rodziców. I proszę nie spamujcie mnie później komentarzami, że jestem bez serca itp. bo serce mam cierpliwość też ale wszystko ma swoje granice. Największe nasze problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Jako, że zazwyczaj w nasz urlop udajemy się do polski to korzystamy z dostępnych połączeń lotniczych. Nasze problemy zaczynają się już na samym lotnisku. Większość obecnych dzieci w wielu 2-10 puszczona jest w samopas, rodzić chce mieć spokój więc dziecko może, biegać, skakać, krzyczeć, rzucać zabawkami, a nawet ryczeć bez powodu. Dzięki czemu po pojawieniu się na lotnisku w wyznaczonych 2 godzinach przed lotem na spokojnie ja mam załatwioną migrenę, nie wspominając nawet o tym co nas czeka w samym samolocie. 

           Jak to zawsze na lotniskach bywa zawsze trzeba stanąć w jakiejś kolejce, dzięki odgórnemu przyznawaniu miejsc i tak już jest spokojniej ale nadal problem jest. Rodzice z dziećmi stają w niej jako pierwsi, dzieci szybko nudzą się staniem i czekaniem więc robią się marudne i nie do zniesienia co później objawia się przez kolejne dwie godziny lotu. I ja wiem, że dzieci też muszą latać samolotem, bo są częścią społeczeństwa, bo jadą do babci czy na wakacje ale dlaczego nikt nie wpadł na wyznaczenie części rodzinnej w samolocie tak bym ja nie rodzic mogła spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Bo całkowicie nie nastawiałam się na słuchanie setny raz tej samej piosenki, lub marudzenia, płaczu lub wycia a tym bardziej odczuwania kopania w mój fotel przez znudzonego smarkacza. 
Dzięki takiej strefie część rodziców może czuła by się spokojniej bo nie napotykałaby spojrzeń niezadowolonych dorosłych. I oczywiście wiem, że istnieją dzieci grzeczne w podróży i że są one spokojne a może nawet przesypiają cały lot. OCZYWIŚCIE wyjątki istnieją. Niestety coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że problem pojawia się na taką skalę nie przez to że dzieci istnieją (bo istniały zawsze) lecz przez to że nie są one już wychowywane, czy pisząc delikatniej uczone zachowań społecznych, wychowanie bezstresowe pochłonęło obecnych rodziców tak mocno że jeśli dziecko chce zatruć życie innym to proszę bardzo bo ma do tego pełne prawo. Tylko czy ja jako dorosły nadal sam siebie wychowujący mam prawo podróżować z taśmą klejącą i zaklejać każdemu płaczącemu dziecku buzię? No chyba raczej mi nie wolno. Bo przecież nie wiem czy to konkretne dziecko jest po prostu rozpuszczone czy na przykład może ząbki mu się wybijają i cierpi, lub jest przeziębione uczulone itp. 
                    
                 Jestem zwolennikiem by dzieci zabierać do miejsc im przyjaznych tak by miały szansę obserwować swoich rówieśników czy dorosłych by uczyć się od nich poprawnych zachowań. Jako dziecko rodzice zabierali mnie wszędzie ale od początku uczyli że nie mogę drzeć się wniebogłosy bo mam na to ochotę, powtarzali mi natomiast, iż wokoło mnie jest wiele innych osób, które należy uszanować. Dzięki czemu od małego pokazywano mi jak zachowywać się w miejscach publicznych. 
Obecnie dzieci robią co chcą, zwracając im uwagę mamy szansę usłyszeć co nie co w zamian. 
                 
Więc proszę Was drodzy rodzice, jeżeli czytacie ten wpis oczywiście, postarajcie się wpoić waszym pociechą iż w niektórych miejscach nie wypada się drzeć i przeszkadzać innym, gdyż Ci inni mają prawo do spokoju i ciszy a niekoniecznie do planowania jak uciszyć wszystkie dzieci w okolicy dużą ilością taśmy klejącej np o smaku truskawkowym żeby nie było, że taka ze mnie straszna sadystka bez serca. A co niech dzieci też coś mają z narzuconej im ciszy w tym wypadku smak truskawek...

                Jeśli dotarliście do tej części wpisu to podziwiam Was ogromnie, możliwe, że popłynęłam odrobinę jeżeli chodzi o wyrzucanie negatywnych emocji. Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo tym wpisem a wzmianka o smakowej taśmie klejącej była odebrana żartobliwie. Zbliżyliśmy się już do końca tego wpisu, już powoli piszę dla Was kolejny więc, życzę Wam miłego dnia i do przeczytania!

wtorek, 9 maja 2017

QUARRY BANK MILL



                 Coś ostatnio dawno nic nie pisałam, ale złożyło się na to całkiem sporo, po pierwsze nawał pracy sprawiał, że po powrocie do domu chciałam po prostu zaszyć się pod kocykiem z herbatką oraz książką lub wtulić w Niejadka. Pogoda nie sprzyjała, w związku z czym nie było zbyt wielu sytuacji do opisania, no chyba że kogoś interesuje nasza codzienna lista zakupów, bądź cykl sprzątania. Biorąc pod uwagę fakt iż nie wierzę by kogokolwiek to interesowało, postanowiłam napisać do Was gdy faktycznie będzie co opisywać. A do tego czasu mogłam spokojnie oddawać się czytaniu książek. Dzisiaj jednak po przebudzeniu mimo wcześniej ustalonego dnia postanowiliśmy jednak pojechać na wycieczkę. Po śniadaniu, z aromatyczną kawą usiadłam to naszego atlasu National Trust i dość szybko wybrałam gdzie chciałabym spędzić poniedziałkowe popołudnie, po akceptacji ze strony Niejadka, szybko się zebraliśmy (no może Niejadek szybko, mi zajęło to trochę dłużej) i ruszyliśmy w drogę. Ahoj przygodo! Naszym wyborem padł Quarry Bank Mill czyli największy młyn włókienniczy w naszej okolicy. Jeżeli postanowicie odwiedzić to miejsce, wraz z jego wszystkimi atrakcjami zarezerwujcie sobie spokojnie około 4-5 godzin. My mieliśmy niecałe 4 do zamknięcia obiektu i niestety nie udało nam się nacieszyć przepięknymi ogrodami, w których teraz spotkacie ogromną ilość kwitnących roślin. 



                 Po ustaleniu iż potrzebujemy około 5 godzin by spokojnie nacieszyć się obiektem, warto zwrócić uwagę, iż ceny biletów nie są najtańsze 18 funtów od osoby dorosłej to spora kwota, na szczęście jako członkowie National Trust wstęp na wszystkie atrakcje mieliśmy bezpłatnie. W samym obiekcie znajduje się duży parking, dwa sklepy z pamiątkami dwie kawiarnie, toalety, dodatkowo zwierzęta są mile widziane (warto doczytać szczegóły na stronie internetowej obiektu) także spokojnie można tam spędzić kilka godzin z najbliższymi, nacieszyć się historią, zielenią oraz przestrzenią.



                Jako pierwszy odwiedziliśmy młyn w którym poznaliśmy historię włókiennictwa oraz codzienne obowiązki pracowników młyna. W trakcie zwiedzania pracownicy ukazali nam historię oraz sposób pracowania maszyn. Przyznam, że zaskoczyła mnie ogromnie głośność z jaką one pracowały (a włączano dla zwiedzających tylko kilka z nich) nie wyobrażaliśmy sobie z Niejadkiem jak można było pracować przy takim hałasie 12 godzin dziennie. W trakcie zwiedzania tego obiektu mieliśmy okazję przyjrzeć się pracy koła wodnego, które swoją wielkością robiło znaczne wrażenie. W wielu pomieszczeniach były dodatkowo wystawy dla dzieci, dzięki czemu i najmłodsi mieli odpowiednią dla nich rozrywkę. Sam budynek zachowany jest znakomicie, mimo iż nie dopuszczono nas do większej ilości pomieszczeń to i tak można ocenić jego stan jako bardzo dobry. 
Później udaliśmy do Apprentice House gdzie mogliśmy zobaczyć miejsce zamieszkania dzieci pracujących w młynie. Warto zaznaczyć, że rozpoczynały one swoją pracę zazwyczaj w wieku 9 lat i zamieszkiwały na terenie młyna do 18 roku życia. Formalnie należały one do młyna i nie płacono im za ich pracę. Jednak jak na tamte czasy dzieci pracujące w tym obiekcie miały dużo lepszą sytuację życiową niż w innych tego typu miejscach. Zapewniano im opiekę lekarską, głównie opieraną na zielarstwie lokalnym oraz sprowadzanych z zagranicy goździkach używanych przy leczeniu zębów, dzieci nie wyrzucano na bruk po wypadkach zdarzających się w czasie pracy, starano się je za to wyleczyć i przywrócić do pracy. Chłopcy uczęszczali na lekcje pisania, czytania i podstawowej matematyki, były to około 4 godziny w tygodniu ale jak na tamte czasy to i tak przyzwoity wynik. Dziewczynki uczyły się prac domowych, jak przystało na tamte czasy, uważano że mózg dziewczynki nie były w stanie przyswoić takiej wiedzy. Dodatkowo mogły one liczyć na trzy ciepłe posiłki dziennie, z których jeden zawierał warzywa oraz dwa do trzech posiłków w tygodniu zawierających mięso. W młynie starano się dbać o nie dzięki czemu nie spały w przepełnionych łóżkach (dwie osoby w łóżku), niestety sam ich dom był przepełniony w tamtych czasach dość mocno. Jednoczenie mogło w nim mieszkać do 90 dzieci, przez co musiały one przeskakiwać po łóżkach innych osób by dostać się na swoje własne. Mimo ogromnego przepełnienia i ciężkiej pracy dzieci te często pozostawały w tej pracy również po osiągnięciu 18 roku życia. Wyprowadzały się z ich wspólnego domu, przenosiły się do okolicznych wiosek i stamtąd przybywały do pracy, która była już płatna. Zdaję sobie sprawę, iż w obecnych czasach takie warunki życia czy pracy wydają się straszne ale porównując inne tego typu miejsca pracy lub życie wśród wielodzietnej rodziny bez regularnych posiłków, czy szczątkowej opieki zdrowotnej można delikatnie stwierdzić, że dzieci pracujące w tym młynie miały dużo szczęścia. 
Później udaliśmy się przez ogrody które o tej porze roku zachwycają mnogością barw, zapachów i kształtów do szklarni która jest stosunkowo nowym obiektem. Następnie odwiedziliśmy jedną z okolicznych wiosek, w której małe starodawne domy zachwycały oko połączeniem cegły i białego koloru. 
Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się szybkim tempem do sklepu z pamiątkami, w którym Niejadek kupił mi kolejny do kolekcji magnes na lodówkę. Sam sklep National Trust jak zwykle zachwycał mnogością oferowanych produktów. Zarówno pamiątek z danego obiektu ale również lokalnych wyrobów, zabawek dla dzieci czy ozdób do domu. 





Mam nadzieję, iż swoim opisem oraz zdjęciami zachęciłam Wam do odwiedzenia tego miejsca lub chociaż do rozważenia możliwości wybrania się tam w przyszłości. Zbliżając się nieubłaganie do końca dzisiejszego wpisu życzę Wam dobrej nocy oraz do przeczytania!